O chorobie i końcu, który okazał się być początkiem – ze Stanisławem Majewskim, prezesem Lubelskiego Oddziału Polskiego Towarzystwa Stomijnego Pol Ilko, człowiekiem wielu pasji rozmawia Ewelina Orzechowska.
E.O. – Proszę opowiedzieć kilka słów o sobie.
S.M. – Hmm… O sobie… Myślę, że jestem dzieckiem zarówno pecha jak i szczęścia. A o tym, dlaczego, opowiem po kolei.
W roku 1968 zatrudniłem się w Puławskich Azotach. To był dla mnie trudny czas, bo wówczas miałem na głowie nieukończone studia, świeżo upieczone małżeństwo, małe dziecko oraz mieszkanie z teściem. Pojawiła się szansa, aby zdobyć przydział na mieszkanie. Miałem ogromne szczęście, ponieważ w kwietniu złożyłem podanie o m4 a w czerwcu otrzymałem m5. To było coś niesamowitego. Zawsze marzyłem, by ten mój dom był taki niestandardowy, wyjątkowy, odmienny od innych, gdzie w tamtych czasach królowała meblościanka z mahoniu i kryształy na półkach.
To był mój czas metaloplastyki. Z tych drutów różnej grubości stworzyłem na ścianie w dużym pokoju modny wówczas specyficzny fryz. Przedstawiał on budowle z różnych okresów historycznych, przeważnie sakralne. Wśród nich znajdowały się m. in. piramidy egipskie, Bazylika św. Piotra czy świątynie różnych wyznań. Na suficie w sypialni narysowałem mapę nieba: 250 gwiazd i drugie tyle opisów. Niektórzy znajomi, którzy odwiedzali nasze mieszkanie, podziwiali moją pomysłowość. Byli i tacy, którzy pukali się w czoło na te moje pomysły – interesowałem się trochę płaskorzeźbą, ale mój sąsiad, który był absolwentem ASP w Krakowie szybko wybił mi z głowy tę megalomanię. Zdałem sobie jednak sprawę, że ja mam nie 100 a 200% chęci, żeby tworzyć.
W latach siedemdziesiątych podróżowałem do Czech, Słowacji, Węgier i NRD. Podczas jednej z wycieczek zwiedziłem pałac Cecilienhof pod Berlinem, gdzie w 1945 roku odbyła się słynna Konferencja Poczdamska. Pałac był przepiękny. Wszystkie zdobienia wykonane techniką intarsji: okna, drzwi, kolumny, ściany, sufity. Coś pięknego. Byłem zachwycony tą techniką. Intarsja to technika zdobnicza polegająca na zdobieniu powierzchni drewnianych różnymi i gatunkami drewna. Jest to pewien rodzaj inkrustacji. Każda okleina ma swój specyficzny rysunek, kolor a nawet zapach. Techniką intarsji można wykonać wszystko, od wyklejenia bukietu kwiatów po ozdabianie mebli.
Przewodniczka, która oprowadzała nas po tym pałacu, wielokrotnie podkreślała, że te zdobienia są dziełem niemieckich mistrzów. Na to ja w którymś momencie rzuciłem krótko, że Polak też potrafi. Mój kolega, który także brał udział w tej wycieczce, wręcz mnie wyśmiał, niedowierzając w moje możliwości. Odpowiedziałem mu wtedy, że skoro Niemiec potrafi robić takie rzeczy, to ja tym bardziej zrobię. Dopiero później zdałem sobie sprawę z tego, że porwałem się z motyką na księżyc, bo ja o intarsji nie miałem wówczas zielonego pojęcia. Zabrałem się jednak do pracy i po czterech miesiącach pięciu moich kumpli z pracy przyszło komisyjnie ocenić moją pracę. Wykonałem wówczas mały stolik na jednej nóżce, ozdobiony ornamentem rozety. Dwóch kolegów było za mną, bo jak powiedziałem, tak zrobiłem. Kolejnych dwóch stwierdziło, że to nie jest na takim poziomie jak w tym pałacu. Natomiast piąty kolega zwrócił uwagę na fakt, że to jest dopiero pierwsza moja praca a pałac zdobili ludzie, którzy mieli dużo więcej doświadczenia ode mnie. To stworzyło dla mnie motywację dalszej działalności w tym kierunku. Co prawda nie lubię się chwalić, ale w domu wszystko wykonałem własnymi rękoma, wykorzystując właśnie tę technikę: podłogi, boazeria, meble, w tym piękna toaletka, drzwi a nawet kasetonowy sufit. Większość tych prac została w domu mojej byłej żony.
W swoim życiu czepiłem się nawet haftu krzyżykowego. Kiedy odeszła moja mama, pozostała po niej niedokończona makatka. Postanowiłem, że ją dokończę i jak postanowiłem, tak zrobiłem. Nauczyłem się wyszywania, choć nie było to proste. Musiałem opanować przeszło dwadzieścia ściegów. Teraz ten obraz wisi nad moim łóżkiem.
E.O. – Niewątpliwie jest pan człowiekiem o wielu pasjach. Jak rozpoczęła się pańska przygoda z witrażami?
S.M. – Odkąd pamiętam, fascynowały mnie kolory i światło, przebijające przez kolorowe szkło. Kiedy byłem małym chłopcem, marzyłem o tym, żeby wykonać samodzielnie chociaż taki malutki witrażyk. To marzenie dorastało wraz ze mną. Nie miałem jednak pojęcia, jak się za to zabrać. Moja fascynacja kolorowymi szkiełkami była na tyle duża, że kiedy na kolei likwidowano szklane semafory, wybłagałem pracującego na kolei kolegę, by dał mi trochę kolorowych szkiełek, które były częściami od niepotrzebnych już semaforów.
W czasie wielu podróży po Polsce często zaglądałem do różnych pracowni. Ale słyszałem „Albo pan coś zamawia, albo nie zawraca głowy.”
Tak się złożyło, że pod koniec lat osiemdziesiątych trafiłem do pracowni warsztatu – Pana Zenona Nowaka Z chęcią podzielił się swą wiedzą. Mówił co to jest szkło, sposób jego produkcji, jego obróbki; jak należy trzymać nóż i jak tnie się szkło. Wyjaśnił, od czego zacząć. I tak w ciągu godziny zdradził mi podstawowe tajniki warsztatu. Zaprzyjaźniliśmy się i korzystałem w wielu aspektach z Jego pomocy. Byłem zauroczony kontynuacją potrzeb przez Jego syna Sebastiana. Bardzo dużo zawdzięczam tej rodzinie. Do tej pory utrzymujemy pozytywny kontakt.
Dzięki tej wizycie i niezwykłej uprzejmości pana Zenona mogłem zacząć robić swój pierwszy wymarzony witraż. Nie mogąc sobie pozwolić na marnotrawstwo cennego materiału, jakim było szkło, przejrzałem mnóstwo zdjęć, by ułożyć sobie w głowie kompozycję. Wybrałem fragment starego rynku Kazimierza z motywem morskim. Potem zrobiłem kolejny witraż a jakiś czas po operacji praca nad witrażami pochłonęła mnie całkowicie. Tworzyłem nie tylko witraże, ale też klosze i lampiony. Wciąż poszukiwałem nowych form, nowych możliwości i nowych technik.
Ciągle mam w pamięci słowa pana Zenona, który powiedział mi, że jeśli wykonam trzy witraże, to będę je robił już do końca życia. I miał rację. Po uszy ugrzęzłem w tym hobby i dobrze mi z tym. Od tamtej pory minęło już przeszło trzydzieści lat a te witrażyki dały mi masę szczęścia i radości. Teraz, w moim maleńkim mieszkanku nie ma nawet skrawka gołej ściany. Wszędzie wiszą wykonane przeze mnie kolorowe, przysłowiowe „trzy” szkiełka witrażowe – zawieszki. Mój skromny warsztat mieści się w jednym pokoju. Niewiele do tego trzeba. Wystarczy stół, na którym się tnie szkło i trochę narzędzi: nóż, szlifierka, lutownica. Najpierw wykonuję szablon każdego elementu na grubszym papierze. Wybieram odpowiednie szkło. Odrysowuję na nim rysunek cienkopisem. Potem wycinam elementy nożem do cięcia szkła. Przycięte fragmenty szlifuję, a później pasuję na sucho. Tak, jak wszystko jest w porządku, oklejam je taśmą miedzianą.
Muszę być bardzo ostrożny, bo szkło to delikatne tworzywo i lubi pękać.
E.O. – Owoców swojej pasji nie trzyma pan dla siebie, ale wręcz przeciwnie – chętnie dzieli się pan nimi z innymi.
S.M. – Bardzo mnie cieszy, gdy mogę zrobić coś dla drugiego człowieka. Dlatego z chęcią przygotowałem witrażowe upominki dla ponad stu gości, uczestników obchodów Międzynarodowego Dnia Pacjenta ze stomią w Białowieży. Mam dużo czasu a materiał sfinansowało Pol Ilko.
Projekt Diabełka wybraliśmy razem z panią Aliną Matysiak – byłą super prezeską. Chciałem w ten sposób podziękować wielu ludziom, głównie tym, którzy dużo dla nas robią i czynią nasze życie lepszym.
Tak się składa, że w tym roku obchodzę swoje osiemdziesiąte urodziny. Tak naprawdę ja nie cierpię swoich urodzin, nie cierpię swoich imienin. Postanowiłem jednak, że będę świętować przez cały rok, i że będzie to rok motyla. Z tej okazji obdarowuję wszystkich moich bliskich i znajomych witrażowymi motylkami. Dla pani także przygotowałem takiego jednego.
E.O. – Oczami wyobraźni widzę jaki jest piękny. Bardzo panu dziękuję. Proszę mi powiedzieć, skąd czerpie pan inspiracje? Kobieta!!!, kobieta???, wielbiona kobieta…
S.M. – Chętnie w swoich pracach wykorzystuję także motywy związane z morzem. Z resztą to właśnie motyw morski przedstawiłem w swoim pierwszym witrażu.
Kiedyś pewna pani poprosiła mnie o wykonanie witrażyka przedstawiającego zieloną kaczkę. Okazało się, że ona zbiera prace, przedstawiające kaczki zielone.
E.O. – Przełom lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych to zdecydowanie nie był dla pana łatwy czas. Co się wtedy wydarzyło w pańskim życiu?
S.M. – W roku 1989 dowiedziałem się, że choruję na raka jelita grubego. W związku z tym przeszedłem dwie operacje. I tylko dwie. Podczas jednej z nich wyłoniono mi stomię. Trafiłem w dobre ręce prof. Kurylcia. Chirurg wyciął mi wszystko, co się da i troszkę ponad to, ale dzięki temu żyję. Wówczas medycyna była na innym poziomie niż dziś i to był jedyny ratunek. To był dla mnie szok, ponieważ wszystko stało się nagle. Ja nigdy wcześniej poważnie nie chorowałem. Nie mogłem się pozbierać. Mimo wsparcia ze strony rodziny zupełnie nie mogłem dojść do siebie. Fatalnie się czułem, fizycznie i psychicznie. Na początku lat dziewięćdziesiątych nie było mowy o jakimkolwiek komforcie życia ze stomią. Mieliśmy do dyspozycji jedynie tzw. pasy krakowskie. Moja codzienność była przytłaczająca i upokarzająca. Ludzie tolerują wszystko, nawet głupotę, ale nie ma tolerancji, gdy ktoś brzydko pachnie. Byłem załamany swoim położeniem. Dopiero jakoś po dwóch latach zacząłem sobie radzić z tą sytuacją i przede wszystkim ze samym sobą. No i zostałem „garkotłukiem”. (Śmiech) Zająłem się dziećmi i domem. Gotowałem i sprzątałem, ale też coraz więcej czasu zacząłem poświęcać witrażom.
Po jakimś czasie podjąłem pracę na stacji CPN. Praca nawet taka jednak mobilizuje. Jak człowiek się czymś zajmie, to zapomina o bólu. Nieraz czułem się źle, ale mówiłem sobie: „Chłopie, masz zdrowe nogi, to wstawaj.”
Choroba bardzo mnie zmieniła. Zmieniła mój pogląd na świat i otworzyła mi oczy na to, co niematerialne. Przedtem każdy dzień był taki sam. W ciągłym pośpiechu, w pogoni za doczesnymi dobrami. Nie zauważałem piękna wokół. Po operacji spojrzałem na życie inaczej. Pomyślałem, że skoro los i Bóg podarowali mi drugie życie, to każdy dzień powinienem przeżyć pozytywnie.
E.O. – Zaangażował się pan w działalność Lubelskiego Oddziału Polskiego Towarzystwa Stomijnego?
S.M. – Od 2004 r. jestem prezesem w lubelskim oddziale towarzystwa, ale też wolontariuszem. Cieszę się, kiedy mogę pomóc komuś oswoić się z nowym życiem, choć to są trudne tematy, bo operacje bywają ciężkie i nie zawsze udają się w 100%. Kiedy operacja się uda, pacjent przeżyje, to powstaje pytanie: „Jak dalej żyć?”. A to jest bardzo złożona kwestia.
Polskie Towarzystwo Stomijne PolIlko powstało w roku 1989, kiedy ja zostałem poddany operacjom. Jego celem było staranie się o dotacje na sprzęt, a także organizowanie wzajemnej pomocy. Powstał wtedy swoisty wolontariat. Od tych 30 lat siedzę w tym po uszy. Nasze stowarzyszenie kontaktuje się z podobnymi z Czech, Słowacji i Węgier. Co jakiś czas organizujemy wspólne spotkania. Zawsze wtedy przygotowuję dla każdego uczestnika mały witrażowy upominek.
Dzięki działaniu w towarzystwie miałem okazję zwiedzić wiele ciekawych miejsc i poznać wielu inspirujących ludzi. Profesor Bielecki!!! – taki guru dla osób ze stomią, określił kiedyś kilka zasad szczęśliwego życia.
Jedna z nich mówi: „Miej pracę lub zajęcie, które kochasz, bo kiedy człowiek się budzi i nie wie co ma robić, to nie widzi sensu istnienia.”
Dla mnie tym zajęciem były i nadal są witraże a kiedyś jeszcze praca w drewnie. Gdy wstaję rano, to mam już plan. Wiem, że muszę zrobić to i tamto, tu naszykować, tu wyszlifować. Dzięki temu nie mam czasu na gapienie się w sufit.
Inna zasada mówi: „Codziennie zrób coś dobrego dla drugiego człowieka, bo to jest najlepszy sposób na depresję.”
E.O. – Czy pańska działalność została w jakiś sposób doceniona?
S.M. – Oczywiście i nieustannie. Kolekcjonuję dziękczynne uśmiechy.
Medal wręczył mi wojewoda lubelski Wojciech Żuchowski przy organizacji uroczystości 20-lecia stowarzyszenia.
E.O. – Czy ma pan jakieś marzenia?
S.M. – Szczerze powiedziawszy, właściwie to wolę nie mieć żadnych marzeń, bo one spełniają się na opak. Niech pani sobie wyobrazi, że na 10 lat przed 2000 rokiem byłem w szpitalu w strasznie nieciekawym stanie.
Mnóstwo sączków wystawało z każdego miejsca i akurat słuchałem audycji co będzie za 10 lat, czyli na koniec tysiąclecia. W tym momencie skłonny byłem przypuszczać, że szybciej polecę na księżyc niż dożyję tego roku. Dożyłem. Niestety przed tym wymarzonym rokiem 2000 rozsypało mi się małżeństwo.
Pomyślałem wtedy na cholerę te marzenia, a jednak doceniłem piękno życia.
E.O. – Można powiedzieć, że otrzymał pan od losu drugie życie, ale także niesamowity talent.
S.M. – Talent – każdy coś ma. trzeba tylko wydobyć go na wierzch i doskonalić. Tak. Ja jestem bardzo szczęśliwy, że mogę realizować swoje marzenia, bo widzi pani, można być szczęśliwym na wiele sposobów.
Ja swój znalazłem i chcę się nim dzielić z innymi.
Galeria zdjęć
Rozmawiała: Ewelina Orzechowska
Zdjęcia z archiwum prywatnego Stanisława Majewskiego
Materiał powstał w ramach projektu „Wzmacniamy aktywność”
realizowanego w okresie 01.01.2025 r. – 29.02.2028 r.
przez Lubelskie Forum Organizacji Osób Niepełnosprawnych – Sejmik Wojewódzki


Zadanie publiczne jest dofinansowane ze środków PFRON
UWAGA: Pobieranie, kopiowanie i jakiekolwiek inne wykorzystanie treści dostępnych w powyższym materiale wymaga pisemnej zgody LFOON – SW będącego właścicielem serwisu www.niepelnosprawnilublin.pl.












