Poruszone niżej zachowania są dość powszechne i nie są związane z wybranymi grupami. Jednak, gdy dotyczą tematu niepełnosprawności, widzimy je czasem inaczej, wyraźniej.
Z pozycji rodzica dziecka z niepełnosprawnością wygląda to mniej więcej tak: zaraz po narodzinach dziecka nabywam ekstra energii do działania. Oto mam siłę na „przenoszenie gór”. Docieram do wiadomości, ludzi, lekarzy, poradni, o których istnieniu nie miałem do tej pory pojęcia. Wyruszam w drogę, jedną, drugą, piątą. Polska, Europa, świat – nie ma ograniczeń (poza finansowymi). Szukam optymalnych rozwiązań, chcę wyleczyć moje dziecko, bo gdzieś na pewno ktoś coś poradzi. Czasem wracam z takich wypraw z nadzieją, że faktycznie – ktoś nam pomoże. I dostaję nowej energii i mogę dalej działać. Czasem jest mniej różowo. Mimo wizyt u najlepszych specjalistów wracam z diagnozą „niewiele możemy tu pomóc”. Oba przypadki różni ciąg dalszy działań – mogę leczyć, operować, usprawniać lub mogę rozpocząć proces akceptacji takiego stanu, jaki jest. I uczyć się radzić sobie najlepiej jak umiem – dla dobra naszego dziecka.
Każda z historii daje na pewno wielką wartość: z wypraw wracamy ze specjalistycznymi informacjami i wiedzą. Z czasem stajemy się ekspertami w dziedzinie niepełnosprawności naszych dzieci. Znamy cenne kontakty, nazwiska, miejsca. Wiemy też, gdzie nie jechać i z czyich porad nie korzystać. To bardzo dużo…
I co z tym zrobisz? Zachowasz dla siebie? Za miesiąc, pół roku odezwie się do Ciebie rodzic dziecka z prawie identyczną wadą czy chorobą. Jak wtedy postąpisz? Czy pomyślisz „zdobywałem te informacje sam, bez niczyjej pomocy. Niech on sobie teraz tak samo radzi”? A może wyciągniesz rękę i pomożesz?
Osoby zajmujące się wsparciem rodziców dzieci niepełnosprawnych dostrzegają pewną prawidłowość – większość z nich jest chętna do pomocy i działania w grupie, ale istnieje grupa rodziców, którzy działają w „pojedynkę”. Idą nawet dalej i bardz
