BIULETYN INFORMACYJNY OSÓB NIEPEŁNOSPRAWNYCH
Portret Pawła Króla - uśmiechnięty, krótkowłosy mężczyzna z przewodowymi słuchawkami na szyi

Paweł Król: „Chciałbym powiedzieć, żeby ludzie doceniali każdą drobną, pozornie mało znaczącą chwilę. To właśnie z takich chwil składa się nasze życie.”

O podróżach, samodzielności i sile z Pawłem Królem, miłośnikiem podróży i sportów wytrzymałościowych, autorem bloga oraz podkastu "Cztery Zmysły Paweł Król" rozmawia Ewelina Orzechowska.

E.O.: Pawle, opowiedz kilka słów o sobie.

P.K.: Jestem Polakiem, zwyczajnym mężczyzną i…. jestem całkowicie niewidomy. Wzrok straciłem, kiedy miałem zaledwie trzy lata. To był zwykły dzień… Otwarte okno, przeciąg, rozbita szyba. Odłamek szkła wpadł mi do oka i przebił je na wylot. Potem przyszła infekcja bakteryjna, która przeszła przez nerw wzrokowy na drugie oko. Przez kilka miesięcy widziałem coraz mniej, aż w końcu, tuż przed czwartymi urodzinami – przestałem widzieć cokolwiek. Przez rok miałem jeszcze poczucie światła, ale później i ono zniknęło.

E.O.: Czy masz jakieś przebłyski z tamtego czasu, jakieś obrazy?

P.K.: Obrazów nie pamiętam w ogóle. Byłem za mały. Zostały tylko wspomnienia dotykowe, zapachowe i dźwiękowe.

E.O.: A czym zajmujesz się na co dzień?

P.K.: Od pięciu lat pracuję jako przewodnik w niezwykłym miejscu, jakim jest Wystawa W Stronę Ciemności w Womai w Krakowie. [Przyp. red.: WOMAI – Centrum Nauki i Zmysłów: https://womai.pl/]
Oprowadzam ludzi w przestrzeni, gdzie nie widać absolutnie nic. Dla zwiedzających niekiedy zaskoczeniem jest fakt, że nie pomaga nawet wytężanie wzroku, ponieważ w tym miejscu nie ma ani odrobiny światła. Spędza się w sumie 50 minut w absolutnych ciemnościach, ale przez cały ten czas jest się pod opieką przewodnika. Przewodnik wszystko tłumaczy, pokazuje poprzez dotyk, słuch oraz węch.
Naszą wystawę odwiedza bardzo dużo osób. Przyjeżdżają ludzie z całej Polski, ale też z całego świata. Miałem gości z różnych kontynentów – z Ameryki, z Azji, nawet z Afryki, choć ci ostatni raczej mieszkali już w Europie. Najwięcej zagranicznych gości to Europejczycy, ale lwią część odwiedzających stanowią Azjaci, szczególnie Chińczycy. Myślę, że to też specyfika Krakowa, bo to miasto pełne turystów, a lokalizacja naszej wystawy jest idealna. Wysiądziesz z pociągu, przejdziesz przez galerię i jesteś praktycznie pod drzwiami wystawy.
Bardzo chciałbym, żeby jak najwięcej ludzi widzących poszło na tę wystawę i doceniło dar, jakim jest wzrok.

E.O.: O co ludzie odwiedzający wystawę pytają najczęściej?

P.K.: O wszystko. (śmiech)
W gruncie rzeczy wszystkie te pytania sprowadzają się do jednego: ludzie próbują zrozumieć, jak wygląda życie bez wzroku. Jak funkcjonujemy, jak sobie radzimy, jak odbieramy świat. Dla nich to jest niewyobrażalne, bo patrzą przez pryzmat własnych zmysłów. A ja staram się im pokazać, że nasza codzienność jest inna, ale nie gorsza.
Najczęściej pytania są bardzo podobne: czy nie widzę od zawsze, kiedy straciłem wzrok, co w ogóle widzą niewidomi, czy mamy sny, czy potrafimy „zobaczyć” coś w wyobraźni, czy dotykając twarzy człowieka, jesteśmy w stanie ją sobie jakoś wyobrazić. To są pytania, które słyszę praktycznie codziennie.
Ludzie pytają też o praktyczne rzeczy: jak gotujemy, jak poruszamy się po mieście, jak działa biała laska, jak wygląda chodzenie z psem przewodnikiem.

E.O.: A czy zdarzają się bardziej nietypowe pytania?

P.K.: Oczywiście. Na przykład pytanie, czy osoby niewidome uprawiają seks i jak to robią. Wtedy odpowiadam spokojnie, że mogą spróbować zgasić światło i sami się przekonać, że wzrok nie jest do tego potrzebny. To zwykle wywołuje śmiech i rozładowuje atmosferę.
Ludzie czasem nie wiedzą, jak o coś zapytać, więc wychodzi zabawnie, ale ja nie mam z tym problemu.

E.O.: Co daje ci ta praca?

P.K.: Przede wszystkim satysfakcję. I ogromną radość. To, że mogę pokazywać ludziom nasz świat – świat osób niewidomych – jest dla mnie czymś naprawdę ważnym. Widzę, jak bardzo to ich porusza, jak zaczynają rozumieć, jak inaczej patrzą na codzienność. A mnie daje to poczucie sensu.
Cieszę się też dlatego, że mogę pokazać osobom, które być może kiedyś stracą wzrok – albo już go straciły – że życie się nie kończy. Że po zaakceptowaniu tej ogromnej straty można żyć dobrze, pełniej, naprawdę szczęśliwie. To nie dzieje się od razu, potrzeba czasu, ale jest możliwe. I ja jestem tego żywym dowodem.

E.O.: Działasz w sieci jako „Cztery zmysły”. Co było dla Ciebie impulsem, żeby stworzyć takie miejsce?

P.K.: Tak naprawdę… koledzy. Najpierw Michał – jeszcze na studiach – namawiał mnie, żeby zrobić stronę, profil, coś zacząć, ale życie nas rozrzuciło. On wyjechał, ja wyjechałem – temat się rozmył.
A potem, po powrocie z Francji w 2020 roku, spotkałem się z Wojtkiem. Poszliśmy na piwo, a on powiedział: „Stary, robisz tyle rzeczy. To mogłoby inspirować ludzi. Pokazać im, że niepełnosprawność nie wyklucza, że może być motorem napędowym. Czemu nie spróbować?”. A ja mu na to: „Daj spokój, mam zwyczajne życie, nic ciekawego”.
Wojtek nalegał dalej: „Byłeś w kilkudziesięciu krajach, trenujesz, walczysz, zdobywasz medale… Jak możesz mówić, że to nic?”.
Spróbowaliśmy i tak minęło już ponad pięć lat.

E.O.: Jak ludzie reagują na to, co robisz?

P.K.: Bardzo pozytywnie. Coraz więcej osób pisze do mnie na Instagramie, Facebooku. Ostatnio napisała pani, która poprosiła, żebym spróbował zmotywować jej syna – żeby zaczął wychodzić z domu, żeby się otworzył. Nie wiem jeszcze, ile ma lat, dopiero odpisałem. Może zadzwonię, może kiedyś nawet pojadę.
Pamiętam też chłopaka, którego spotkałem przy rondzie Matecznego w Krakowie. Pomógł mi znaleźć przystanek. Pogadaliśmy chwilę, powiedziałem mu o „Czterech zmysłach”. Wieczorem napisał, że od lat walczy z depresją, a to, co zobaczył na moim profilu, dało mu nadzieję, że jeśli ja – niewidomy – mogę robić tyle rzeczy, to on, w pełni sprawny fizycznie, też może spróbować zawalczyć o siebie. To było dla mnie niesamowite.

E.O.: Po co w ogóle istnieją takie miejsca jak Twoje „Cztery zmysły”?

P.K.: Żeby pokazać ludziom nasz świat, żeby mogli go poczuć, zrozumieć, żeby wiedzieli, jak się zachować w naszej obecności – że wystarczy powiedzieć, gdzie coś stoi, stuknąć kubkiem o stół, poinformować, że podaje się coś do ręki. To drobiazgi, ale dla nas ogromna różnica.
Takie miejsca są także po to, żeby dać ludziom nadzieję… Bo utrata wzroku jest trudna, nie ma co udawać. Mimo wszystko nie wyłącza z życia. Ogranicza w pewnych obszarach, jasne – nie poprowadzę samochodu, nie pójdę pewnym krokiem drogą, której nie znam, ale tam, gdzie znam teren, poruszam się szybko. Mogę pracować, trenować, podróżować, kochać, założyć rodzinę. Mogę być szczęśliwy. Tak samo jak każdy inny człowiek.

E.O.: A po godzinach?

P.K.: Trenuję, dużo trenuję. Jestem sportowcem amatorem, ale z dużą pasją. Od 17 lat trenuję brazylijskie jiu-jitsu, wcześniej przez siedem lat trenowałem judo, a od jakiegoś czasu karate tradycyjne.
Lubię biegi długodystansowe, kalistenikę. Poza tym jestem tłumaczem języka hiszpańskiego oraz francuskiego.
(Jeśli chodzi o judo, to trenowałem je przez pięć lat i jakiś czas temu wróciłem do tego sportu).
Teraz trenuję go w specjalnej sekcji dla niewidomych i niedowidzących i w związku z tym chciałbym podziękować Piotrkowi Niesyczyńskiemu prezesowi fundacji NIE WIDZĄC PRZESZKÓD. Natomiast to karate tradycyjne trenowałem przez siedem lat u Senseia Pawła Janusza w Akademii Karate Tradycyjnego w Niepołomicach).

E.O.: Sport Brzmi jak ogromna część Twojego życia. Jak to się właściwie zaczęło? Skąd wzięło się u Ciebie takie zamiłowanie do aktywności?

P.K.: Szczerze mówiąc, zaczęło się… trochę przypadkiem, trochę z kompleksów, a trochę z potrzeby bycia takim, jak ludzie, którzy mnie otaczali. Kiedy byłem dzieciakiem, byłem niewidomy. Moi nadopiekuńczy rodzice trzymali mnie głównie w domu, a ja siedziałem, jadłem smażone frytki, a w lodówce zawsze czekała czekolada. No i wyrosłem na takiego… pączka.
Kiedy zacząłem dorastać, schudłem, ale w głowie zostały kompleksy. W moim domu panowała kultura pracy fizycznej – mężczyźni byli silni, sprawni, zahartowani. Ja wychowywałem się wśród widzących dzieci i dorosłych, nie chodziłem do szkoły dla niewidomych, więc naturalnie porównywałem się do nich. Chciałem być jak mój wujek – duży, silny, sprawny. Chciałem, by kiedy się przewrócę, nic mi się nie stało. Chciałem być zwinny, szybki, taki… chłopięco mocny.
No i jak to chłopaki – lubiłem się tarmosić, sprawdzać, który silniejszy, który szybszy. Dziewczynki tego nie mają, ale chłopcy? My to uwielbiamy.

E.O.: I wtedy pojawił się sport?

P.K.: Tak. Miałem kilkanaście lat, kiedy szwagier mojego szwagra – trener karate – zapytał, czy nie chciałbym spróbować. Zgodziłem się. To był początek drugiej klasy liceum. Chodziłem do niego raz w tygodniu na treningi, a w domu ćwiczyłem codziennie: pompki, brzuszki, przysiady, wszystko, co się dało.
Pierwszy trening pamiętam do dziś: następnego dnia bolało mnie absolutnie wszystko. Jednak to mnie tylko nakręciło. W październiku ledwo zipałem, a w maju byłem jednym z najszybszych i najsprawniejszych na sali.

E.O.: To musiało być niesamowite uczucie.P.K.: Było. I wtedy poszedłem dalej. Zacząłem trenować karate tradycyjne u senseia Pawła Janusza – wielokrotnego mistrza świata. Do tego doszło judo, bo w judo nie ma kopnięć, więc mogłem normalnie walczyć z widzącymi. A ja chciałem walczyć, chciałem się sprawdzać. Chodziłem też na siłownię, bo marzyło mi się, żeby wyglądać jak Arnold Schwarzenegger. To było głupie – mam trochę ponad 170 cm wzrostu i ważę niecałe 70 kg, więc nie mam predyspozycji do bycia kulturystą. Jako młody chłopak nie myślałem o predyspozycjach, tylko o marzeniach. W końcu odpuściłem siłownię. Skupiłem się na sztukach walki i wytrzymałości. Zacząłem biegać. Bardzo dużo biegałem. Startowałem w zawodach w całej Polsce. Zawsze z widzącym przewodnikiem, najwięcej z Jackiem Pawlikowskim – świetnym biegaczem amatorem, który ma niesamowite predyspozycje do sportów wytrzymałościowych. Dzięki niemu biegałem naprawdę sporo. A od 17 lat trenuję sporty grapplerowe w klubie Grappling Kraków. To sport idealny dla mnie – nie ma kopnięć, ale są rzuty, dźwignie, duszenia. Mogę walczyć z widzącymi na równych zasadach. I walczyłem. Trochę wygrywałem, trochę przegrywałem. Bilans mam mniej więcej pół na pół i jestem z tego dumny.

E.O.: Brzmi jak droga, która nie tylko Cię ukształtowała, ale też dała Ci ogromną siłę.

P.K.: Jak już wspomniałem wcześniej – moja przygoda ze sportem rozpoczęła się już w liceum. Wtedy zacząłem trenować, wciągnąłem się na dobre i tak już zostało. Sport stał się dla mnie czymś fundamentalnym czymś, co mnie wzmacnia, buduje, daje pewność siebie oraz poczucie, że mogę osiągnąć więcej, niż ktokolwiek by się spodziewał. I chyba właśnie dlatego został ze mną na całe życie.

E.O.: Czym jest wspomniany przez Ciebie grappling?P.K.: Tym słowem określa się wszystkie sporty grapplerowe, czyli takie w których nie uderzasz, ani kopiesz, lecz chwytasz. Pochodzi to od angielskiego czasownika to grapple, czyli szarpać się, zmagać się. W samym grapplingu mamy na sobie tylko obcisłe spodenki i koszulki, a w judo, tradycyjnym oraz brazylijskim jiu-jitsu mamy specjalne grube kimona i jesteśmy przepasani pasami oznaczającymi określony poziom zaawansowania. Kimona w brazylijskim jiu-jitsu nazywają się gi i pochodzi to od japońskiego słowa oznaczającego strój, ubranie. Specjalne stroje pozwalają na chwytanie przeciwnika. Walka zaczyna się od uchwytu za klapę bluzy i rękaw, dzięki czemu obaj zawodnicy są w stałym kontakcie i wyczuwają każdy ruch drugiej osoby. Celem jest zdominowanie przeciwnika: rzucenie go, sprowadzenie do parteru i utrzymanie kontroli w pozycjach unieruchamiających. To sport wymagający siły, techniki, refleksu i wyczucia, dlatego świetnie sprawdza się u osób niewidomych – kontakt jest ciągły, a sędzia przerywa walkę, jeśli zostanie zerwany. W jiu-jitsu, które jest częścią tej dyscypliny, zwycięża się, zmuszając przeciwnika do poddania poprzez duszenia lub dźwignie na stawy.

E.O.: Miałeś również okazję spróbować swoich sił w triathlonie…

P.K.: Tak, triathlon to była przygoda, którą przeżyłem z moim przewodnikiem, Jackiem. Wystartowaliśmy w kilku zawodach – najpierw pływanie, potem rower, na końcu bieganie.

E.O.: Jak to wygląda w przypadku osoby niewidomej?

P.K.: Płynęliśmy połączeni paskiem. Ja użyłem pasków od jiu-jitsu, ponieważ są mocne, nie przecierają się. Przewodnik ma pasek wokół talii, ja też. Dodatkowo jesteśmy połączeni linką. Dzięki temu płyniemy równo.
Mówiąc o jeździe na rowerze w moim przypadku, mam na myśli oczywiście tandem. Osoba niewidoma siedzi z tyłu, przewodnik z przodu. To jest niesamowite uczucie – prędkość, wiatr, pełne zaufanie.
A bieganie? Przewodnik trzyma w ręce sznurek, sznurówkę albo cienką smyczkę. Ja trzymam drugi koniec. Biegnę delikatnie za nim, tak żebyśmy byli równolegle. Chodzi o to, żeby móc pracować obiema rękami, nie usztywniać jednej strony ciała. To daje rytm i bezpieczeństwo.

E.O.: Jakie dystanse pokonywaliście?

P.K.: Pokonaliśmy dystans triathlonu olimpijskiego: 1500 metrów pływania, 40 kilometrów jazdy na rowerze i 10 kilometrów biegu. Później poszliśmy o krok dalej i w 2016 roku w Malborku ukończyliśmy pół Ironmana – połówkę „człowieka z żelaza”.
(Raczej biegnę delikatnie za nim, aby móc z wyprzedzeniem wiedzieć o przeszkodach. Może z mojej wypowiedzi wyniknęło coś innego. 😀)

E.O.: Twoja ścieżka edukacyjna to również wspaniała przygoda…

P.K.: Najpierw skończyłem studium masażu. Przez kilka lat pracowałem jako masażysta. nie wciągnęło mnie to jednak na tyle, żebym chciał robić to całe życie. Czułem, że chcę podnieść sobie poprzeczkę, nauczyć się czegoś nowego. Zawsze fascynowały mnie języki, więc pomyślałem, że może to jest moment, żeby spróbować czegoś zupełnie innego. Chciałem też trochę po podróżować, zobaczyć świat.
Kiedyś powiedziałem o tym koledze w szatni, przed treningiem karate. On poinformował mnie wówczas, że na Uniwersytecie Pedagogicznym jest jeszcze rekrutacja na filologię hiszpańską. To był już początek września, a rok akademicki zaczyna się przecież w październiku.
Pomyślałem: „Dobra, zobaczę”. Na totalnym spontanie złożyłem dokumenty. Miałem starą maturę, więc nie liczyły się punkty – musiałem zdać egzamin z języka. Zdałem angielski i w ten oto sposób w październiku 2009 roku stałem się studentem filologii hiszpańskiej.

E.O.: Jak wyglądały początki Twoich studiów?

P.K.: Bardzo dobrze. Byłem wtedy młody, pełen entuzjazmu, ciekawy świata. Pamiętam mój pierwszy dzień jak dziś. Wysiadłem na przystanku Batorego w Krakowie, bo w pobliżu tego przystanku miałem mieć pierwsze zajęcia. Spotkałem pana Wojtka, który wcześniej pomagał mi załatwiać formalności. Wspólnie dotarliśmy do budynku, gdzie odbywał się wykład z językoznawstwa. Prowadziła go pani Gosia, którą bardzo dobrze wspominam. Opowiadała o języku, o strukturach, o tym, jak będziemy pracować. Dla mnie to było coś zupełnie nowego. W liceum czy w studium masażu nauczyciele czytali listę obecności. A tu? Na studiach? Kartka krąży po sali, każdy się wpisuje.
No i ja też się wpisałem. Po zajęciach pani Gosia spojrzała na kartkę i stwierdziła łagodnym, kobiecym głosem: „O, ktoś mi tu taki ładny rysuneczek zrobił…”. Po chwili dodała: „A nie, to chyba pana podpis, prawda?”. Potwierdziłem, zgodnie z prawdą, że to mój autograf. To spowodowało, że oboje się zaśmialiśmy.

E.O.: Piękny początek.

P.K.: Tak, taki bardzo w moim stylu i bardzo studencki.

E.O.: Nowy budynek, nowe trasy, nowi ludzie – to wszystko nie jest dla osoby niewidomej proste.

P.K.: To prawda. Na początku byłem kompletnie zagubiony. Nie znałem uczelni, nie wiedziałem, gdzie są sale. Szczerze mówiąc, szedłem po prostu za głosami dziewczyn, które przechodziły obok. (śmiech)
One zazwyczaj i tak mnie podprowadzały tam, gdzie trzeba.
W pewnym momencie skontaktowałem się z działającym wówczas na mojej uczelni Biurem ds. Studentów Niepełnosprawnych. W ten sposób otrzymałem kontakt do pani Lucynki Zaleskiej ze Specjalnego Ośrodka Szkolno-Wychowawczego dla Dzieci Niewidomych i Słabowidzących w Krakowie.
A pani Lucynka… no legenda. Instruktorka orientacji przestrzennej dla osób niewidomych w Krakowie i nie tylko. Dzięki niej ogarnąłem przestrzeń i potem już wszędzie śmigałem sam.

E.O.: Studiowałeś filologię hiszpańską. Skąd więc wziął się francuski?

P.K.: Na drugim roku studiów musiałem wybrać lektorat z języka obcego. Wybrałem francuski. Radziłem sobie przeciętnie – ani dobrze, ani źle. Francuski był dla mnie początkowo dość trudnym językiem do opanowania.
W trakcie studiów pojechałem na wymianę, na wolontariat europejski do Granady. Uczyłem tam imigrantów hiszpańskiego w jednym z ośrodków Czerwonego Krzyża. To były głównie konwersacje z ludźmi, którzy już coś mówili, a moim zadaniem było ich „podciągnąć”.
Po powrocie kończyłem studia. Miałem rok przerwy, bo przez wyjazd nie zaliczyłem roku, ale szczerze? Warto było. Nauczyłem się świetnie hiszpańskiego. Obroniłem pracę licencjacką.
Wtedy pomyślałem, że mógłbym nauczyć się jeszcze jednego języka. Lubiłem francuski, więc złożyłem dokumenty na dwie filologie: francuską i włoską.

E.O.: I znowu musiałeś zdawać egzamin?

P.K.: Tak, bo miałem starą maturę. Zdawałem z hiszpańskiego — wiadomo, po tylu latach i po tłumaczeniach miałem prawie maksymalną liczbę punktów. To była drobnostka.
Dostałem się na obie filologie, ale wybrałem francuską. Chciałem to jakoś połączyć ze sportem, bo cały czas trenowałem, byłem ciągle na macie i nie chciałem z tego rezygnować.

E.O.: Jak wyglądały te studia?

P.K.: Byłem dwa razy za granicą. Wpadłem na „genialny” pomysł, że studiując francuski, pojadę do Hiszpanii i będę rozwijał oba języki naraz. Wziąłem udział w programie studenckiej wymiany Erasmus w Santiago de Compostela. Nie był to najlepszy pomysł, bo francuskiego nauczyłem się tam niewiele. Za to jeszcze bardziej podszlifowałem hiszpański.
Drugi wyjazd w ramach Erasmusa był już we Francji, w Tuluzie. Spędziłem tam ostatni rok studiów. W międzyczasie pisałem pracę licencjacką i ostatecznie ją obroniłem.
Wtedy już mieszkałem we Francji. Poznałem Francuzkę, studentkę psychologii. Zamieszkaliśmy razem i do pewnego momentu tworzyliśmy parę.
To był 2020 rok. Nie wyobrażam sobie mieszkać poza Polską przez dłuższy czas. Dlatego wróciłem do kraju.

E.O.: Czy kiedykolwiek miałeś w życiu moment buntu? Taki czas, kiedy złościłeś się na to, że nie widzisz, że jest trudniej?

P.K.: Tak, po liceum. To był taki czas, kiedy wydawało mi się, że życie – a zwłaszcza moje – nie ma sensu. Skoro nie widziałem, skoro nie byłem jeszcze samodzielny, skoro nie chodziłem wszędzie sam… to myślałem, że to wszystko nie ma sensu. Miałem wtedy jakoś 18 czy 19 lat. Chciałem zrobić prawo jazdy, prowadzić samochód, jak każdy chłopak w tym wieku.
To był trudny moment, który dzięki mojej siostrze nie trwał długo. Któregoś dnia zamknąłem się w łazience i płakałem. A ja normalnie nie płakałem. Byłem wychowany w takim duchu, że mężczyzna nie okazuje słabości, że nie wolno mu płakać. Teraz myślę o tym inaczej, ale wówczas byłem młody i dumny. W wieku trzynastu lat uderzyłem głową w bramę. Strasznie mnie bolało i wtedy rozpłakałem się z bólu. Wtedy sobie przyrzekłem, że to będzie ostatni raz, kiedy płaczę z bólu. Dotrzymałem słowa aż do dnia, kiedy siostra znalazła mnie w łazience.

E.O.: Co się wtedy wydarzyło?

P.K.: Siostra zapytała, co się stało. Powiedziałem jej, że mam kryzys, że wszystko mnie przytłacza. Wyjaśniłem jej, co czuję a ona… po prostu mnie mocno przytuliła. Zaczęła głaskać mnie po włosach i powiedziała: „Zobacz, o co ty płaczesz? Jesteś młody. Widzę panią niewidomą, która chodzi codziennie i chodzi szybko. Świetnie sobie radzi. Dlaczego ty miałbyś sobie nie poradzić? Za niedługo też będziesz tak zasuwał. To tylko kwestia czasu. Jesteś zawsze uśmiechnięty, masz za dużo energii – mógłbyś zacząć ją dawać innym ludziom. To po co się tak smucić?”. Te słowa naprawdę mnie poruszyły. Siostra miała wtedy czternaście lat, a mówiła rzeczy, które trafiły do mnie bardziej niż słowa dorosłych.

E.O.: I co wtedy postanowiłeś?

P.K.: Że nauczę się chodzić z białą laską, gotować, że będę tak samodzielny, jak tylko się da. I krok po kroku zacząłem to robić. Mama też mi bardzo pomagała.
Myślę, że ta samodzielność jest bardzo ważna dla osób niewidomych. Po pierwsze – wtedy można dużo bardziej korzystać z życia i to życie naprawdę zaczyna cieszyć. A po drugie – nie jest się obciążeniem dla innych. Jeśli potrafi się samemu zrobić zakupy, ugotować obiad dla całej rodziny, posprzątać, pracować i dorzucać się do budżetu domowego, to nie tylko nie jest się ciężarem, ale wręcz staje się podporą.

E.O.: Jesteś osobą niewidomą a jednocześnie uwielbiasz podróżować. Czy spotkałeś się z pytaniem: „Po co to robisz, skoro nie widzisz?”

P.K.: Oczywiście. Wielokrotnie.
Podróżuję, bo mogę poznać różnych ludzi. Mogę z nimi porozmawiać, spróbować potraw, których w Polsce nigdy bym nie spróbował. Mogę poczuć inne zapachy, inne powietrze. Po prostu miło spędzić czas z przyjaciółmi. Z racji tego, że jestem niewidomy, nie jeżdżę sam w miejsca, których kompletnie nie znam. Musiałbym ciągle pytać ludzi o drogę, a to sprawiłoby, że czułbym się zależny. Kiedy jest się przyzwyczajonym do samodzielności, to taka zależność odbiera radość z podróżowania. No i trudno byłoby dotrzeć do ciekawych miejsc.
Poza tym uwielbiam języki obce. Samo słuchanie języka, obcych akcentów, komunikatów w metrze czy tramwaju – to dla mnie ogromna radość. W różnych miastach metro brzmi inaczej, tramwaje brzmią inaczej. To są rzeczy, które naprawdę mnie ciekawią.
A jeszcze historia – zdawałem maturę z historii i zawsze lubię czytać o miejscach, do których mam pojechać. To dodaje podróżom dodatkowego smaku.

E.O.: Miewasz obawy, kiedy wybierasz się do obcego kraju, czy raczej podchodzisz do tego spokojnie?

P.K.: Nie, obawy mi nie towarzyszą. Zawsze coś tam poczytam – głównie o historii, o zabytkach, o kulturze. Jeśli jadę do kraju, którego kompletnie nie znam, jak na przykład do Macedonii Północnej, to tym bardziej chcę dowiedzieć się czegoś więcej. Strachu nie odczuwam, bo podróżuję z przyjaciółmi, z którymi poznaliśmy się na Erasmusie w 2014 roku, w Santiago de Compostela. Oni byli na wymianie, ja też, ale każdy z nas przyjechał z innego miasta i innej uczelni. I tak jak to bywa – swój ciągnie do swego. Było nas kilku, złapaliśmy kontakt, polubiliśmy się i zaczęliśmy razem jeździć po Galicji, regionie, w którym mieszkaliśmy.

E.O.: Podróże to skarbnica wspomnień. Masz może jakąś anegdotę, którą chciałbyś się podzielić? Coś, co szczególnie utkwiło ci w pamięci?

P.K.: Ojej, mnóstwo! Od rozmów z ludźmi, przez jedzenie, po różne dziwne sytuacje. Opowiem jedną z tych zabawniejszych. W 2015 roku wybraliśmy się całą ekipą do Rygi. Dojechaliśmy tam o trzeciej nad ranem – zimno, ciemno, kompletnie nie wiedzieliśmy, co ze sobą zrobić. Poszliśmy pod ich Pałac Kultury i zjedliśmy… wykwintne śniadanie, składające się z parówek na zimno. Mogliśmy zostawić rzeczy w hostelu, ale zameldować się dopiero w południe. Poszliśmy więc na dworzec, przysnęliśmy na krzesełkach, a potem wróciliśmy do hostelu. Chłopaki poszli spać, a ja – choć byłem śpiący – pomyślałem: „po co spać, pójdę na spacer”. Wyposażony w kartkę z nazwą hostelu, ruszyłem w drogę. Wiadomo, niewidomy w obcym mieście nie może za bardzo kluczyć, bo szybko by się zgubił. Więc poszedłem prosto, potem w lewo, potem przez tunel, wróciłem… i nagle poczułem zapach drożdżówek. Drzwi kawiarni były otwarte, słyszałem głosy młodych kobiet. A głosy młodych kobiet działają na młodych mężczyzn jak magnes. Przedstawiłem się, opowiedziałem, że jestem z kolegami, że oni śpią, a ja wyszedłem na miasto. Chciałem kupić breloczek, ale nie wiedziałem, jak to powiedzieć po angielsku, więc pokazałem im taki, który miałem w kieszeni. Dziewczyny poszły ze mną do galerii i pomogły mi wybrać. A potem zapytałem, czy któraś z nich chciałaby nas wieczorem oprowadzić po mieście. Jedna dała mi numer. Spotkaliśmy się, poszliśmy razem na obiad, potem zwiedzaliśmy do wieczora. Chłopaki później śmiali się, że „ślepy poszedł sam w obce miasto i przyprowadził lokalną przewodniczkę”.
Jeśli chodzi o zaskakujące potrawy, to we Francji podano mi kiedyś do spróbowania surową ostrygę. Powiedziano, że to tamtejszy przysmak. Ostryga była okropna – pachniała jak zgniłe morze i miała konsystencję gluta. Po tej degustacji wszystko, co uprzednio zjadłem, chciało natychmiast wrócić na zewnątrz, ale na szczęście tak się nie stało. Tamten smak pamiętam do dziś.
Albo inna sytuacja: byłem z kolegą Pawłem w Santiago de Compostela. Poszliśmy do centrum handlowego. Paweł powiedział: „Chodź, coś ci pokażę”. Złapał mnie za rękę, podprowadził, dotykam czegoś zimnego, sztywnego, z pazurami… Ciarki mnie przeszły po całym ciele. Okazało się, że był to był ogromny, martwy krab.
Innym razem w Oslo, w 2017 roku skakałem ze skoczni do morza. Było zimno, ale dało się wytrzymać. Obok morza znajdował się niezbyt głęboki basen. Na jego dnie leżały rozgwiazdy. To miękkie stworzenie, wielkości dłoni, jakby zrobione z gumy albo silikonu. Dla niewidomego to niesamowite doświadczenie dotykowe.

E.O.: Skąd czerpiesz inspirację, siłę i motywację?

P.K.: Nie wiem, może z samej radości życia, z takiej nadmiernej energii, którą mam w sobie. Kiedy jestem w ruchu, to mnie to napędza i daje mi ogromną radość. A kiedy nic nie robię, od razu robię się smutny, dopada mnie jakaś dziwna nostalgia. Ja jestem nadpobudliwy. Muszę działać i być w ruchu. I jeszcze jedno – radość innych ludzi. Kiedy widzę, że ktoś się cieszy, że jest szczęśliwy, to dla mnie jest coś pięknego, coś, dla czego warto żyć.

E.O.: Czy chciałbyś podzielić się z naszymi Czytelnikami jakąś refleksją?

P.K.: Chciałbym powiedzieć, żeby ludzie doceniali każdą drobną, pozornie mało znaczącą chwilę. To właśnie z takich chwil składa się nasze życie – nie z wielkich, spektakularnych wydarzeń, tylko z codzienności… Ze spaceru w ciepły dzień po długim okresie deszczu, z ulgi, kiedy po upale przychodzi chłodniejszy poranek, z pierwszych oznak wiosny: ptaków, które śpiewają, kwiatów, które pachną. Czy to nie jest powód do radości?

Myślę, że bardzo ważne jest również to, żeby nauczyć się kochać samego siebie, akceptować swoje niedoskonałości. Kiedy nauczymy się akceptować siebie, dużo łatwiej jest kochać innych ludzi i żyć z nimi w zgodzie.

Galeria zdjęć

Rozmawiała: Ewelina Orzechowska
Zdjęcia z archiwum prywatnego Pawła Króla, wykorzystano fotografię Karola Kleszyka

Materiał powstał w ramach projektu „Wzmacniamy aktywność” 
realizowanego w okresie 01.01.2025 r. – 29.02.2028 r.
przez Lubelskie Forum Organizacji Osób Niepełnosprawnych – Sejmik Wojewódzki

Zadanie publiczne jest dofinansowane ze środków PFRON 

UWAGA: Pobieranie, kopiowanie i jakiekolwiek inne wykorzystanie treści dostępnych w powyższym materiale wymaga pisemnej zgody LFOON – SW będącego właścicielem serwisu www.niepelnosprawnilublin.pl.

Facebook