BIULETYN INFORMACYJNY OSÓB NIEPEŁNOSPRAWNYCH
Małgorzata w czarnej odzieży z jasnym futrzanym kołnierzem przytula policzek do policzka córki Urszuli. W rękach trzyma doniczkę z papierowymi kwiatami i sercami na drewnianych patyczkach

Arteterapia w życiu osób z niepełnosprawnościami i ich rodzin, czyli… staramy się dzielić miłością tam, gdzie jej brakuje

„Pracownia Rękodzieła u Małgosi” na lubelskim Czechowie to miejsce, w którym twórczość staje się narzędziem wsparcia, a relacje budują poczucie bezpieczeństwa i sprawczości.

Od lat skupia osoby z niepełnosprawnością, ich rodziny i lokalną społeczność, oferując warsztaty, działania integracyjne i przestrzeń do bycia razem. To przykład oddolnej inicjatywy, która z czułością i konsekwencją odpowiada na realne potrzeby.

Moje Niebo na Ziemi

„Pracownia Rękodzieła u Małgosi” miała swój początek w „Kąciku wytchnienia”. To był pierwszy krok w stronę świata, w którym jestem obecnie. Świat rękodzieła, radosnego tworzenia i dzielenia się przebywaniem ze sobą. Po dwudziestu paru latach pracy odkryłam ze zdziwieniem, że to moje nigdy niewypowiedziane marzenie, które jest moim Niebem na Ziemi. – Taka padła odpowiedź Małgosi, kiedy spytałam Ją skąd się wzięła pracownia i to, co robi obecnie.

Arteterapia to w szerokim tego słowa znaczeniu to, czym żyje pracownia, „Pracownia Rękodzieła u Małgosi”. Zamiar i założenia były nieco inne, niż obecny kształt, choć celowi od początku przyświecała idea związana z „leczeniem” przez sztukę, rękodzieło. Pierwsze zbawienne efekty tworzenia, malowania, zostały zaobserwowane ponad 100 lat temu, w czasach wojennych, kiedy to ciężko ranni żołnierze, z ogromnymi traumami psychicznymi trafiali do szpitali. Kiedy poradzono sobie z ranami fizycznymi, psychika ciągle była poraniona, cierpiąca i bolesna. Ogromną rolę w rozwoju i wykorzystaniu sztuki w leczeniu odegrali francuscy psychiatrzy A. Tardieu i M. Simon, którzy pod koniec XIX wieku opublikowali swoje prace na temat znaczenia dzieł plastycznych osób chorych psychicznie – to taka ciekawostka zaczerpnięta z ogólnodostępnych źródeł.

Kiedy trud traktuję zadaniowo

„Kącik wytchnienia” miał być miejscem dla mam, rodziców i opiekunów – takich jak Małgosia – którzy na co dzień opiekują się swoimi dziećmi i bliskimi z niepełnosprawnościami, często już dorosłymi.

Małgosia, moja rozmówczyni, prywatnie przyjaciółka, jest mamą dwóch wspaniały córek, z których młodsza – Urszulka – urodziła się z zespołem wad genetycznych Cornelia de Lange Syndrom. Od blisko 30 lat, Ula wymaga stałej opieki we wszystkim, jest całkowicie zależna od swoich najbliższych, od osób drugich. Urodziła się z wagą 940 g, bez żadnych szans na przeżycie. Takie rokowania dostała na starcie swojego życia. Miało się ono szybko skończyć. Niedługo Ula skończy 30 lat. To była droga, o której tylko najbliżsi mogą powiedzieć, o trudach, łzach i bólu, którego doświadczyła Ula i oni. Ale Małgosia i Jej rodzina najchętniej opowiadają o Jej sukcesach, o radości, o pięknie życia. Małgosia stara się przekuwać trudne chwile w pozytywy. Twierdzi, że nawet najgorsze chwile są po coś, trzeba tylko poczekać na to „coś”. Ale jak to zrobić? Po ludzku to absurd, jakaś hipokryzja mówić, że jest fajnie jak ma się taki problem od 30 lat… I tu Małgosia mnie zganiła, że dziecko niepełnosprawne to przede wszystkim dziecko, a nie problem. Trudy można mieć w każdej sytuacji, mając zdrowe dzieci, pieniądze, urodę i inne bogactwa. Więc co zrobić by nie oszaleć z tak dużej ilości trudu? Usłyszałam odpowiedź: traktuję trudne sytuacje zadaniowo, przynajmniej się staram.

– Opowiedz proszę, jak można tak do tego podejść? Przecież są emocje, uczucia, zmęczenie fizyczne, psychiczne, a obowiązki, dom, praca nie znikają. Jak to godzisz? – spytałam rozmówczynię.

– Często nie godzę, bo się nie da. Pewnych rzeczy nie przeskoczymy. Nauczyłam się określać priorytety w najtrudniejszych chwilach i na tym się skupiać. Najważniejsza jest Ula, kiedy jest z Nią źle. Reszta może – znaczy – musi poczekać. I koniec, kropka. Trzeba też sobie wiele wybaczać, zaakceptować sytuację, nie walczyć i nie bić głową w ścianę. Aby to zrozumieć, zajęło mi to trochę czasu. Wiele lat spalałam się na sprawach i rzeczach, na które nie mam absolutnie wpływu. Stres, gonitwa, niepogodzenie się z urodzeniem chorego dziecka.

W momencie, kiedy całkowicie przyjęłam chorobę mojej córki, zaakceptowałam wszystko co jest z tym związane, moje wewnętrzne „ja” przestało się męczyć. Przez to stałam się silniejsza, wytrwalsza i bardziej „poukładana” wewnętrznie. I ten proces trwa nadal. Ale trochę to trwało.

Ich oczy mówią więcej

Arteterapia dla Małgosi jest obecnie czymś więcej niż tlen do oddychania. Jak się okazało w rozmowie, inklinacje do robótek ręcznych miała już od małego dziecka. Pierwsze samodzielne prace powstawały w szkole podstawowej. Nie było wtedy tylu plastycznych materiałów, narzędzi, preparatów. Był klej biurowy, guma arabska, gips i cztery podstawowe kolory farbek plakatowych. Pamięta bardzo dobrze, jak z ogromną fascynacją, na metalowej puszce po pasztecie lepiła z gipsu żabę. Włosy zrobiła z włóczki. Żaba miała wytrzeszczone oczy i szeroki uśmiech. Stanowiła pojemnik na długopisy. Niby nic szczególnego, prawda? Ale dzisiaj mówi o uczuciach jakie wtedy miała. Wtedy nie zwracała na nie uwagę, na pewno nie świadomie. Mówi, że to jest przykład, dowód na to, jak rękodzieło, prace ręczne wpływają podświadomie na nasze umysły.

Dodaje:

 – Czuje się jak wszelkie spięte połączenia nerwowe rozluźniają się, jest taki cudny błogostan, który rozpływa się po ciele, umyśle jak praca jest skończona. Z tego wszystkiego można sobie dopiero zdać sprawę w czasie późniejszym, kiedy „wrócimy na ziemię”. W czasie pracy nad naszym dziełem często nie mamy kontaktu ze światem zewnętrznym, odcinamy się. I o to chodzi! – mówi o tym z radością i uśmiechem na twarzy.

Widać jak to sama przeżywa.

Kontynuuje:

– Do pracowni na zajęcia często przychodzą osoby mówiąc: „ja nie mam zdolności plastycznych, nic nie umiem”. Uwielbiam takich ludzi. – Tu Małgosia unosi oczy do góry i się śmieje serdecznie. – Ja na takie pytania zwykle odpowiadam, że to tak samo jak ja… i wtedy mamy powód do śmiechu już na wejściu. A potem jest już tylko lepiej. Odkrywamy krok po kroczku to, co ludzie mają w sobie głęboko schowane. I wtedy ich oczy mówią więcej niż ich słowa. Możecie mi nie wierzyć, ale często widzę wzruszenie, prawdziwe i szczere. Ludzie przytłoczeni codziennością, tym co ich przygniata na co dzień, bo każdy ma swój krzyż. Jedni mają chore dzieci, inni ich wcale nie mają, doznają przemocy, ubóstwa, nędzy i wielu innych trudnych sytuacji. I przychodzą do mnie, na zajęcia. Czasem z „przypadku”, w które ja nie wierzę – i tu znowu uśmiech – coś tworzymy. Kończymy pracę, są westchnienia i pierwszy szok, że się coś fajnego zrobiło, a drugi większy szok, że minęło 4 godziny… nie wiadomo, kiedy. Wychodzą szczęśliwi, zadowoleni z siebie.

Powtórzę: zadowoleni z siebie! Dziękują. Nie o „dziękuję” tu chodzi, ale o spontaniczny odruch serca uruchomiony pod wpływem szczęści. Może chwilowego, ale szczęścia wynikającego z poczucia własnej wartości, o której często ludzie zapominają, której życie nie daje im poczuć. Zobacz, to taka niby błaha rzecz, jak machanie pędzlem, klejenie serwetek, a co uruchamia? Co uwalnia?… – zamilkłyśmy obie na dłuższą chwilę.

Pędzlem po duszy

Reasumując to co powiedziała wcześniej Małgorzata to nic innego jak terapeutyczne działanie sztuki. Naszej psychice potrzebne jest zachowanie higieny, równowagi i stabilności. Ale życie nas nie rozpieszcza, świat bywa okrutny. I tak jak dbamy o naszą fizyczną formę o psychikę też trzeba zadbać. Jedni uprawiają sport, podnosząc kondycję fizyczną, ale też dostarczają sobie endorfin. Inni chodzą do teatru, na koncerty, na wernisaże. A jeszcze inni sami czynnie uczestniczą w tworzeniu.

Czy arteterapia jest dla wszystkich? Z tym pytaniem udałam się do Małgorzaty, co Ona o tym myśli, jakie ma doświadczenia.

– Uważam, że dla wszystkich. Jedni nie mieli jeszcze okazji przekonać się o tym, a inni mówią, że to nie ich bajka, ale takich osób jest naprawdę niewiele. Może wolą być obserwatorem sztuki, odbiorcą biernym. Inaczej korzystają z jej dobrodziejstwa. Kiedy pojawił się w moje głowie pomysł na pracownię rękodzieła, głównie myślałam o innych mamach – tak jak ja, utrudzonych codziennością opieki nad niepełnosprawnym dzieckiem, aby złapać trochę oddechu, odbarczyć mózg, zrobić coś dla siebie. Od najmłodszych lat, jak wspomniałam wcześniej lubiłam coś „dłubać”. Zaczęło się od lepienia żaby, później było haftowanie, szycie, robótki na drutach, szydełku, koronki, makaty, makramy i wiele innych rzeczy. Z racji licznych obowiązków domowych, kiedy pojawiła się rodzina, dziecko ze specjalnymi potrzebami, zdrowe dziecko, które też trzeba było zaopiekować, nie było przestrzeni na własne pasje. Taki prozaiczny powód jak małe mieszkanie i niemożność rozłożenia się ze wszystkimi akcesoriami do np. malowania. Zaraz trzeba to wszystko sprzątać, bo zostawić się nie da, bo przecież zaraz któreś z dzieci coś zje, albo co innego zmajstruje. Marzyło się takie miejsce, gdzie nikt nie ruszy moich skarbów i można odejść od robótki i wrócić później nie sprzątając. Myśl o takiej pracowni była jak promyk słońca w ciemnym pokoju. Zrobić coś dla siebie. Po tylu latach… Zaiskrzyło we mnie wspomnienie z młodości, tej niesamowitej radości tworzenia. Pojawiła się myśl, że przy tym przecież inne mamy mogą korzystać, tyle ich znam. Pisałam projekty dla dzieci na rehabilitację, hipoterapię to i na arteterapię też mogę. Jednak pierwsza myśl była skierowana na rodziców, na mamy dzieci niepełnosprawnych. Na tamtą chwilę, odcinałam się od pracowania z dziećmi niepełnosprawnymi, z osobami z niepełnosprawnością. Chciałam się odizolować od nich, tłumacząc sobie, że przecież muszę odpocząć od tematu chorób, problemów ze zdrowiem. Nie chcę. Dlatego pierwsze miejsce na ul. Lubartowskiej nosiło nazwę „Kącik wytchnienia” dla mam dzieci niepełnosprawnych. I tak był promowany. Wyglądało to tak, że moje założenia rozjeżdżały się z tym co się działo. Mamy, ojcowie również, przychodzili, a jakże, ale nie w takim stopniu jak same osoby z niepełnosprawnością. To przed czym tak się broniłam, zaczęło rosnąć efektem kuli śniegowej. Zaczęłam przyjmować osoby z niepełnosprawnością na staże. W pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że to co się dzieje w pracowni jest bardzo potrzebne tym osobom. Mamom też, ale im bardziej. Ich pojawiało się co raz więcej. Zaczęły przychodzić mamy ze swoimi dziećmi niepełnosprawnymi, razem uczestnicząc w zajęciach. I zrobiło mi się wstyd. Wstyd przed samą sobą, że tak chciałam się odciąć od tych osób. Na szczęście szybko zrobiłam z tym porządek. Obecnie pracownia skupia 80 % osób z niepełnosprawnością z wszystkich osób, które do nas przychodzą. Nie ogłaszamy się specjalnie, informacje rozchodzą się raczej pocztą pantoflową no i przez media społecznościowe. Dla mnie jest to wynik wskazujący na ogromne potrzeby tych osób. My jesteśmy małą organizacją, nie prowadzimy działalności gospodarczej, wszyscy tu pracujemy społecznie. Nasze działania to odpowiedź na potrzeby tych co do nas przychodzą.

Kiedyś przez myśl mi nie przeszło, by prowadzić warsztaty dla dzieci z autyzmem, dla dorosłych z zaburzeniami psychicznymi, chorobami psychicznymi, z trudnymi zachowaniami. Ja się kiedyś ich bałam. Bałam się, bo nie znałam tych ludzi, a tylko pobieżnie, wyrywkami słyszałam o trudnych zachowaniach, kłopotach z nimi, a ten człowiek z tym bagażem był gdzieś daleko, poza moim zasięgiem, aby jak najdalej, by było tylko komfortowo. Oczywiście dla mnie. Znowu wstyd. I szybka rewolucja w głowie. Zmiana. Zaczęły się zajęcia, spotkania. Zaczęliśmy poznawać się. Razem malować. I wtedy coś we mnie pękło. Kiedy przyjrzymy się im jak zmieniają się ich oczy, jak ich ciało przestaje się spinać, zaczyna się koncentracja, skupienie i malują… Czasem trwa to kilka minut, bo na więcej choroba nie pozwala. Ale następnym razem czas się wydłuża i pracują nad swoim dziełem dłużej. I kończą swoją pracę, jest radość, niesamowita radość. Moja również. I myślę sobie, ech ty głupia, chciałaś odebrać sobie tak wiele. Bo radość uczestników warsztatów jest również radością prowadzącego. Wiem to po sobie i wiem to od koleżanek terapeutek, rękodzielników. Ja taki stan określam: głaskanie pędzlem po duszy. Pędzel to taki symbol arteterapii, w sumie od malowania się zaczyna, bo to najprostsze i najbardziej dostępne narzędzie do tworzenia. Pędzel kojarzy się też z kolorami. Kolory to, moim zdaniem, równie ważna rzecz w sztuce, jak nie najważniejsza. Osobiście mam takie doświadczenie, kiedy to jako nastolatka, ale też już w życiu dorosłym moimi kolorami ubrań był czarny, szary bury i nijaki. Najbezpieczniej, bo wszystko do wszystkiego pasowało. I prace moje też były po tej bezpiecznej stronie, bez kontrastów, delikatnie, kolory stonowane.

Kolory w sztuce nadają dynamiki, ożywiają albo umartwiają to co tworzymy. Nasz mózg odbiera bodźce od kolorów. Nie na darmo mówi się, że coś „bije po oczach”, albo jest mdłe. Czy w sypialni pomalujemy sobie ściany na seledynowo? No chyba, że nie zamierzamy spać do końca życia. Ja osobiście bym oszalała przy takim kolorze. Albo jak ktoś nosi żałobę, idzie na pogrzeb to czy zakłada sukienkę w barwne czerwone kwiaty? Może w innych kulturach niż nasza, jest inaczej, ale mi bardziej chodzi o oddziaływanie kolorów na naszą duszę, wrażliwość. Mózg człowieka, co udowodniono naukowo jest wrażliwy na kolory i różnie na nie reaguje. Mogą one wpływać na emocje, skojarzenia, odczucia, procesy poznawcze, uspokajać i pobudzać. Wielokrotnie miałam okazję zaobserwować u uczestników zajęć, kiedy mieli okazję bawić się kolorami, że jest to dla nich fascynujące zajęcie móc swobodnie, bez ograniczeń fantazjować kolorami. Jeśli ktoś chciał pomalować misia na zielono to malował, jeśli chmurka miała być fioletowa to taka była. Wystarczy dać wybór koloru, nie ingerować. Można powiedzieć, że misie są zwykle brunatne, brązowe, ale pomaluj, jak chcesz. I tak naprawdę nie chodzi o tego misia, tylko o doznanie jakie daje kolor. Mając paletę barw przed sobą pada wybór na zielony, bo potrzeba wyciszenia, bo może ten kolor kojarzy się z czymś miłym, bo kolor zielony sam w sobie daje ukojenie dla mózgu, który może ledwo zipie. Więc misio będzie zielony. I ja to szanuję. To jest arteterapia…

Bo nas pani nie wygania

Z Małgorzatą znamy się od ponad 10 lat. Z zawodu jest położną. Po drodze skończyła studia Pracownik Socjalny ze specjalnością: praca z osobami niepełnosprawnymi i starszymi. Kursy rękodzielnicze, garncarski pierwszego stopnia, arteterapia, pierwsza pomoc, pierwszy stopień Makatonu. Imała się różnych zajęć.  Ale tak naprawdę to doświadczenie życiowe, walka o życie i zdrowie swojego młodszego dziecka doprowadziło do momentu w jakim obecnie się znajduje i co robi. Ma pasję i kocha ludzi. Chce być blisko nich, tym co wie chce się dzielić, robi to. Sama wiele przeszła, jak mówiła, nie było łatwo i lekko nie jest obecnie. W trudnych chwilach działa zadaniowo.

Nasuwa się pytanie skąd taka postawa, jak można przełamać w sobie niechęć do osób, sytuacji? Małgorzata, jak to jest?…

– Trzeba się poddać. Złożyć broń. Swoje ego zakopać. Ulec pokorze i pokochać to co się ma. A szczególnie Jezusa w drugim człowieku. Jestem osobą, która nigdy nie wyrzeknie się swojej wiary. I staram się nią żyć. Wierzę głęboko w to, że wszystko co mam jest wielką łaską, głównie moja przemiana i to, że te wszystkie mury, które sobie stawiałam, bez wiary bym nie zburzyła. W tych wszystkich ludziach, którzy przychodzą widzę Tego, który kocha bezwarunkowo.

Osoby z niepełnosprawnością, chore, zaburzone, nie jest łatwo przyjąć, kiedy wszystko dookoła jest zidealizowane. Mi pomogła otworzyć się na tych ludzi moja Ula, tak nie idealna, tak zaburzona, tak „poszatkowana”. Ula wyleczyła mnie z mojego ego i uprzedzeń. Nauczyła uważności, pokory i tego, że idealny świat jest nieidealny, lecz prawdziwy. Piękno jest przede wszystkim w człowieku, a nie na nim. To co jest na wierzchu jest wartością dodaną. Często patrzymy na piękną kobietę, a okazuje się, że katuje swoje dzieci. Tak często ulegamy złudzeniu, pierwszemu wrażeniu i zaraz oceniamy. Znam bardzo dużo osób, za którymi nikt by się nie obejrzał na ulicy, a są cudnymi ludźmi. Po wypadku ulegli deformacji ciała, zataczają się, niewyraźnie mówią. Ale dając im czas, swój czas, cierpliwość i miłość wchodzi się w piękny dialog i odbiera się lekcję pokory. Do pięt im nie dorastam w pokorze do życia. Zaszczyt to dla mnie im służyć.

Kiedy rozpoczynałam swoją przygodę z artetreapią, jak wspominałam wcześniej, pierwszy nasz lokal mieścił się na ul. Lubartowskiej. Mały lokal, wejście przez bramę. To była część tej ulicy z niechlubną opinią. Faktem było to, że po przejściu tej bramy wchodziło się w inny świat. Do dzisiaj nie wiem, skąd miałam pomysł, siłę i odwagę tam otworzyć pracownię. A spędziliśmy tam prawie trzy lata. I jak w każdej dzielnicy są dzieci. Tam też były. Ich poczynania mnie przerażały. Od tych ledwo chodzących, a już przeklinających i rozrabiających po nastolatków niegrzeszących grzecznością, delikatnie rzecz ujmując. Dzieci jak to dzieci, ciekawe co tam będzie się działo, kto się wprowadza itd. Wpadały do mnie jak wicher. Ale ustaliliśmy sobie, że mogą przychodzić, mają tylko zapukać, powiedzieć „dzień dobry” i spytać o pozwolenie na wejście. Nie wiem, dlaczego, zawsze pozwalałam im wejść, nawet jak mi nie pasowało. Dawałam pędzle, coś malowały, czasem wytrzymywały pół godziny bez wkładania sobie pędzli do oka i wylewania wody ze słoików na głowę. W tych 30 minutach często były fajne rozmowy, ciepłe słowa, normalne, bez przekleństw, bo nie pozwalałam. Żartowaliśmy. Cieszyły się jak mogły coś zrobić plastycznego. Niestety zakorzenione nawyki dawały o sobie znać i sielanka się kończyła. Wtedy za porozumieniem stron rozstawiliśmy się, do następnego razu. Kiedy nastąpił czas naszej wyprowadzki przyszedł stały bywalec, sympatyczny Paweł, wtedy miał 10 lat, i powiedział, że szkoda, że się wyprowadzamy. Bo oni mnie lubią. Oczywiście zrobiło mi się miło, moje ego połechtane, fajnie. Ale pytam Pawełka, a za co mnie lubicie, a On: bo nas pani nie wygania… i rozsypałam się na milion kawałków.

Dlaczego o tym mówię? Bo dla mnie jest to ewidentny przykład, że sztuka jest nam dana by leczyć naszą duszę, wyciszać emocje, dać wytchnienie zszarpanym nerwom, bez względu na wiek, stan fizyczny, społeczny itd. Te dzieciaki z Lubartowskiej w tych krótkich działaniach plastycznych mogły poczuć normalność, której na co dzień im brakowało. Wyciszyć się, zrobić coś innego niż to, co robią zwykle na podwórku. Inny rodzaj bodźców, który okazał się atrakcyjny, bo wracały do tego. Widzę jak często osoby z ogromnymi problemami przy rękodziele odcinają się od tego co dręczy, łapią wiatr w żagle by iść dalej.
Często myślę o nich, co teraz robią, Paweł to już pewnie ma z 15 lat…

Każda metoda jest dobra, jeśli są efekty

Arteterapia to bardzo szerokie pojęcie, jest mnóstwo opracowań naukowych, są szkoły z kierunkami arteterapeutycznymi, ale jak z każdym zawodem, specjalnością liczy się doświadczenie. Można nabyć wiedzę, ale żeby była pożyteczna potrzeba praktyki. Praca z osobami z niepełnosprawnością nie jest zero jedynkowa. Nigdy nie można zaplanować sobie sztywnego schematu działania, pracy. Często jest to mozolny proces budowania relacji z osobą, poznawania się i często zajmuje to kilka spotkań, aż nawiąże się kontakt. Oczywiście planować trzeba, robić założenia, ale przy tym potrzeba dużo tolerancji i odporności na częste i nagłe zmiany planów. Współpracując od 8 lat z Małgorzatą i innymi osobami prowadzącymi różnorakie zajęcia z osobami z niepełnosprawnością nasunęła mi się taka konkluzja; arteterapia to swoista ruletka, bombonierka, nie wiesz na co/kogo trafisz i co dopasować. Dla mnie arteterapia to duet: człowiek i sztuka. W różnych konfiguracjach. Często widząc jak Małgosia i inni prowadzący przygotowują się do zajęć utwierdzam się w tym przekonaniu. Często o tym rozmawiam z nimi. Stwierdziłyśmy, że sama sztuka jest tylko sztuką, sam człowiek człowiekiem, ale sztuka i człowiek to arteterapia. Trochę w tym filozofii, ale pozwala przybliżyć znaczenie samego słowa. Jest wiele rodzajów sztuki i jeszcze więcej osobowości, ludzkich przypadków. Do pracowni przychodzą często osoby z niepełnosprawnością ze swoimi rodzicami, opiekunami. W zależności od stopnia niepełnosprawności, na jakim poziomie jest komunikacja, czy dana osoba porozumiewa się werbalnie, czy językiem migowym albo w inny sposób. Różne też są okresy adaptacji danej osoby, jedni wpadają jak śliwka w kompot, nie czują żadnych barier inni potrzebują więcej czasu lub obecności rodzica. Nawet jak ma 30 lat. Wachlarz przypadków jest ogromny.

Spytałam Małgorzatę jak ogarnia się takie sytuacje, bo zajęcia trzeba rozpocząć, poprowadzić, coś trzeba wykonać, no i uczestnik musi wyjść z gotową pracą, czy tak?

– Uczestnik nic nie musi – Małgosia twardo, ale z uśmiechem skwitowała – w arteterapii nic nie musimy, bo jak musimy to porażka puka do drzwi. Kiedyś myślałam, że właśnie najważniejsze jest wykonać plan, zrobić „coś”, ma być widoczny efekt, żeby nikt nam nie zarzucił, że przesiedzieliśmy ten czas. To spięcie i kierunek na wykonanie zadania burzy cały zamysł terapeutyczny. Oczywiście rozmawiamy tu o osobach ze znaczą niepełnosprawnością, trudnościach adaptacyjnych, np. z autyzmem, niepełnosprawnością intelektualną. Dla mnie najważniejszy jest pierwszy kontakt, żeby się zaprzyjaźnić, nawiązać nić porozumienia. Staram się wcześniej dowiedzieć jak najwięcej o osobie, z którą będą działać. Co lubi, co ją interesuje, ale też czego nie lubi, o czym np. nie lubi rozmawiać, co ją drażni. U tych osób wrażliwość negatywna jest bardzo czuła i możemy jednym zdaniem zawalić cały dobrze zapowiadający się warsztat. Pamiętam jak kiedyś, na samym początku zażartowałam do uczestnika, że zostajemy na noc w pracowni, jak nie skończymy pracy. Nie wiedziałam, że panicznie bał się nocowania poza domem. Efekt był taki, że kolejne naście minut negocjowaliśmy pozostanie w pracowni, że to był żart.

Wspominając zajęcia z osobami z autyzmem, mam zwykle przed oczami śliczną Natalkę. Trafiła do nas z dużym nasileniem stereotypowych zachowań, często podskakiwała, krzycząc, nie mogła skupić się dłużej jak kilka minut na wykonywanej pracy. Zatykała charakterystycznie dla autystów uszy, kuliła się w pozycję embrionalną. Rodzice włożyli bardzo dużo pracy w terapię Natalki. Na przestrzeni tych 4 lat zrobiła ogromny postęp. Uwielbia lepić z gliny i toczyć na kole. Jest skupiona na pracy, potrafi samodzielnie pracę rozpocząć aż do skończenia. Jest specjalistkę w pracach ze szczegółami, drobiazgami. Potrafi lepić małe figurki zwierząt wysokości ok. 5-7 cm zachowując proporcje i umieszczając wszelkie szczegóły.
W czasie zajęć plastycznych, tworząc można „przemycać” różne treści, wiadomości, uczyć liczyć, pisać. To szlak do nauki nie tylko technik rękodzielniczych, ale tego co nas otacza, relacji. Każdy sposób nauki jest dobry, każda metoda jest dobra, jeśli są efekty. Wszelkie osiągnięcia są wielkim tryumfem dla dziecka, ale też dla rodziców. Rodzic często na drodze walki o swoje dziecko, zatraca już wiarę, że coś może jeszcze osiągnąć. A tu nagle pojawia się sukces, który unosi. Cieszy i daje nadzieję.

– Jakie techniki wykorzystuje się w arteterapii?

– Wszystko co nam do głowy przyjdzie, ale najpierw trzeba poznać uczestników warsztatów. – Małgorzata mówiła dalej: – Ja najchętniej zaczynam od farb, malowania. Czasem na blejtramie czy zwykłej kartce, ale też często korzystam np. z odlewów gipsowych. Jest to ciekawa forma, przestrzenna, nietuzinkowa. Wyzwala kreatywność. Często uczestnicy mają zaburzoną sensorykę, nie lubią się brudzić, każdy zabrudzony palec może stać się problemem. Jak uda się zaciekawić osobę tym co robi a nie co ubrudził, to już jest sukces. I dalej idziemy, aż do całkowitej ignorancji zabrudzonych części ciała, by skupiać się tylko na malowaniu. Jeśli mamy do czynienia z osobami wysoko funkcjonującymi to wtedy wdrażamy trudniejsze techniki, decoupage, mix media, wiklinę papierową. Bardzo kreatywną techniką jest lepienie w glinie. Tu od podstaw, ze zwykłej bryły błota powstają cudeńka.

W naszej społeczności mamy Piotra, lat 45, który jest mistrzem w wiklinie papierowej, wszelkich precyzyjnych pracach. Jest mężczyzną, który w wyniku choroby w wieku niemowlęcym stracił słuch, obecnie nie słyszy i nie mówi, nie jest zdolny do samodzielnej egzystencji. Jednak przy ogromnym wsparciu swojej mamy Anny, która została terapeutką zajęciową, nabył umiejętności krawca, fantastycznie radzi sobie z haftem matematycznym, sam projektuje i wykonuje skomplikowane prace. Ma w swoich osiągnięciach kilka dużych wystaw, w tym jedną we Francji. Dla mnie to fenomen, że osoba, która nie jest zaradna życiowo odnalazła swoje miejsce na ziemi właśnie w rękodziele. Piotr jest wzorcowym przykładem i dowodem na to, co można osiągnąć przez arteterapię. Śmiem twierdzić, że arteterapia często dla tych osób jest jedyną ścieżką do odnalezienia swojego miejsca na ziemi. Drugim kierunkiem są kulinaria. Oczywiście jest jeszcze teatroterapia, muzykoterapia. Jak to dobrze, że mamy taką możliwość terapii dla tych osób, dla każdego.

– Czym jest pracownia dla Was, Małgosiu. Dla tych co tu pracują? Dla Ciebie.

– To miejsce, gdzie staramy się dzielić miłością z tymi, którym jej brakuje.

Rozmawiałam z Małgorzatą Szestopałko, jak mówi o sobie w pierwszej kolejności: mama, żona, pełni funkcję prezesa Stowarzyszenia na Rzecz Osób Potrzebujących Wsparcia „IUVO”. Od 2019 roku prowadzi „Pracownię Rękodzieła u Małgosi” przy ul. Górskiej 7 lok 12 w Lublinie, na Czechowie. W tym miejscu odbywają się liczne warsztaty dla osób niepełnosprawnością, ale też dla osób zdrowych. Jako organizacja pozarządowa piszą projekty i uzyskują dotację na swoje działania na rzecz osób z niepełnosprawnością. Ponadto, by utrzymać pracownię organizują: urodziny plastyczne, imprezy integracyjne plastyczne, wytchnieniowe warsztaty rękodzielnicze. Są też zapraszani na warsztaty do szkół, przedszkoli, kół gospodyń wiejskich, goszczą na kiermaszach i różnych imprezach społecznych.

Społeczność stowarzyszenia wytwarza piękne przedmioty, niepowtarzalne, które można nabyć i tym sposobem wesprzeć ich działalność, utrzymanie tego miejsca. Jest to wyjątkowe miejsce, ciepła i serdeczna atmosfera. Warto tu zajrzeć.

A ja nazywam się Monika Kozłowska, jestem psychologiem. Od ponad 15 lat pracuję z różnymi środowiskami, a środowisko osób z niepełnosprawnością i ich rodzin jest mi szczególnie bliskie. Od 6 lat towarzyszę „Pracowni Rękodzieła u Małgosi”, temu co tam się dzieje. Wspieram swoim doświadczeniem i wiedzą, tych, którzy tu trafiają, ich rodzinom.

Galeria zdjęć

Tekst: Monika Kozłowska
Zdjęcia z archiwum prywatnego Małgorzaty Szestopałko i Stowarzyszenia na Rzecz Osób Potrzebujących Wsparcia „IUVO”

Materiał powstał w ramach projektu „Wzmacniamy aktywność” 
realizowanego w okresie 01.01.2025 r. – 29.02.2028 r.
przez Lubelskie Forum Organizacji Osób Niepełnosprawnych – Sejmik Wojewódzki

Zadanie publiczne jest dofinansowane ze środków PFRON 

UWAGA: Pobieranie, kopiowanie i jakiekolwiek inne wykorzystanie treści dostępnych w powyższym materiale wymaga pisemnej zgody LFOON – SW będącego właścicielem serwisu www.niepelnosprawnilublin.pl.

Facebook