Małgosię i Krystiana poznałam dwa razy. Pierwszy raz - kilka lat temu, gdy obejrzałam film Moniki Meleń „Jeden dzień dłużej”, którego są bohaterami. Po godzinnym seansie poczułam, że po prostu, koniecznie i bezdyskusyjnie muszę ich poznać osobiście.
Myślałam, zastanawiałam się, jak to zrobić i w końcu nadarzyła się okazja. Okazało się, że gdy ludzie chcą się spotkać, nie przeszkodzą w tym nawet setki kilometrów. Gosia i Krystian przyjęli moje zaproszenie do udziału w konferencji towarzyszącej Europejskiemu Festiwalowi Filmowemu „Integracja Ty i Ja” w Koszalinie. Zobaczyliśmy się po raz pierwszy na żywo, a mieliśmy wrażenie, że znamy się od zawsze, ale tak to bywa, gdy się spotka ludzi, którzy jak to mawiała Ania z Zielonego Wzgórza „znają Józefa”.
W grudniu Małgosia i Krystian odwiedzili Lublin po to, by w ramach jednego z realizowanych przez LFOON projektów spotkać się ze Studentami Pedagogiki wczesnoszkolnej i przedszkolnej oraz Nauczania matematyki i informatyki UMCS, a także z wychowankami Młodzieżowego Ośrodka Socjoterapii. Oba spotkania zapadły zarówno Gościom, jak i uczestnikom głęboko w pamięć. Żeby mogli Państwo poczuć, choć namiastkę tej dobrej energii, zapraszam dziś na pisemne spotkanie z Małgorzatą i Krystianem. O ludziach, wyjątkowych spotkaniach, miłości, podróżach i wspólnych śniadaniach.
„Człowiek nie jest tak skonstruowany, żeby przez życie samemu przejść” („Ostatni junak”, reż. Mikołaj Janik)
Gosia: W naszym otoczeniu ciągle są ludzie, cały czas pojawiają się w różnych okolicznościach. Różni ludzie. I ci, którzy mają sukcesy i ci, którzy zupełnie ich nie mają. Od pierwszej klasy szkoły podstawowej miałam nauczanie indywidualne i mi cały czas brakowało tego kontaktu z rówieśnikami. Była we mnie ciągle tęsknota za normalnymi zabawami z dziećmi. Przez te wszystkie lata trochę, jak sama mówię, zdziwaczałam. Nie umiałam rozmawiać, nie umiałam się odezwać.
I wtedy moja przyjaciółka wciągnęła mnie w szczególne towarzystwo, w środowisko lumpów czechowickich. Moi najbliżsi przyjaciele to byli: metale, alkoholicy, panki, więc rodzicom się to absolutnie nie podobało. A ja, o dziwo, doskonale się przy nich czułam. Bo pierwszy raz otoczenie mniej na mnie zwracało uwagę, oni tę uwagę skupiali w całości na sobie. Czułam się tak bardzo bezpiecznie w ich towarzystwie i bardzo się też rozkręciłam. Zaczęłam się odzywać, zaczęłam rozmawiać. Rodzice, jak mówiłam, nie podzielali moich zachwytów, byli przerażeni. Próbowali mnie zatrzymać w domu, ale no niestety się nie udało, pomimo tego, że jestem na wózku. Bo kiedy podjęli taką próbę, no to ja sfingowałam depresję: przestałam jeść, przestałam wstawać z łóżka, zaczęłam patrzeć w sufit, nie było ze mną kontaktu. Moja mama po 3 dniach po prostu się poddała i machnęła ręką.
A potem jeszcze z tej tęsknoty za ludźmi napisałam do gazety młodzieżowej „Na przełaj”. To była odpowiedź na list jakiejś pani, wydrukowano ją i napisały do mnie cztery dziewczyny z Polski. Redakcja przekazała mi ich listy, zaczęłyśmy do siebie pisać. One poznawały mnie ze swoimi przyjaciółmi i mi się po prostu taka gigantyczna sieć znajomych w całej Polsce zrobiła. Oni wszyscy zaczęli przyjeżdżać do Czechowic do mnie w odwiedziny. Miałam wtedy 18 lat jak to się zaczęło. Ci ludzie cały czas są dla mnie ważni i bliscy.
Podczas jednych wakacji nad morzem poznałam człowieka, który został moim Przyjacielem na całe życie. Był narkomanem, był złodziejem, ale też ogromnym wrażliwcem i poetą. No i całe 10 lat naszej przyjaźni, to było odwiedzanie go w więzieniach po całej Polsce – on siedział w więzieniu; po roku, po dwóch wychodził, a potem znowu trafiał za przysłowiowe kraty. A ja miałam wielką potrzebę odwiedzania go, pomagania mu. Teraz on już nie żyje, a we mnie została potrzeba takiego kontaktu z osobami uwięzionymi. Może dlatego, że ja też w pewien sposób jestem uwięziona w swoim ciele.
A później z tej miłości do ludzi powstały Piątkowe Gawędy, które od sześciu lat prowadzę. To są takie spotkania dla moich przyjaciół z Czechowic. Zapraszam na nie różnych ludzi, którzy mają coś ciekawego do powiedzenia. Mamy stałe miejsce – zaprzyjaźniony lokal. Na Facebooku tworzę piątkowe eventy. No, tych spotkań już było całe mnóstwo, bo dwa lata temu robiłam je co dwa tygodnie. No, ale to nie było to za dobre, bo się „wypstrykałam” z wszystkich możliwych gości.
Do poznawania ludzi bardzo często też używałam Internetu, ale nie zawsze się to dobrze kończyło. I któregoś razu przyjaciółka nasza powiedziała, że już koniec wyszukiwania tych podejrzanych znajomości i że mam zmienić sposób ich zawierania: zająć się sobą, opisywać swoje przygody, a wtedy pojawią się wartościowi ludzie, którzy przeczytają, kim jestem; poznają mnie mocniej. Plan się ziścił, bo jak powiedziała, tak zrobiła: stworzyła bloga Zanikowa Gosia, zrobiła kilka pierwszych wpisów na podstawie moich opowieści o podróżach. A potem ja sama przekonałam się do tej formy komunikowania światu, że jestem i zaczęłam sama chcieć, no i od kilku lat jednym palcem piszę na klawiaturze ekranowej. To jest taki troszkę dziennik z podróży. Tak jak ktoś prowadzi sobie albumy, no to to jest taki mój album. Są zdjęcia, są opisy miejsc, w których byliśmy. Zamieszczam też relacje z koncertów, wyjść do teatru, ale to tak troszkę mniej. Widzę, że dużo ludzi czyta, tylko bardzo mało komentuje. Nie wiem dlaczego, ale ja bardzo lubię te komentarzyki jednak. No tak, bo to jest interakcja z czytelnikiem.
Krystian: Jak poznaliśmy się, to ja miałem 100% swoich znajomych, Małgosia – 100% swoich znajomych. Połączyliśmy siły i nagle mamy, kurczę, dwa razy po 100% tych znajomych. Jak to w życiu: czasami przybywa tych ludzi, czasami ubywa. To koleżeństwo, przyjaźń, te osoby, które nas otaczają to jest nasz największy kapitał, zaplecze dobrego samopoczucia. Życzę każdemu, żeby każdy miał tyle ludzi wokół siebie co my z Małgosią. Czasami jest to nawet męczące, bo chciałbym sobie posiedzieć w domu. Pamiętam, nasza parapetówka, jak poszliśmy na swoje, trwała trzy miesiące. Jedni wchodzili, inni wychodzili. Później to nawet zapragnęliśmy przez chwilę być sami.
Gosia: Jest taki wiersz Andrzeja Bursy „Nasze ognisko”. Jest tam napisane, że brak ludzi wokół zabija związek. Jak się tak człowiek kisi w swoim sosie. My mamy tych ludzi. Jak się wybieramy w podróż, to planujemy przystanki tam, gdzie mamy przyjaciół. Łączymy podróże z przyjaźniami. Właściwie zawsze miałam dom otwarty, zawsze bardzo dużo rodzinnych spotkań u nas się odbywało i to może też tak troszkę z domu rodzinnego wyniosłam. Plus nadrabiam tę tęsknotę za rówieśnikami. Przez to indywidualne nauczanie nie miałam z nimi kontaktów. Co prawda klasa raz do roku przychodziła, ale to przecież nie to samo. Czasem to nawet nie wiedziałam, w której klasie jestem: A czy C?
„Ona dla mnie jest największym klejnotem” („Moto Love Story”, reż. Monika Meleń)
Krystian: Jak się poznaliśmy? To jest taka dosyć ciekawa historia. Oboje pochodzimy z tego samego miasta i ja Gosię widywałem, jak chodziła z moimi kolegami na DKF, bo oboje jesteśmy miłośnikami kina.
Ona chodziła z moimi znajomymi i kolegami ze szkoły, a ja z drugiego piętra patrzyłem, jak szła w kierunku kina i tak sobie drwiłem. Nie chcę nikogo obrazić, ale powiem, jak to było z mojej strony – prosty chłopak jestem i takich ordynarnych słów sobie używałem. Że paragraf chiński, że krzywulec – drwiłem sobie.
Stroniłem od ludzi, nie dopuszczałem ich do siebie ludzi, zamykałem się w tych garażach. Byłem totalnym odludkiem, dla mnie zabawa z budowaniem motocykli to był cały mój świat.
Czasami „raz do roku” wychodziłem na świat, na światło dzienne i właśnie któregoś roku pojechałem na wakacje. Plan był taki, żeby dookoła Polskę motorem objechać. Kolega, z którym jechałem do mnie mówi: „Słuchaj, Krystian, jak będziemy na Mazurach w Mrągowie, to pożyczysz mi motocykl, bo chcę odwiedzić koleżankę”. Nie ma sprawy, pożyczę. Ale okazało się, że Wojtek jeszcze nie miał prawa jazdy, więc musiałam go zawieźć. Jak się dowiedziałem, że ta koleżanka porusza się na wózku i jest na jakimś turnusie rehabilitacyjnym, to mu powiedziałem: „Chłopie, nigdzie nie jadę do żadnych niepełnosprawnych”. No, ale gdy w końcu mój przyjaciel Wojtek użył argumentu: „Obiecałeś”, to ja już się nie mogłem wycofać, bo dla mnie słowo to jest jedna z najważniejszych rzeczy. Danego słowa staram się dotrzymywać. Pojechałem, ale w ogóle na Gosiunię nie spojrzałem. Spoglądałem za to na opiekunki.
Ale po powrocie do Czechowic byłem w takiej totalnej rozsypce. Poczułem, że chcę po prostu być wysłuchany, chciałem pogadać, bo już zabrnąłem w tych swoich złych zachowaniach troszeczkę za daleko. Chciałem zrzucić ten ciężar z siebie. No i idę do tego swojego przyjaciela i mówię: „Wojtek, powiedz mi, gdzie ta Gosia mieszka?”.
A on mi na to, że nie powie, bo mu zrobię wiochę, a tego nie chciał, bo Gosi ojciec był jego kierownikiem. Obiecałem, że żadnej wiochy nie zrobię. Wojtek mnie w końcu zaprowadził, no i tak już jesteśmy z Gosią 29 lat.
Jak zaczęliśmy być z Gosią razem, miałem rozmowę z moim ojcem. Mówię: „Słuchaj, tata, tak sobie chcę poukładać życie, że chcę być z Małgosią”. Na co on odpowiedział: „Słuchaj, myślę, że wiesz, czego chcesz, w co wchodzisz, jak chcesz pokierować swoim życiem. Dam radę, to ci pomogę. Nie dam rady, przynajmniej nie będę przeszkadzał. Ale w momencie, jak zobaczę, że coś się Małgosi dzieje, to zapomnę, żeś jest moim synem. I będą konsekwencje”.
A gdy zdecydowaliśmy się, że pójdziemy na swoje, no to też nie było jakiejś euforii. Były ostrzeżenia, jak dziś pamiętam, na Śląsku się tak mówi: „wrócisz z krzywą gębą do domu”. Na co Małgosia odpowiedziała: „No może wrócę, ale warto spróbować”.
No i tak jak tu większość z nas mówi, mamy te same problemy, co osoby, które nie borykają się z chorobami, kłócimy się. Przy kłótniach wiem, że Gosia nie trzaśnie drzwiami, nie pójdzie do samochodu, i tak dalej. I ja też za daleko nie pójdę, bo muszę przecież Gosię położyć, podeprzeć jej nogi. A jak już jest dotyk, bliskość, no to już się człowiek nie gniewa, uśmiechnie się. No wtedy ta wredna choroba pomaga. Skraca dystans. Później sobie myślę, no, no i po co te nerwy? Trzeba było wyhamować. I tak wiesz, że o ten jeden dzień chcesz być z nią dłużej, a teraz się szarpiesz o jakieś rozdmuchane problemy. Dbamy też o to, żeby mieć przestrzeń dla siebie, żeby mieć kawałek siebie tylko dla siebie i dla innych osób.
Gosia: Tak. I ja na przykład idę do kina z Maćkiem, na zakupy – z Henią i potem mam, o czym Krystianowi opowiadać. Krystian też sobie w tym czasie, kiedy ja idę na zakupy, pojedzie do kolegów na warsztat. Tam pogadają, nie tylko o rzeczach mechanicznych. No i potem wracamy i mamy tematy do rozmów.
Krystian: Raz kiedyś próbowałem wyjechać. Wymusiłem na Gosi, że muszę mieć wolne. Nikt jeszcze wtedy o asystentach nie myślał. Muszę wsiąść na motor i objechać Polskę dookoła. Tak ględziłem, że aż znalazła się przyjaciółka Gosi, Beatka, która miała z Gosią zostać. Wiem, nie było to fajne, bo nie po to przecież, żeśmy poszli na swoje, jesteśmy samodzielni, żeby się rozdzielać. No ale wyjechałem z domu. Małgola została z koleżanką. Minęło półtora dnia jak zacząłem tęsknić. Wydzwaniałem do Małgosi. Telefon za telefonem – ona nie odbiera. W końcu odebrała Beata, padły ostre słowa, nie będę ich cytował. Najogólniej rzecz ujmując miałem im nie przeszkadzać, nie dzwonić i wrócić zgodnie z planem za trzy dni. Wtedy to już naprawdę mocno zatęskniłem.
Mamy takie same problemy jak inni. Ale uważam, że z pewnych względów mamy łatwiej. Bo gros osób zakłada rodziny, oboje pracują, pojawia się potomstwo i jest gonitwa za tym, żeby zarobić na rachunki, spłacić kredyty, czasami raz w roku wyjechał gdzieś na wakacje, wyremontować mieszkanie. I tak naprawdę zostaje sobota, niedziela; nie zawsze nawet jest czas na wspólny posiłek. A ja, odkąd jestem z Małgosią, to 100% śniadań jem razem z nią. A jak przestałem pracować to i pozostałe posiłki. W naszym przypadku luksusem jest czas. Bo gwarantuję, że jak każdy będzie miał, troszeczkę zwolni, to ta jakość życia się poprawi.
Krystian: Ja się bałem, że jak wejdę w związek z Gosią, to będę musiał z pewnych rzeczy zrezygnować. Na początku trochę się z tym godziłem. Ale przy tak wspaniałej kobiecie okazało się, że nie musiałem z niczego rezygnować, wręcz przeciwnie: mam to, o czym inni czasem tylko marzą. Buduję motory. I robię to nie w garażu, tylko w mieszkaniu. W trzecim pokoju. Gdy Gosia mnie potrzebuje, woła mnie i za chwilkę jestem.
Gosia: No, bo tak na początku to było tak, że Krystian myślał, że w ogóle musi zrezygnować z motorów i kupiliśmy Garbuska. Żeby tak troszkę zastąpić motory, zrekompensować. Pomyśleliśmy: no to też jest takie fajne środowisko, są ludzie i są zloty. No i jeździliśmy tym Garbuskiem, ale ciągle była taka tęsknota Krystiana za motorami, taki niedosyt.
No i kupił Kristian motor z przyczepą. Dostosował tę przyczepkę do moich potrzeb, ale było to jeszcze niedopracowane. Czasami nawet w czasie jazdy oparcie mi zza pleców wyskakiwało i wisiałam na tej burcie, więc zrezygnowaliśmy z tego. Później Krystian kupił sobie kolejny motor, chciał mieć wolne, mieć weekend dla siebie. No i zaczęły się między nami nieporozumienia, zgrzyty. Wtedy wpadłam pomysł, że się zarejestruję na portalu randkowym, żeby poznać nowych ludzi, którzy mogliby mi towarzyszyć w czasie, gdy Krystian miał wolne. No i jak ci ludzie się pojawili, no to Krystian już tak mniej chciał mieć czas dla siebie. W pewnym momencie pojawił się taki chłopak z portalu, który jeździł z nami. Polegało to na tym, że on mnie wiózł samochodem, a Krystian jechał „obok” na motorze. Tylko potem troszkę w złym kierunku poszła ta znajomość, bo chłopak się podobno kochał we mnie. Mimo że cały czas było jasno powiedziane, że ja jestem w związku i że to jest taka przyjaźń, koleżeństwo. No i się to rozpadło, nie najlepiej się to zakończyło. I znowu zostaliśmy w punkcie wyjścia. Znowu nie było wiadomo, co robić. Postanowiliśmy jeszcze raz się przymierzyć do tej przyczepki. Tym razem tak porządnie, żeby się nic nie rozwalało w czasie jazdy. No i Krystian stworzył tę naszą słynną motopomarańczę i ona już od dziewięciu lat nam służy. Także udało się w końcu kompromis osiągnąć.
Krystian: Często ludzie pytają, jak to się w ogóle tak wymyśla jakiś taki sprzęt. Odpowiadam z powagą: Trzeba mieć odpowiednie nazwisko. Najlepiej tak jak ja: Wizner. Bo to się kojarzy z wizjonerem. A potem już samo się dzieje: siedzę, wymyślam. No i teraz robimy 39 projekt.
Gosia: Będzie się nazywał WiWi Moto – tak jak Wilczek i Wizner. Nasze motory mają imiona, na przykład Wilma czy Bernard. Budowa potrwa pewnie ze dwa lata. Jest już pomysł, przedstawiłam go Krystianowi i jemu się to już mechanicznie wykrystalizowało.
Krystian: Już są elementy pokupowane, cały dawca, silnik, koła. Mamy pomysł, jak będzie wyglądał i jak będzie skonstruowany. Będzie taki troszkę poprzestawiany. Poszczególne rzeczy będą na innym, nieoczywistym miejscu. Żeby ktoś, kto ogląda, pomyślał: „Hmm, to nie jest tak, jak myślałem”.
Muszę też jeszcze powiedzieć, że coraz lepiej sobie radzę z tym, że Gosia zabiera głos w sprawie moich projektów. Jak mam jakiś temat, zagwozdkę i nie mogę ruszyć do przodu, to zawsze na głos to sobie wypowiadam. Nie po to, żeby Gosia znalazła jakieś rozwiązanie, no bo – jak kiedyś myślałem – gdzież kobieta znajdzie rozwiązanie techniczne. Kobieta po liceum, bez technicznego wykształcenia. Jedyną techniką, z jaką ma do czynienia jest wózek. I nagle dziewczyna mówi: „Zrób tak i tak”. Do mnie to nie dociera, mówię: „przestań, nie znasz się na tym”. A później zasypiam i myślę „Cholera, ona miała rację! Jakim cudem?! To ja pomysł powinienem mieć, a tu mi Małgonia trudne sprawy rozwiązuje”.
Gosia: Krystian niedawno robił mojej przyjaciółce taki stopień, który zniweluje zejście z balkonu, żeby mogła zejść wózkiem z mamą, żeby to tak łagodniej było, żeby się nie musiała szarpać. No i też się wtedy moja matematyka przydała – z tangensa wyliczyłam pod jakim kątem to trzeba zrobić. Wspominam matematykę, bo to ważna historia. W szkole podstawowej na tym nauczaniu indywidualnym miałam przecudowną matematyczkę, panią Renię. Do dziś się przyjaźnimy. Dzięki niej tak bardzo polubiłam ten przedmiot. I ona któregoś dnia do mnie zadzwoniła i spytała, czy ja bym się zgodziła pomóc dzieciakom w matematyce i zaczęła mi uczniów podsyłać. Ja wtedy byłam w liceum. No i tak to potem pocztą pantoflową poszło i się bardzo rozhulało. Były takie, że miałam po pięć, sześć godzin dziennie lekcji. Jedno dziecko wychodziło, drugie wchodziło bez żadnej przerwy. Mama mi wtedy robiła jakieś zmiksowane banany, które jadłam przez grubą rurkę i takie to obiady miałam w czasie tych lekcji. No także fajne są te dzieci, ale jednak po latach już mam mniej sił i chcę je spożytkować tak bardziej dla siebie, dla nas.
„Życie jest fajne. Mimo wszystko jest fajne” („Jeden dzień dłużej”, reż. Monika Meleń)
Gosia: Kochamy podróże. Zwłaszcza te motocyklowe – jedną z nich – do Rumunii, można obejrzeć w filmie Moniki Meleń „Jeden dzień dłużej”. Byliśmy na Cyprze, na Malcie, w Hiszpanii, na Chorwacji, we Włoszech, na wyspie Man. Tam to tylko samolot wchodzi w rachubę. Częściej tez podróżujemy autem. No bo, moja choroba moją chorobą, ale Krystianowi też ubywa sił i mimo wszystko też go to czasem cieszy, że jednak wybrał samochód jako środek transportu.
Kiedyś mieliśmy takie zdarzenie i stworzyliśmy sobie termin „święta dziurka”. Jechaliśmy na koncert Metalliki do Warszawy. I Krystian chciał jechać motorem. Poszedł po motor do garażu, a tu dziurka w kole. Wraca i mówi: „Jedziemy autem”. Ja na to, że chyba sobie żartuje. Okazało się, że nie i wyjechaliśmy tym samochodem, a w Częstochowie jak zaczęło lać, no po prostu oberwanie chmury. Lało tak przez godzinę, no na tym motorze to by katastrofa była. I na koncert byśmy prawdopodobnie nie dojechali. Jeszcze jedna anegdotka z tego wyjazdu – jak Krystian wrócił z informacją, że dziura w kole, to ja już byłam spakowana na motor, bardzo mało rzeczy miałam. Nic już nie dopakowaliśmy, tylko Krystuś je do samochodu wrzucił. Byłam tak bardzo grubo ubrana – jak to na motor: ciepłe spodnie i koszulki ciepłe, i potem myślałam, że ducha wyzionę, bo były takie upały później, a nie było ciuchów na przebranie. No ale tak poza tym, to nawet pakowny jest ten motorek. Potrzebne rzeczy jesteśmy na kilka dni w stanie zabrać do niego.
Krystian: Mieliśmy też taki incydent, że ktoś nas nie zauważył na drodze i wjechał na przyczepę samochodem, złamał Gosi nogę. Mieliśmy taki wypadek. Do dzisiaj jest lęk, gdy jakieś samochody za blisko podjadą. Pomimo tego nie odpuszcza dziewczyna. To jest niesamowity ukłon Małgoli w moją stronę, że po prostu próbuje nie odbierać mi tego, co ja kocham, czasem kosztem bólu dodatkowego, tego, że jest zimno, głośno, wietrznie. Czy z czegoś rezygnujemy? Na pewno, ale każdy z nas będzie kiedyś rezygnował z czegoś.
„Choroba unieruchomiła moje ciało. Nie utrzymam widelca ani pióra. Nie podrapię się po nosie, gdy zaswędzi 🙂 Jednak mój umysł jest sprawny i wolny. Nie mam niepełnosprawności w głowie. Mogę marzyć i realizować te marzenia” (Blog Gosi Wilczek „Zanikowa Gosia”)
Gosia: Ja myślę, że niepełnosprawność to jest w głowie tylko i wyłącznie. A ja miałam takie bardzo fajne relacje z moim tatą. Dostałam tyle miłości od taty, od dziadków, że właśnie nie czułam tej niepełnosprawności. I tak byłam wychowywana, nie byłam izolowana przede wszystkim.
Od małego zresztą byłam bardzo mocną osobowością. Gdy miałam 5 lat, rodzice mnie oddawali do takiego sanatorium, w którym spędzałam czas od poniedziałku do piątku. Było to dla mnie, dla takiego małego dziecka bardzo tragiczne. Dostawałam zawsze spazmów. Zawsze zazdrościłam starszemu bratu, że on może zostać w domu. I któregoś dnia po tych spazmach moja mama powiedziała, że robią to dla mojego dobra. Żebym nie miała kiedyś pretensji, że oni nie starali się, żebym była w lepszej kondycji, żebym mogła chodzić. I ja wtedy, jako ten pięciolatek, podjęłam decyzję, że nie będę absolutnie się poddawać żadnej rehabilitacji, która by mogła przedłużyć moją lepszą kondycję. Chciałam żyć, pełnią życia, a nie spędzić życie na walce z chorobą i takim ograniczaniu jej postępu. I taką decyzję podjęłam i tego nie żałuję. Także myślę, że słuchać rodziców trzeba, jeżeli mają rację, ale wtedy byłam przekonana, że tę rację jako pięciolatek mam ja.
Te 30 lat temu denerwowały mnie spojrzenia ludzi, takie ciekawskie, takie współczujące. Natomiast w tej chwili nie zwracam na to uwagi. Ponieważ lubię słońce, więc jak jeździmy na plażę, no to dla mnie ważne jest, żeby korzystać z tego słońca, żeby się opalać, jak najwięcej powierzchni ciała odsłonić, żeby to słońce przytulić. Wychodzę z założenia, że to nie jest mój problem, jak ja wyglądam. Jak się komuś nie podoba, nie musi patrzeć.
A marzenia?
Gosia: Chciałabym, żeby było tak dalej: żeby być tak w ruchu i z ludźmi być.
Krystian: Żeby nie tęsknić. Tak. Tylko tyle.
Galeria zdjęć
Rozmawiała: Anna Bieganowska-Skóra
Zdjęcia z archiwum prywatnego Małgorzaty Wilczek i Krystiana Wiznera
Materiał powstał w ramach projektu „Wzmacniamy aktywność”
realizowanego w okresie 01.01.2025 r. – 29.02.2028 r.
przez Lubelskie Forum Organizacji Osób Niepełnosprawnych – Sejmik Wojewódzki


Zadanie publiczne jest dofinansowane ze środków PFRON
UWAGA: Pobieranie, kopiowanie i jakiekolwiek inne wykorzystanie treści dostępnych w powyższym materiale wymaga pisemnej zgody LFOON – SW będącego właścicielem serwisu www.niepelnosprawnilublin.pl.






