BIULETYN INFORMACYJNY OSÓB NIEPEŁNOSPRAWNYCH
Agata Grzesik-Kontek

Agata Grzesik-Kontek: „Nie pytaj mnie, czy jestem karłem. Zapytaj, kim jestem.”

O codzienności osoby niskorosłej, języku, który rani i odwadze bycia sobą z Agatą Grzesik-Kontek, autorką bloga pt. "Pani Miniaturowa", mamą i kobietą o niecodziennych pasjach – rozmawia Ewelina Orzechowska.

E.O.: Kim jesteś i czym się zajmujesz na co dzień.

A.G.K.: Pracuję w dziale finansowym małej firmy działającej w branży rolniczej. A po godzinach… od ponad dziesięciu lat prowadzę bloga pt. „Pani Miniaturowa”. Piszę o macierzyństwie, kobiecości, codzienności, ale też o osobistych przemyśleniach. Poruszam tematy związane z życiem osób z niepełnosprawnościami oraz osób niskorosłych. Staram się uświadamiać ludzi, jak wygląda nasza rzeczywistość.

E.O.: Co było dla ciebie impulsem do założenia bloga?

A.G.K.: O blogowaniu myślałam już jako dwunastolatka. Wiadomo – wtedy pisałam o rzeczach typowych dla nastolatek, nic głębokiego. Ale już wtedy ludzie mówili, że lubią to, co tworzę. Potem na kilka lat odpuściłam – szkoła, liceum, pierwsze miłości… życie.

Z czasem jednak zauważyłam, że im bardziej zbliżam się do dorosłości, tym mocniej odczuwam swoją niepełnosprawność i niskorosłość. W związku z tym kiełkowała we mnie potrzeba, by o tym mówić. Blog miał być przestrzenią, w której mogłabym pokazać, że nie wszystko jest tak, jak powinno być, że osoby z niepełnosprawnościami czy niskorosłe potrzebują wsparcia w codziennym funkcjonowaniu.

E.O.: Można powiedzieć, że blog stał się dla ciebie formą autoterapii?

A.G.K.: Zdecydowanie tak. Czułam, że noszę w sobie mnóstwo emocji, których nie potrafię do końca poukładać, więc zaczęłam przelewać je na „papier”, tym razem w formie cyfrowej. Wiedziałam, że moje problemy są uniwersalne dla wielu osób z niepełnosprawnościami czy niskorosłych. Zależało mi też na zwiększeniu świadomości społeczeństwa, polityków, przedsiębiorców, architektów oraz pokazaniu im, że istnieją realne bariery, które można usunąć niewielkim kosztem. Często to nie są bariery architektoniczne, tylko mentalne.

E.O.: Z jakimi barierami spotykasz się najczęściej jako osoba niskorosła?

A.G.K.: Najprościej mówiąc – często po prostu nie dosięgam. Lokale, sklepy, urzędy… wiele miejsc jest zaprojektowanych tak, jakby osoby niskorosłe czy poruszające się na wózkach nie istniały.

Na przykład w mojej ulubionej knajpce lada jest tak wysoka, że muszę stawać na palcach, żeby obsługa mnie zauważyła. Żeby zapłacić, muszę się niemal wychylać na zaplecze.

Drzwi? Jeśli są zbyt ciężkie, mam problem, żeby je otworzyć. Mało kto o tym myśli.

Biletomaty i parkometry – kiedyś to była dla mnie katorga. Ekran za wysoko, światło odbija się pod złym kątem, nic nie widzę.

No i zakupy… Połowy rzeczy nie jestem w stanie sama zdjąć z półki. Najczęściej chodzę z mężem, synem albo koleżanką. Kiedy idę sama, muszę liczyć na pomoc innych klientów. Jedni pomogą, inni odmówią – bywa różnie. A ja przecież też chciałabym czasem zrobić spontaniczne zakupy bez zastanawiania się, czy w ogóle dosięgnę do tego, co potrzebuję.

E.O.: Z jakimi reakcjami spotykasz się na co dzień w związku ze swoją niepełnosprawnością i niskorosłością?

A.G.K.: Kiedy byłam nastolatką, byłam typową szarą myszką – nieśmiała, wycofana. Ludzie mnie nie zauważali – dosłownie. Potrafili mnie potrącić, szturchnąć, uderzyć torebką czy łokciem, nawet nie zdając sobie sprawy, że tam stoję. W autobusach bywało naprawdę nieprzyjemnie. Zdarzało się, że ktoś strącił mi okulary albo zerwał kolczyki, bo tak się wszyscy przepychali, a ja byłam dla nich jak powietrze z powodu mojego niskiego wzrostu.

E.O.: To musiało być trudne.

A.G.K.: Było. I w pewnym momencie pomyślałam: skoro świat nie chce mnie zauważyć takiej, jaka jestem, to muszę coś zmienić. Wtedy wydawało mi się, że chodzi o wygląd, o sposób poruszania się, o to, jaką aurę wokół siebie tworzę. Dziś wiem, że tak naprawdę chodziło o pewność siebie. O pogodzenie się z tym, jakiego jestem wzrostu, z jakimi trudnościami się mierzę. I o przekształcenie tego w coś, co nie musi być wadą, tylko moim atutem – może nawet ciekawym.

E.O.: Można powiedzieć, że zaczęłaś traktować niskorosłość jak część swojej tożsamości?

A.G.K.: To nie jest moja „metka”, nie definiuje mnie w stu procentach, ale zaakceptowanie tego było kluczowe. Kiedy odzyskałam pewność siebie, zmieniło się wszystko: sposób, w jaki się poruszałam, jak patrzyłam na ludzi, jak ludzie patrzyli na mnie.

I nagle… przestali mnie szturchać, wchodzić we mnie, zrzucać mi okulary. Serio – energia, którą wysyłamy, ma ogromny wpływ na to, jak inni nas traktują. Okazało się, że mimo niskiego wzrostu, jestem po prostu zauważana. I to bez potrzeby krzyczenia „halo, jestem tutaj”. Chodzę z podniesioną głową, patrzę ludziom w oczy. Nie kulę się, nie chowam. Idę tak, jakby całe miasto było moje – oczywiście w granicach zdrowego rozsądku. Jestem po prostu świadomą siebie kobietą, która wie, czego chce i dokąd zmierza.

E.O.: W którym momencie tej przemiany pojawił się blog? Założyłaś go już po odzyskaniu pewności siebie?

A.G.K.: Tak, to było już po tej wewnętrznej rewolucji. Wcześniej byłam w bardzo trudnym, toksycznym związku. Mój były partner był osobą przemocową – chciał, żebym siedziała w domu, nie miała koleżanek, nie poszła na studia, nie pracowała.

Według niego miałam być tylko „jego” i żyć tylko dla niego. A ja wiedziałam, że chcę czegoś więcej – wykształcenia, pracy, normalnego życia. Nasze wizje były kompletnie różne.

Kiedy się rozstaliśmy, dosłownie odżyłam. Założyłam bloga, zaczęłam wychodzić do ludzi, odbudowałam stare znajomości, poznałam nowych przyjaciół.

Wtedy zaczęłam wyrzucać z siebie na blogu wszystko to, co przez lata we mnie siedziało.

E.O.: Wtedy też pojawił się w Twoim życiu Gajowy.

A.G.K.: Gajowy – czyli mój obecny mąż, Andrzej. Pojawił się jeszcze w trudnym dla mnie, ale tak naprawdę idealnym momencie. Poznaliśmy się niedługo po moim rozstaniu. Pomógł mi uporać się z emocjami, z traumami, z tym wszystkim, co wyniosłam z poprzedniego związku. Pokazał mi, że relacja może wyglądać zupełnie inaczej – z szacunkiem, wsparciem, akceptacją.

E.O.: To musiała być ogromna różnica.

A.G.K.: Tak. Andrzej wspiera mnie we wszystkim. Kiedy mówię, że jadę zrobić reportaż, odpowiada: „Powodzenia, kochanie” i jeszcze mnie odwiezie.

A mój były… próbowałby mi tego zakazać.

Byłam młoda, naiwna, myślałam, że tak wygląda związek. Na szczęście w porę zrozumiałam, że nie. I że normalne życie wygląda zupełnie inaczej.

E.O.: Jesteś mamą. Czy decyzja o macierzyństwie była dla ciebie naturalną koleją rzeczy?

A.G.K.: Kiedy pewnego dnia dowiedziałam się, że spodziewamy się dziecka, byłam wówczas zaręczona z moim byłym narzeczonym. Planowałam zostać mamą trochę później, ale życie lubi pisać własne scenariusze. Mimo wszystko bardzo się cieszyłam. Moja mama również. Myślę, że moi rodzice martwili się za mnie już dużo wcześniej – czy będę mogła mieć dzieci, czy ciąża będzie bezpieczna, czy dziecko odziedziczy po mnie jakieś problemy zdrowotne albo niskorosłość.

Moja niepełnosprawność jest nabyta, a niskorosłość… do dziś pozostaje zagadką. Lekarze próbowali ustalić, dlaczego przestałam rosnąć w wieku około dziewięciu czy dziesięciu lat, ale nie znaleźli jednoznacznej odpowiedzi.

Dlatego nie bałam się aż tak bardzo, że syn podzieli mój los. A nawet gdyby tak się stało, wiedziałam, że mogłabym mu pomóc przejść przez najtrudniejsze etapy – dzieciństwo, szkołę, reakcje rówieśników.

dapibus leo.

E.O.: Jak wspominasz okres ciąży i porodu? Czy czułaś się traktowana jak inne pacjentki?

A.G.K.: Różnie bywało. Zacznę od ginekologa, który potwierdzał ciążę. Powiedział do mnie: „Niestety jest pani w ciąży”. Pomyślałam wtedy: „Niestety? Serio?”.

Do tego dorzucił jeszcze kilka głupich komentarzy. Oczywiście więcej do niego nie poszłam. Inni ginekolodzy też nie chcieli prowadzić mojej ciąży. Wkręcili sobie, że to ciąża wysokiego ryzyka, że jestem zagrożona, że coś na pewno pójdzie nie tak. Na NFZ nikt nie chciał się podjąć – prywatnie – wszyscy zapraszali. Klasyk.

Na oddziale w szpitalu było już lepiej. Personel był w porządku, pacjentki też, ale dla niektórych byłam atrakcją dnia. Słyszałam szepty: „O, jaka mała”, „Ciekawe, ile ma lat”, „Pewnie jakaś patologia”.

W autobusie starsze panie potrafiły mówić o mnie rzeczy typu: że zaszłam w ciążę z „ćpunem, którego imienia nawet nie znam” albo że mam dwanaście lat. A miałam wtedy… zdecydowanie więcej.

E.O.: To musiało boleć.

A.G.K.: I bolało. Było mi przykro, ale jakoś to przetrwałam.

Teraz, kiedy jestem starsza i bardziej świadoma, nie siedzę już cicho. Jeśli ktoś powie coś niemiłego, reaguję. Pytam: „Dlaczego tak myślisz?”, „Dlaczego tak powiedziałeś?”.

Kiedyś byłam cichutka, bałam się odezwać. Dziś wiem, że trzeba walczyć o swoją godność i szacunek. To nie przychodzi od razu, ale w pewnym momencie człowiek musi się tego nauczyć. Dla mnie takim momentem były narodziny syna.

Często ludzie nie do końca rozumieli, kim właściwie jestem. Kiedy prosiłam o pomoc z wózkiem albo żeby ktoś mi coś podał, Słyszałam komentarze typu: „O, jak ładnie opiekujesz się swoim bratem”. A ja odpowiadałam: „To mój syn”.

Rozumiem, że starsze osoby mogą się pomylić, bo przez mój wzrost łatwo mnie zaszufladkować. Do tego miałam bardzo młodą buzię, kiedy urodziłam syna. Teraz, wiadomo, rysy twarzy się zmieniają, ale nadal wyglądam na młodszą niż jestem. To czasem prowadzi do naprawdę dziwnych sytuacji.

E.O.: A jak twój syn odnajduje się w rzeczywistości, w której jego mama jest niskorosła?

A.G.K.: Przez długi czas było dla niego naturalne, że mama jest niska, bo tak było od zawsze.

Różnicę zauważył dopiero w przedszkolu – nie dlatego, że zobaczył inne mamy, ale dlatego, że dzieci zaczęły go pytać: „Dlaczego twoja mama jest taka mała?” albo „Ile twoja mama ma lat?”.

Wtedy zaczął mnie pytać na przykład: „Mamo, czemu nie chciało ci się bardziej urosnąć?”. Tłumaczyłam mu wszystko tak, żeby zrozumiał – że ludzie są różni, wyglądają różnie, mają różne cechy i że ja po prostu jestem taka.

E.O.: A szkoła? Tam bywa trudniej.

A.G.K.: W podstawówce było już mniej przyjemnie. Dzieci zaczęły dokuczać – i mnie, i mojemu synowi. Pojawiało się wytykanie palcami, komentarze typu: „O, przyszła ta dziwna mała mama”. To był trudny czas.

Mój syn, paradoksalnie, znosił to chyba lepiej niż ja. Przynajmniej takie miałam wrażenie. Rozmawiałam z nauczycielami, prosiłam o wsparcie, o zajęcia uświadamiające dotyczące różnorodności i niepełnosprawności. Wiadomo – dzieci często powtarzają to, co słyszą w domu. I tego nie da się całkowicie kontrolować.

W pewnym momencie zaczęłam unikać przychodzenia do szkoły w godzinach, kiedy były tam dzieci. Odbierał syna mój tata. Ja pojawiałam się tylko na zebraniach, kiedy budynek był już pusty. Chciałam oszczędzić synowi niepotrzebnych przykrości.

E.O.: Z jakim odbiorem spotkał się twój blog?

A.G.K.: Początki były… różne. Czasem pisałam ostrym językiem, bo wtedy miałam potrzebę wyrzucenia z siebie emocji, takich prawdziwych „kolców”. Z czasem, kiedy złagodniałam, to i mój styl pisania stał się łagodniejszy. Czytelnikom było mnie łatwiej czytać, a ja zaczęłam łączyć wszystko z dużym dystansem do siebie i poczuciem humoru. Chciałam, żeby ludzie czuli się u mnie bezpiecznie i swojo. Jestem bezpośrednia, nie owijam w bawełnę, czasem moje poczucie humoru bywa bezkompromisowe. Taka już jestem. staram się być sobą w stu procentach.

E.O.: Dostajesz dużo wiadomości od czytelników?

A.G.K.: Bardzo dużo. Dostaję maile z prośbami o pomoc, o podpowiedzi w kwestiach medycznych czy społecznych. Piszą do mnie też studenci różnych kierunków, którzy chcą przeprowadzić ze mną wywiad do prac licencjackich czy magisterskich.

Na Instagramie często odzywają się osoby, które czeka operacja wszczepienia endoprotezy biodra – miałam taki zabieg, więc pytają, a swego czasu dostawałam mnóstwo pytań o prawo jazdy od osób niskorosłych. Ludzie martwili się, że muszą ponieść ogromne koszty, kupić specjalnie dostosowany samochód, pakować się w kredyty. Ja mogłam podzielić się własnym doświadczeniem i powiedzieć im: „Sprawdź najpierw zwykłą poduszkę w kształcie klina”. U mnie to wystarczyło. Okazało się, że dzięki takiej prostej podpowiedzi kilka osób uniknęło ogromnych wydatków.

E.O.: Czy zgadzasz się ze stwierdzeniem, że bariery mentalne są największą barierą w kontakcie osób pełnosprawnych z osobami z niepełnosprawnościami?

A.G.K.: Myślę, że tak. Jeśli ktoś nie pokona barier mentalnych w swojej głowie, to nie będzie miał motywacji, żeby tworzyć przestrzeń przyjazną osobom z niepełnosprawnościami. Ludzie, którzy nigdy nie zetknęli się z takimi trudnościami, po prostu nie rozumieją, dlaczego mieliby coś zmieniać. Nie mają świadomości, nie mają refleksji na ten temat. Dlatego tak trudno jest im wytłumaczyć, po co jest podjazd dla wózków, po co tłumacz języka migowego w banku, po co napisy w alfabecie Braille’a. Dla nich to „niepotrzebne wydatki”. A dla mnie – i dla wielu innych osób – to absolutna podstawa funkcjonowania.

Niektórzy uważają, że jeśli osoba z niepełnosprawnością nie może gdzieś wejść, to… niech tam po prostu nie idzie. A ja mam takie samo prawo jak każdy inny, żeby pójść do urzędu, do lekarza, do muzeum czy do apteki. To nie jest roszczeniowość. To jest normalne oczekiwanie, że będę mogła funkcjonować jak każdy inny członek społeczeństwa.

Poza tym mentalność społeczeństwa w podejściu do osób takich jak ja, pozostawia wiele do życzenia.

E. O. Możesz podać przykład?

A.G.K.: Ostatnio byłam w technikum mojego syna. On jest już w trzeciej klasie, za chwilę pełnoletni, ale jeszcze musiałam załatwić za niego pewne formalności w sekretariacie. Stałam przy ladzie, wypełniałam dokumenty… i nagle czuję, że ktoś bawi się moimi włosami. Dosłownie kręci je sobie na palcu. Zamarłam. Przestałam pisać. Najpierw spojrzałam na sekretarki, które miały miny jakby zobaczyły ducha.

Odwróciłam się, a ten mężczyzna mówi do mnie: „Dzień dobry”. Patrzyłam na niego i próbowałam skojarzyć twarz. W pierwszej chwili pomyślałam, że może to jakiś znajomy mojej mamy, bo ona jest nauczycielką, co prawda nie w tej szkole, ale wiadomo, znajomi nauczyciele „są wszędzie”.

Jedna z sekretarek próbowała obrócić to w żart, coś w stylu: „No, nasz pan X tak sobie czasem zaczepia”. Ja stałam jak wryta. Nie chciałam robić afery, bo załatwiałam ważną sprawę, ale byłam kompletnie zszokowana, tym bardziej, gdy okazało się, że to jeden z pracowników szkoły. Nie chcę go demonizować, ale też nie będę udawać, że to normalne.

To jest właśnie przykład tego, jak ludzie potrafią mnie postrzegać przez pryzmat wzrostu, czasem zabawnie, czasem absurdalnie, a czasem po prostu niepokojąco.

E.O.: Chciałabyś podać jeszcze jakieś przykłady?

A.G.K.: Bardzo często ludzie biorą mnie za dziecko i traktują jak dziecko, mimo że robię wszystko, żeby im zasygnalizować, że się mylą.

Na przykład wpychanie się przede mnie w kolejce, bo „dzieci to mogą poczekać”. Albo wołanie mnie „hej, ty, dziewczynko”, kiedy inne osoby są wywoływane po nazwisku. Stoję w kolejce u lekarza i słyszę: „Pani Kwiatkowska, zapraszam… pani Natalia, zapraszam… hej, ty, chodź”. A ja myślę: „Halo, czemu ja nie mogę być panią Agatą?”.

Takie infantylne traktowanie dotyczy nie tylko sytuacji codziennych, ale także bardziej poważnych okoliczności. Byłam kiedyś na konferencji dla blogerów i rozmawiałam z jedną panią, taką trochę celebrytką. Opowiadałam jej o moim synu, a ona nagle mówi: „Ojej, jakie to słodkie”. Poczułam się, jakbym jej powiedziała, że kupiłam sobie nową lalkę, a nie że mam dziecko. Pomyślałam wtedy: „Ciekawe czy innej, w domyśle – zdrowej kobiecie też by tak powiedziała”.

E.O.: Czyli mentalność ludzi wciąż pozostawia wiele do życzenia.

A.G.K.: Oj tak. Bardzo często spotykam się z tym, że ktoś zakłada, że jestem dużo mniej inteligentna, niż jestem. Traktują mnie jak „słodką idiotkę” a ja uważam się za osobę inteligentną – i w pracy też tak o mnie mówią. Kiedy ktoś odzywa się do mnie jak do czterolatka, to od razu odpala mi się agresor. Nie potrafię tego ukryć. Zaczynam być nieprzyjemna, ale daję sobie do tego prawo.

E.O.: A jak ludzie reagują, kiedy zwracasz im uwagę?

A.G.K.: Najczęściej… wcale. Bardzo mało osób przeprasza. Zwykle udają, że nic się nie stało, odwracają wzrok albo zmieniają temat. Oni naprawdę nie widzą, że zrobili coś nie tak.

Irytuje mnie także, kiedy ktoś mówi mi „przesadzasz” albo „nie zwracaj na to uwagi”. Wtedy mam ochotę zapytać: „A kto ma zwracać, jak nie ja?”.

Gdyby osoby z niepełnosprawnościami przez lata nie zwracały uwagi, nie walczyły o szacunek, godność i likwidację barier, to do dziś bylibyśmy zamykani w domach jak eksponaty. Boli mnie, kiedy ktoś umniejsza temu, co czuję. Jeśli ktoś mnie źle traktuje, to mam prawo to poczuć. Nie chodzi o to, żeby palić ludzi na stosie, ale żeby jasno powiedzieć: „Słuchaj, tak się nie zachowujemy”.

E.O.: Myślisz, że da się to jakoś zmienić?

A.G.K.: Myślę, że tak, ale to praca od podstaw. To zaczyna się już w dzieciństwie – od tego, jakie bajki pokazujemy dzieciom, jakie książki im czytamy, czego uczą się w przedszkolu i szkole. Od tego, z jaką różnorodnością mają kontakt i jak się o niej mówi. Jeśli nauczymy dzieci, że świat jest różnorodny, że ludzie mają różne potrzeby i wyglądają różnie, to wyrośnie nam pokolenie bardziej świadome i otwarte, Pokolenie, które nie będzie zamykało umysłów.

E.O.: A jak oceniasz świadomość społeczną dotyczącą niskorosłości? Mam wrażenie, że w Polsce wciąż jest z tym… delikatnie mówiąc – słabo.

A.G.K.: Słabo to mało powiedziane. Jest naprawdę kiepsko. Ludzie często nie mają pojęcia, jak się zachować, jak komentować, a właściwie – jak nie komentować – w obecności osoby niskorosłej czy o niestandardowym wzroście.

Wciąż panuje przekonanie, że trzeba wszystko nazwać na głos. I zdarza mi się, że ktoś podchodzi i pyta: „Ty jesteś karłem?”. A ja nienawidzę tego słowa. Tak samo jak „inwalida” czy „kulawy”. Moim zdaniem te słowa już dawno powinny zniknąć ze słownika a jednak wciąż słyszę: „Jesteś inwalidką?”.

Odpowiadam: „Nie, jestem osobą z niepełnosprawnością ruchową”. Czasem mam wrażenie, że pytanie „Jesteś karłem?” jest dla niektórych tak naturalne, jakby pytali: „Masz grypę?”. A przecież to absurd. Kiedy ktoś mówi o mnie „krasnal”, „karzeł”, „krasnoludek”, to doprowadza mnie to do szału.

Co ciekawe – ludzie nie są tak odważni wobec innych. Nie powiedzą komuś: „Hej, wyglądasz jak wiedźma”, ale wobec osoby niskorosłej – nagle wszystko wolno.

E.O.: Czyli to nie jest kwestia niewiedzy, tylko braku taktu?

A.G.K.: Nie wierzę, że dorosły człowiek nie zdaje sobie sprawy, kiedy jego pytanie jest niegrzeczne. I nie lubię, kiedy ktoś próbuje takie zachowania tłumaczyć: „Ona na pewno nie miała nic złego na myśli”.

Ja widzę w oczach i słyszę w tonie głosu, że miała, bo te pytania nie są niewinne. One są jak celnie wymierzona szpila. A jednak wobec osób niskorosłych ludzie czują, że mogą pytać o wszystko. Są oczywiście ludzie, którzy naprawdę bezmyślnie coś palną i przeproszą, a inni celowo przekraczają granicę, by sprawdzić, jak zareaguję i spróbują zrobić to ponownie.

To jest właśnie problem świadomości społecznej – ona wciąż leży i kwiczy.

E.O.: Wspominałaś wcześniej o tym, że w pracy często sama „otwierasz temat”, żeby ludzie czuli się swobodniej. Jak to wygląda?

A.G.K.: Kiedy pojawiam się w nowej pracy albo gdy pojawiają się nowi ludzie, to jeśli tylko złapiemy fajny kontakt, mówię im wprost: „Domyślam się, że jesteście ciekawi. Jeśli chcecie o coś zapytać – śmiało. Nie obrażę się”. Widzę te ciekawskie spojrzenia, to naturalne. Niektórzy potrzebują tygodnia, żeby się do mnie przyzwyczaić.

Nawet moja szefowa kiedyś powiedziała mi szczerze, że przez pierwsze dwa, trzy dni zwracała uwagę głównie na mój wzrost. A potem… już tylko na mnie jako człowieka. Powiedziała to tak po ludzku, tak szczerze, że bardzo to doceniłam.

E.O.: A co z taką sztucznością, którą czasem ludzie przybierają wobec osób z niepełnosprawnościami?

A.G.K.: O, to wyczuwam od razu. Nie muszę patrzeć – ja to czuję. Jeśli ktoś zachowuje się sztucznie, przesadnie ostrożnie, jakby chodził na palcach, to dla mnie to jest bardziej krępujące niż jakikolwiek żart. Wolę normalność. Przykładowo – mam kolegę z pracy, który ma świetne poczucie humoru. Czasem rzuci jakiś żart o moim wzroście – i ja się śmieję, bo to naprawdę dobry żart a on od razu: „Ojej, przepraszam, nie powinienem”.

I ja mu mówię: „Pracujemy razem cztery lata, dogadujemy się świetnie. Gdybyś był obcym facetem, to bym się wkurzyła. Ale ty? Daj spokój”. To jest relacja, w której jest zaufanie i luz. Poza tym ja sama czasem jestem prowodyrem takich żartów – mam ogromny dystans do siebie, ale bez przesady.

E.O.: Czy tylko ludzie postronni okazują brak taktu a nawet zwykłej refleksji?

A.G.K.: Od pewnego czasu zauważam pewną tendencję, którą zauważam wśród producentów telewizyjnych i twórców seriali. Jakiś czas temu zaczęli interesować się osobami z niepełnosprawnościami i osobami niskorosłymi. Niby super, bo reprezentacja jest potrzebna. Problem w tym, jak ta reprezentacja wygląda.

E.O.: W jakim sensie?

A.G.K.: Miałam kilka propozycji udziału w programach czy serialach. I za każdym razem rola była… uwłaczająca. Miałam być kimś w rodzaju „małpki w cyrku”.

Nie człowiekiem z krwi i kości, tylko dziwadłem, które ma się pojawić w tle, żeby widzowie mieli się z czego pośmiać. Na przykład zaproponowano mi rolę niskorosłej służki na zamku. Miałam chodzić w śmiesznym stroju i robić z siebie atrakcję. Innym razem w jednym z paradokumentów miałam grać dziewczynę, którą ojciec bije i nie akceptuje, bo jest niska. Pomyślałam: „Nie. Nie chcę tego pokazywać”.

Wolałabym zagrać kogoś, kto ma wspierającą rodzinę, kto jest silny, kto daje radę, a nie kolejny stereotyp: biedna, smutna, chora dziewczynka albo mały dziwoląg, który ma być tłem dla innych. Na moim blogu walczę o likwidację barier mentalnych i architektonicznych, o szacunek, o normalność. A potem miałabym biegać po planie w stroju służącej i udawać, że trzymam tacę na głowie, bo „to takie śmieszne, bo jestem niska”? To kompletnie wypacza przekaz, o który walczę.

Jeśli ktoś chce grać takie role – proszę bardzo, pełen szacunek. Ale niech producenci nie szukają wśród aktywistek osób, które mają robić z siebie pośmiewisko. Ja chcę reprezentować silną, pewną siebie kobietę. Chcę pokazywać wartość, normalność, codzienność.

E.O.: To bardzo ważny głos.

A.G.K.: Mam nadzieję, że kiedyś zobaczymy w telewizji osoby niskorosłe przedstawione tak, jak na to zasługują – jako pełnoprawnych ludzi, nie jako atrakcję oraz, że twórcy zrozumieją, że różnorodność to nie dekoracja, tylko rzeczywistość.

E.O.: Opowiedz o swoich pasjach. Co daje ci odskocznię?

A.G.K.: Kiedyś powiedziałabym: pisanie bloga. To była moja największa pasja. Ostatnio mam na to mniej czasu, a jak już piszę, to chcę, żeby to miało sens, głębię, przesłanie. A że życie to teraz głównie praca-dom-praca-dom, to moją pasją stało się… zwykłe odmóżdżenie się po pracy.

Dlatego przyznam się bez wstydu – lubię grać na komputerze w Simsy. Mam do tej gry ogromny sentyment. Zawsze chciałam mieć domek dla lalek. Nigdy go nie dostałam. Za to mam Simsy – mój wirtualny domek dla lalek. Mogę zbudować dom, zaprojektować ogródek, stworzyć sobie idealną chatkę a moje Simsy grzecznie robią to, co im każę – idealny świat.

E.O.: A poza grami?

A.G.K.: Bardzo lubię filmy kostiumowe i… social fiction. To takie science fiction, ale skupione na tym, jak mogłoby wyglądać społeczeństwo przyszłości albo świat po apokalipsie. Przykład? „Surogaci” – idealny film z tego gatunku. Szkoda, że takich produkcji jest tak mało, bo naprawdę mnie fascynują.

Filmy kostiumowe to natomiast mój sposób na odmóżdżenie. „Bridgertonowie”, różne romantyczne historie, piękne stroje, pałace… To pozwala mi odpocząć od własnych problemów i przez chwilę stresować się tym, czy Dafne zdąży na bal, a nie tym, co ja sama mam jutro do załatwienia.

Bardzo lubię czytać, ale z racji braku czasu ostatnio czytam mniej niż bym chciała. Jeśli już coś wybieram, to książki psychologiczne, rozwojowe, motywacyjne – takie, które tłumaczą, jak działa nasz mózg, skąd biorą się emocje. Uwielbiam też historyczne ciekawostki. W Internecie jest kilka portali, które opisują życie chłopów w Polsce 100–200 lat temu – zwyczaje, tradycje, codzienność. Fascynuje mnie to, jak funkcjonowały dawne społeczeństwa.

Zresztą… patrząc na to, że lubię i przeszłość, i przyszłość, i Simsy, gdzie tworzę własne społeczności – może powinnam była zostać socjologiem. (śmiech)

E.O.: Masz osoby, które cię wspierają, dodają siły i inspirują?

A.G.K.: O tak. Moją największą siłą w ostatnich latach jest moja przyjaciółka Elżbietka, która też prowadzi bloga. Poznałyśmy się w blogosferze. To ona nauczyła mnie, jak radzić sobie z trudnymi emocjami, jak reagować na toksyczne zachowania, jak stawiać granice. Jest dla mnie ogromnym wsparciem i inspiracją, zwłaszcza w kwestiach psychologicznych.

Poza Nią, mój mąż to moje największe wsparcie na świecie. Cokolwiek wymyślę – kibicuje, trzyma kciuki, odwozi mnie na dworzec, żegna, kiedy jadę na konferencję.

Jest introwertykiem, woli ciszę i las, ale kiedy zapytałam: „Wystąpimy w telewizji?”, zgodził się bez wahania. Wiedział, że to dla mnie ważne. W 2017 roku nagrano o mnie reportaż do „Dzień Dobry TVN” i Andrzej wystąpił przed kamerą, opowiedział o naszym życiu. To było dla niego ogromne wyzwanie, ale zrobił to dla mnie. To jest coś, czego nigdy nie zapomnę.

E.O.: W blogosferze jesteś dość rozpoznawalna. Twój blog był wielokrotnie nagradzany.

A.G.K.: Wiesz, w blogosferze pięć minut sławy pojawia się i znika. To nie jest tak, że jak raz dostaniesz nagrodę, to przez kolejne dziesięć lat wszyscy cię kojarzą.

Zawsze mówię, że moje pięć minut już minęło – i jest mi z tym dobrze. Nie cisnę na siłę, nie mam parcia na szkło. Wciąż jednak zdarza się, że ktoś podchodzi na konferencji lub na mieście i pyta: „Czytam cię, mogę zdjęcie?”.

To jest niesamowicie miłe.

E.O.: I chyba daje poczucie sensu.

A.G.K.: To prawda. Każdy komentarz, każda wiadomość, każdy mail – to dla mnie sygnał, że to, co robię, miało znaczenie. Że nie jestem tylko „dziewczyną z Internetu, która dostała medal”, ale kimś, kogo głos naprawdę do kogoś dotarł. Ktoś poczuł się mniej samotny, bardziej zrozumiany, może nawet dostał odrobinę wsparcia. To jest dla mnie największa i najpiękniejsza nagroda.

Galeria zdjęć

Rozmawiała: Ewelina Orzechowska
Zdjęcia z archiwum prywatnego Agaty Grzesik-Kontek

Materiał powstał w ramach projektu „Wzmacniamy aktywność” 
realizowanego w okresie 01.01.2025 r. – 29.02.2028 r.
przez Lubelskie Forum Organizacji Osób Niepełnosprawnych – Sejmik Wojewódzki

Zadanie publiczne jest dofinansowane ze środków PFRON 

UWAGA: Pobieranie, kopiowanie i jakiekolwiek inne wykorzystanie treści dostępnych w powyższym materiale wymaga pisemnej zgody LFOON – SW będącego właścicielem serwisu www.niepelnosprawnilublin.pl.

Facebook