BIULETYN INFORMACYJNY OSÓB NIEPEŁNOSPRAWNYCH
Portret Marianny Kaniowskiej, seniorki o blond włosach i w okularach

Marianna Kaniowska: „Żeby żyć, trzeba działać. Ruszać się. Być wśród ludzi.”

O niezwykłej sile, wierze i pracy dla drugiego człowieka. Z Marianną Kaniowską, kochającą ludzi, przewodniczącą Rejonowego Oddziału Polskiego Związku Emerytów i Rencistów w Kraśniku i działaczką społeczną – rozmawia Ewelina Orzechowska.

E.O.: Na początek proszę powiedzieć, kim Pani jest i czym zajmuje się Pani na co dzień.

M.K.: Dziś jestem na emeryturze, ale przez większość życia pracowałam zawodowo. Z wykształcenia jestem ekonomistką, choć mam też wykształcenie geodezyjne. Pracowałam więc jako technik, głównie przy projektach drogowych. Zdążyłam przepracować niewiele lat zanim stwierdzono u mnie chorobę oczu.

Przez 24 lata byłam zatrudniona w Rejonie Dróg Publicznych w Kraśniku. Najpierw pracowałam w rozliczeniach, co zresztą bardzo mi się dziś przydaje. Z czasem wyszłam w teren, jak to drogowcy. Robiłam wszystko. Musiałam nawet nauczyć się czytać projekty, żeby wiedzieć, co w nich jest.

E.O.: Pracowała Pani do momentu, kiedy zaczęły się problemy ze wzrokiem?

M.K.: Tak. Coś się działo z moimi oczami, ale nikt wtedy nie wiedział co. Okulistyka w tamtych czasach była na zupełnie innym poziomie niż dzisiaj. Raz widziałam gorzej, raz lepiej. Przepisywali mi okulary – jedne pomagały, drugie nie. W końcu moja okulistka skierowała mnie do kliniki okulistycznej w Lublinie. Diagnoza przyszła bardzo późno. Okazało się, że mam barwnikowe zwyrodnienie siatkówki. Do tego doszło zwyrodnienie ciała szklistego, co jeszcze bardziej skomplikowało sytuację.

W lubelskiej klinice okulistycznej przeszłam pierwszą operację. Potem drugą. W sumie przeszłam chyba siedem operacji na oczy. Otrzymałam grupę inwalidzką, ale jeszcze pracowałam. Pod koniec 1995 roku mój wzrok gwałtownie się pogorszył. Kilka lat później położyłam się spać, a rano… już nie widziałam na prawe oko. Ponownie trafiłam znowu do kliniki.

E.O.: To musiało być dla Pani bardzo trudne.

M.K.: Wie Pani, ja mogę przejść jeszcze pięćdziesiąt takich operacji, mogę znosić ból, mogę walczyć, ale w głębi serca do dziś nie mogę się pogodzić z chorobą. Moim zdaniem brak wzroku to jest najgorsze, co może człowieka spotkać.

E.O.: Co sprawiło, że ostatecznie przestała Pani pracować?

M.K.: Wiedziałam już, co mi jest i co to oznacza dla drugiego oka. W związku z tym sama zrezygnowałam z pracy. Nie chciałam czekać, aż choroba ponownie mnie zaskoczy i zadecyduje za mnie. Poza tym chciałam ratować resztki wzroku, które mi jeszcze pozostały. Najpierw dostałam trzecią grupę, najniższą. Przez kilka kolejnych lat przyznawano mi pierwszą grupę na czas określony a z czasem – na stałe.

E.O.: Jak wyglądało Pani życie po odejściu z pracy?

M.K.: Musiałam się oswoić z nową sytuacją. To zajęło trochę czasu. Musiałam także przyznać przed samą sobą, że już nie wrócę do pracy, że jestem chora. To było trudne. Szczerze mówiąc, ja się z tym do dziś nie pogodziłam. Może przez mój temperament, może przez charakter – nie wiem, ale nie zaakceptowałam tego do dziś.

Mimo wszystko energia mnie roznosiła, naprawdę. Nie potrafiłam usiedzieć w miejscu, więc robiłam różne rzeczy. Wszędzie było mnie pełno. Ja bardzo lubię ludzi. Ja muszę być z ludźmi – inaczej choruję. Kiedy jestem sama, wszystko mnie boli. Ja muszę mówić, działać, uczestniczyć w czymś.

Dlatego angażowałam się w wolontariat oraz rozmaite lokalne inicjatywy. Wszędzie mnie było pełno. Brałam udział w różnych programach, projektach, spotkaniach. Z czasem coraz więcej rzeczy odbywało się online, więc siłą rzeczy musiałam nauczyć się obsługi komputera, tableta i smartfona. Tak naprawdę uczę się do dziś, bo ciągle pojawia się coś nowego.

Jeździłam na turnusy rehabilitacyjne i szkolenia. Uczestniczyłam także w kursie z rehabilitacji podstawowej w Ośrodku Rehabilitacji i Szkolenia PZN w Bydgoszczy. To było dwutygodniowe szkolenie, podczas którego poznawaliśmy funkcjonowanie bez wzroku: nowe technologie, czynności dnia codziennego, naukę chodzenia z białą laską, obsługę urządzeń no i oczywiście alfabet Braille’a.

Uważam, że każda osoba niewidoma powinna przynajmniej raz w roku odbyć tego rodzaju szkolenie. To naprawdę ogromna pomoc, mnóstwo wiedzy i przede wszystkim poczucie, że nie jest się z tą swoją niepełnosprawnością samemu.

E.O.: Czy to wtedy zaczęła się Pani przygoda z Polskim Związkiem Niewidomych?

M.K.: Tak. Lekarz orzecznik w ZUS-ie powiedział mi o istnieniu takiej instytucji. Najpierw zapisałam się do Okręgu Lubelskiego PZN a potem przeniosłam się do Kraśnika, bliżej domu. To właśnie Związek Niewidomych stał się takim pierwszym miejscem, gdzie mogłam działać, być z ludźmi, uczyć się, uczestniczyć w rehabilitacji.

Wtedy jeszcze miałam w domu dzieci w wieku szkolnym. Pomagałam im, a jednocześnie próbowałam poukładać siebie na nowo.

W związku były szkolenia, spotkania, programy. Kiedyś wszystko odbywało się na żywo – dużo częściej niż dziś. Teraz jest online, ale wtedy to były prawdziwe spotkania, rozmowy, ludzie. Byłam tam ciągle bardzo aktywna. Ja po prostu lubię działać. Jak ktoś chce coś robić, to zawsze znajdzie drogę i ja tę drogę znajdowałam.

Uczestniczyłam w różnych projektach. Kurs angielskiego, spotkania z psychologiem, zajęcia na basenie, warsztaty z czynności dnia codziennego to tylko niektóre z nich. Uczestniczyłam w czym się da. To pozwalało mi się rozwijać.

E.O.: Oprócz aktywnego uczestnictwa w życiu PZN działała Pani także lokalnie.

M.K.: Chodziłam na spotkania Stowarzyszenia „Senior na Czasie”. Prowadzili m. in. zespół wokalny. Występowali we wszystkich lokalnych festynach na terenie całego powiatu. Ja z nimi też jeździłam. Bardzo mi się podobała panująca tam atmosfera. Swojego czasu ja również śpiewałam, ale przeszłam operację strun głosowych, która uniemożliwiła mi rozwijanie tej pasji. Mimo tego chciałam być razem z nimi, wspierać, uczestniczyć. To było dla mnie ważne, by być wśród ludzi.

E.O.: A podróże?

M.K.: To jedna z moich największych pasji. Nikt mi nie odbierze tego, co już zobaczyłam. Teraz już bym wielu rzeczy nie zobaczyła, ale wtedy zwiedziłam naprawdę mnóstwo miejsc w naszym pięknym kraju.

Z kołem PZN jeździliśmy do Ustronia Morskiego oraz do Muszyny, do ośrodków Polskiego Związku Niewidomych.

Kiedy jeszcze pracowałam, mój zakład pracy miał ośrodek wypoczynkowy w Pobierowie. To taka niewielka miejscowość położona w województwie zachodniopomorskim. Wielokrotnie odwiedzałam to miejsce z moją rodziną. Dlatego śmiało mogę powiedzieć, że znam to zachodnie wybrzeże jak własną kieszeń.

E.O.: Które miejsca zapadły Pani najbardziej w pamięć?

M.K.: Wrocław. Gdybym nie mieszkała na Lubelszczyźnie, wówczas to miasto z pewnością byłoby moim miejscem na ziemi. Kocham Wrocław i jeszcze Gdańsk. Choć taki trochę ponury, jak większość poniemieckich miast, to ma w sobie coś wyjątkowego.

Kocham historię i zabytki. Dlatego, wybierając się do danej miejscowości, już wiedziałam, co chcę zobaczyć.

Znam ludzi, którzy jadą na turnus i mówią: „A co tu oglądać?”. A ja? Ja nigdy nie pojechałam na turnus tylko po to, żeby chodzić na zabiegi. Nie ma takiej opcji. Wycieczki, zwiedzanie nadają takim wyjazdom prawdziwy sens.

Wszystkie okoliczne atrakcje muszą być zaliczone. Obecnie, podczas pobytu w ośrodku na turnusie rehabilitacyjnym, można wziąć udział w specjalnie organizowanych dla wczasowiczów wycieczkach. Uważam, że jeśli są takie możliwości, to trzeba z nich korzystać.

E.O.: A co z podróżami poza granice Polski?

M.K.: Wielokrotnie byłam w Wielkiej Brytanii, bo moje córki tam mieszkają. Zwiedziłam tam praktycznie wszystko, co się dało. Zaliczyłam nawet to słynne koło widokowe „Millennium Wheel” nad Tamizą, w Londynie. Ani trochę się nie bałam, choć to dość wysoko. Nie da się opisać słowami, co czułam, gdy unosiłam się w tej kapsule. To było dla mnie niesamowite przeżycie.

E.O.: Dziś jest Pani na emeryturze. Jak wygląda Pani codzienność?

M.K.: Bardzo aktywnie. Cały dzień jestem w ruchu – telefony, Internet, praca z ludźmi. Od rana do wieczora coś się dzieje. Tak właśnie wygląda moje życie. Ja to lubię. Ja po prostu nie umiem inaczej.

Jestem emerytką i to wesołą emerytką. Pracuję jako przewodnicząca oddziału rejonowego Polskiego Związku Emerytów i Rencistów w Kraśniku. Mam mnóstwo zadań. Czasem mierzę się z wyzwaniami, których się w ogóle nie spodziewałam. Nasz oddział jest organizacją pozarządową, posiadającą osobowość prawną. Prowadzimy pełną księgowość i różne projekty. To wiąże się z ogromną odpowiedzialnością.

E.O.: Dlaczego postanowiła Pani poświęcić swój czas i energię działalności w Związku Emerytów i Rencistów?

M.K.: Na co dzień potrzebuję pomocy osób trzecich. Dlatego korzystam z pomocy asystentki. Tak się złożyło, że rok temu nie otrzymałam tego wsparcia. Z tego powodu całą zimę przesiedziałam w domu. Powiedziałam sobie, że to był pierwszy i ostatni raz. Nie mogłam nigdzie wyjść, nigdzie pojechać. A ja? Ja nie mogę być sama. Muszę być z ludźmi.

Tak naprawdę to właśnie te okoliczności zadecydowały o tym, że podjęłam się pełnienia funkcji przewodniczącej oddziału rejonowego. Wszystko po to, aby być między ludźmi, działać, żyć.

Tak się złożyło, że poprzednia przewodnicząca odeszła i zastępowała ją inna osoba. Zwołano zebranie w celu wyboru nowych członków do zarządu. Zapytano mnie, czy wejdę. Pomyślałam: „A czemu nie?”. W ten sposób zostałam członkiem zarządu, a potem wybrano mnie na przewodniczącą. Wszyscy wiedzieli, że jestem konkretną kobietą, że można mi zaufać. Ja lubię prawdę, jestem prostolinijna i skuteczna. To mi jakoś samo wychodzi. Może to taki wrodzony talent do ludzi.

E.O.: I nie żałuje Pani?

M.K.: Nie. Myślę, że najgorsze mam już za sobą. Na początku było naprawdę ciężko. Najtrudniejsze było rozgryzienie wszystkiego od środka. Wyprowadzenie dokumentów, zrozumienie zasad, ogarnięcie tego, co przejęłam.

Ja miałam w głowie obraz funkcjonowania organizacji pozarządowych sprzed wielu lat. Obawiałam się jak to będzie. Okazało się jednak, że niewiele się zmieniło. Statuty i przepisy są w gruncie rzeczy takie same, ale dziś organizacjom takim jak nasza jest zdecydowanie łatwiej działać. Trzeba tylko chcieć.

Podobnie z księgowością: zasady pozostały takie same jak kiedyś, zmieniły się jedynie narzędzia i sposób prowadzenia dokumentacji. Prawo również opiera się na tych samych fundamentach, tylko poszczególne paragrafy są modyfikowane. Trzeba za tym nadążać i ciągle się rozwijać.

E.O.: Co daje Pani praca dla drugiego człowieka?

M.K.: Ja kocham ludzi. Zawsze chciałam im pomagać, choć nieraz się zawiodłam. Dziś wielu chce korzystać, ale bez zaangażowania. A ja od początku mówiłam jasno: to będzie działać tylko wtedy, gdy będziemy robić wszystko razem. Lubię prawdę, przejrzystość. Jeśli kogoś urażę – niech powie a ja to przemyślę. Nie znoszę obiecywania bez pokrycia.

Działanie w organizacji pozarządowej to ogrom pracy. Na początku wszyscy mówili: „Będziemy pomagać” a potem… różnie to bywa. Organizacja jest duża. Pracy jest mnóstwo: księgowość, raporty, dwa koła podległe. Ostatnie miesiące były bardzo ciężkie, ale udało mi się podomykać sprawy, które zastałam i ruszyć z nowymi działaniami.

Efekty już widać – Była zabawa karnawałowa, teraz Dzień Kobiet, potem powitanie wiosny. Cały rok mam zaplanowany. W zeszłym roku od czerwca zrobiłam cztery duże wydarzenia i jeszcze wyposażyłam biuro. Jak się chce – to się zrobi.

E.O.: Wspominała Pani, że praca społeczna nie jest łatwa. Co ma Pani na myśli?

M.K.: Nie jest lekko. Osoby, które pracują jako wolontariusze w różnych stowarzyszeniach czy fundacjach, poświęcają swój prywatny czas. Często się zdarza, że ludzie okazują swoją niewdzięczność. Cokolwiek by się zrobiło, zawsze znajdzie się ktoś niezadowolony. To przykre, ale tak jest.

Druga sprawa – trzeba to lubić. Naprawdę lubić. Bo inaczej to, jak mówią, z niewolnika nie ma robotnika. W wolontariacie nikt nikogo nie zmusza. Tu trzeba mieć serce do ludzi.

Trzeba wiedzieć, jak to wygląda od środka, jak prowadzić działania tak, żeby pozyskiwać ludzi, a nie ich tracić. Trzeba poznać tych ludzi oraz ich potrzeby a następnie działać w tym kierunku.

Poza tym kwestia wynagrodzenia za pracę. Ja za swoją pracę otrzymuję jedynie symboliczne wynagrodzenie, ale ja nie robię tego wszystkiego dla pieniędzy. To praca społeczna – dla ludzi. Dlatego taką pracę świadczy się raczej w ramach wolontariatu i ktoś, kto decyduje się na taką funkcję, powinien się z tym liczyć.

Na szczęście są osoby, którzy chcą działać i robić coś dla innych bezinteresownie, tak z potrzeby serca – i ja jestem jedną z nich.

E.O.: Dlaczego Pani zdaniem tak ważne jest, by seniorzy szli z duchem czasu?

M.K.: Kiedy trafiłam do związku emerytów, szybko zauważyłam, że wszyscy mają telefony, smartfony, tablety. Zauważyłam jednak, że większość osób używa ich tylko do rozmów, może SMS-a napiszą – o mailu nawet nie wspomnę. Te obserwacje bardzo mnie zainspirowały do tego, by przeszkolić członków naszego koła z nowoczesnych technologii.

Niedawno złożyliśmy wniosek do Regionalnego Ośrodka Polityki Społecznej i czekamy na rozstrzygnięcie. Chcę zrobić szkolenie dla moich seniorów z obsługi podstawowych urządzeń: telefonów, tabletów. Chcę, aby potrafili założyć maila, pobrać aplikację i odnaleźć się w tym cyfrowym świecie. To moim zdaniem konieczność, ponieważ coraz więcej spraw załatwia się drogą elektroniczną – z lekarzem, z ZUS-em, z urzędami.

Ja sama musiałam się tego nauczyć. Kiedy nie miałam asystentki, to nie miałam wyjścia. Wszystko mam na mailach, faktury, dokumenty – wszystko płacę przez Internet.

Zależy mi na tym, żeby seniorzy wiedzieli, że telefon może służyć do innych rzeczy niż rozmowy ze znajomymi. Poza tym chcę, aby byli bardziej świadomi i samodzielni oraz aby potrafili się chronić – przed hejtem, cyberprzemocą, przed oszustami. Nie chcę, żeby moi seniorzy zostali w tyle.

E.O.: Skąd wzięła się w Pani potrzeba działania na rzecz drugiego człowieka?

M.K.: Jak już wcześniej wspomniałam – mam to chyba we krwi. W domu było nas sześcioro: czwórka dzieci i rodzice.

Mój tatuś, a wcześniej jego ojciec, byli działaczami. Dziadek w dawnych czasach jadał obiady z dziedzicem Kochanowskim i działał społecznie. Zasiadał w radzie – chyba w Sejmiku Lubelskim, jak to się wtedy nazywało. Jeździł do Lublina bryczką.

A potem tatuś jako jedyny z rodzeństwa złapał tę smykałkę. W czasie wojny tatuś uczył się na tajnych kompletach. Miał niesamowity zmysł matematyczny, więc geodezja była mu po drodze. Mierzył pola i dokonywał podziałów działek. Swoją pracę wykonywał na tyle solidnie, że do dziś cyfrowe mapy niewiele odbiegają od jego wyliczeń.

E.O.: Czyli to rodzinne.

M.K.: Tak. Ja też jestem z rodzeństwa jedyną taką… szybką, wszędzie mnie pełno. Chyba urodziłam się z ADHD. Zawsze byłam w ruchu, zawsze wśród ludzi.

Mój tata był dla mnie wzorem do naśladowania. Imponował mi wiedzą. Miał nawet przydomek „Wujek Powiatowy”, bo wszyscy do niego lgnęli. Tak jak do mnie. Mój dom zawsze był pełen ludzi. Dziś nadal mam mnóstwo przyjaciół. Zawsze pomagam każdemu, kto poprosi. Nigdy nie odmówiłam.

W naszym domu była nas czwórka dzieci a tatuś potrafił oddać ostatnie pieniądze komuś, kto był w większej potrzebie niż my. Ja jestem dokładnie taka sama. Oddam ostatni grosz, jeśli ktoś go bardziej ode mnie potrzebuje. Nie lubię w ogóle rozmawiać o pieniądzach, bo to mnie mierzi.

Nie jestem milionerką, daleko mi do tego. Pomimo to nigdy nie narzekam, że nie mam. I nie lubię rozmów typu: „ten ma tyle, tamten ma taki samochód”. To mnie nie interesuje. Uważam, że rzeczy materialne nie świadczą o człowieku. Najważniejsze jest to, jaki ktoś jest.

E.O.: Czy poza działalnością społeczną i podróżami ma Pani jeszcze jakieś pasje?

M.K.: Jestem bardzo ciekawa świata. Kiedyś czytałam masowo książki. Moje dzieci również – mimo, że mają dostęp do całej technologii świata, to papierowe książki stoją na półkach i bardzo dobrze.

Dziś już nie mogę czytać papierowych książek. Wzrok mi na to nie pozwala.

Próbowałam się przestawić na audiobooki. Jestem nawet zapisana do Biblioteki Centralnej Polskiego Związku Niewidomych w Warszawie. Mam w smartfonie aplikację do słuchania książek a swojego czasu miałam nawet urządzenie do słuchania – „Czytak”. To jednak nie dla mnie. Nie potrafię tak po prostu siedzieć w jednym miejscu i słuchać. Kiedy chodzę po mieszkaniu, to zaraz gubię wątek. To mnie wybija.

Czasem coś przeczytam na tablecie, korzystając z powiększonej czcionki, ale niewiele. Nie chcę męczyć lewego oka, na które jeszcze trochę widzę. Muszę je oszczędzać.

E.O.: Jednak mimo wszystko cieszy się Pani z nowych technologii?

M.K.: Oczywiście. Nie wyobrażam sobie teraz życia bez tych zdobyczy cywilizacji. Komputer i tablet to moje okno na świat. Cieszę się, że dożyłam czasów, w których mogę te technologie poznawać.

E.O.: Czy Pani w ogóle kiedykolwiek odpoczywa?

M.K.: Ja nie odpoczywam, bo wtedy mnie wszystko boli. (śmiech) Ja muszę być w ruchu. Kiedyś szydełkowałam – obrusy, firanki, ubranka dla dzieci. Teraz wzrok mi na to nie pozwala. Za to uwielbiam swoją działkę przy lesie, kwiaty, rośliny. Nie lubię ciszy, musi się coś dziać.

E.O.: Pani najbliżsi mieszkają daleko…

M.K.: Jestem tu sama. Syn mieszka pod Krakowem, córki za granicą. Wnuczki widzę głównie na ekranie. W niedzielę mam wszystkich „przy sobie”, ale tylko w telefonie. Cieszę się, że mogę ich zobaczyć, ale po rozmowie bywa mi bardzo ciężko. Oni nie wiedzą, co ja czuję. To serce matki… Samotność nie jest dla mnie wskazana. Dlatego właśnie jestem tu, gdzie jestem – wśród ludzi, w tej całej działalności. I dobrze się w tym odnalazłam. Radzę sobie, z czego jestem naprawdę dumna. Czasem myślę, że Duch Święty nade mną czuwał, bo sama się zastanawiam, skąd ja mam jeszcze tyle siły i pamięć tak dobrą.

E.O.: Co Pani ma na myśli?

M.K.: Cztery lata temu bardzo ciężko chorowałam. Byłam, szczerze mówiąc, już jedną nogą po tamtej stronie. Przyplątała się do mnie bakteria HIB, którą złapałam w klinice w Londynie. Gdyby nie tamtejsi lekarze, nie byłoby mnie dziś tutaj.

E.O.: Czyli dostała Pani drugie życie?

M.K.: Dokładnie tak. Powiem Pani szczerze, że jestem inną osobą niż byłam. Po tych doświadczeniach zyskałam spokój w sercu oraz pokorę. Kiedyś wszystko mnie irytowało, byłam wybuchowa. Teraz potrafię wysłuchać, pomilczeć, przemyśleć. Cieszę się, że dano mi jeszcze ten czas i chcę go wykorzystać maksymalnie. To mój cel. I na razie – idzie dobrze.

E.O.: Skąd czerpie Pani siłę do codziennego działania? Do tego, by mimo trudności, mimo niepogodzenia się z utratą wzroku, wciąż iść do przodu?

M.K.: Myślę, że to w dużej mierze mój charakter. Ja po prostu nie umiem inaczej. A poza tym… nie mam innego wyjścia. Gdybym zamknęła się w czterech ścianach i tylko siedziała, myślała, rozpaczała – to by mnie zniszczyło. Żeby żyć, trzeba działać. Ruszać się. Być wśród ludzi. Ja działam, żeby żyć dłużej. To jest moja motywacja.

E.O.: Wspomniała Pani wcześniej o Duchu Świętym. Czy wiara jest dla Pani ważna?

M.K.: Bardzo. To dla mnie fundament. Ja się dużo modlę. Nie wdaję się w dyskusje o religiach, choć czytałam o wielu. Zawsze proszę Ducha Świętego o prostą drogę, o siłę do pokonywania trudności i czuję, że On mi pomaga. Po tym, co przeszłam cztery lata temu, jestem przekonana, że to był palec boży.

Gdy rano odmówię modlitwę, chce mi się wstać z łóżka. Jak się nie pomodlę – nie mam siły. Codzienna modlitwa daje mi spokój.

Nauczyłam się modlić dopiero jako dorosła kobieta. Mój kuzyn, ksiądz, powiedział mi kiedyś: „Marysia, klepanie różańca to nie jest modlitwa. Modlitwa to rozmowa z Bogiem”. Potrzeba ciszy, skupienia, słów z serca albo z Pisma Świętego. To nie jest trudne, tylko trzeba chcieć. Każdy powinien znaleźć te dziesięć minut dziennie. To naprawdę zmienia człowieka.

W tygodniu mam asystentkę, ale w niedziele często zostaję sama. Wtedy oglądam mszę w telewizji. I powiem szczerze – jestem wtedy bardziej skupiona niż w kościele. W kościele nic nie widzę, rozpraszam się a przed telewizorem modlę się naprawdę. Rozmawiałam o tym z księżmi i oni to rozumieją. Wierzę w to, że Pan Bóg mi to wybacza, bo nie mam innego wyjścia.

E.O.: Czy chciałaby Pani się podzielić z Czytelnikami naszego biuletynu jakąś refleksją?

M.K.: Chciałabym powiedzieć coś wszystkim osobom z niepełnosprawnościami. Nie liczcie na nikogo – liczcie na siebie. Pomoc innych jest potrzebna, oczywiście, ale najważniejsze jest to, co mamy w sobie. Jeśli będziemy pozytywni, jeśli będziemy chcieli żyć, działać, wychodzić do ludzi, wtedy każdy dzień będzie lepszy.

A jeśli zamkniemy się w sobie i będziemy siedzieć w ciemnym pokoju, to będzie tylko gorzej. Dlatego trzeba otworzyć okno. Dla nas, tracących wzrok, tym oknem są nowe technologie, ludzie, rozmowy, aktywność.

Ja sama nie pogodziłam się ze swoją chorobą, ale żyję. Działam. Jestem wśród ludzi. To mnie ratuje.

Myślę, że trzeba także patrzeć na to, co się daje innym, a nie tylko na to, czego się oczekuje. Dziś świat jest pełen chaosu, roszczeń, pretensji. Gdyby każdy spojrzał na siebie i zapytał: „Jakim jestem człowiekiem?”, świat byłby jeszcze piękniejszy.

Galeria zdjęć

Rozmawiała: Ewelina Orzechowska
Zdjęcia z archiwum prywatnego Marianny Kaniowskiej

Materiał powstał w ramach projektu „Wzmacniamy aktywność” 
realizowanego w okresie 01.01.2025 r. – 29.02.2028 r.
przez Lubelskie Forum Organizacji Osób Niepełnosprawnych – Sejmik Wojewódzki

Zadanie publiczne jest dofinansowane ze środków PFRON 

UWAGA: Pobieranie, kopiowanie i jakiekolwiek inne wykorzystanie treści dostępnych w powyższym materiale wymaga pisemnej zgody LFOON – SW będącego właścicielem serwisu www.niepelnosprawnilublin.pl.

Facebook