Jako osoba niepełnosprawna zdaję sobie sprawę, jak ważne znaczenie w relacjach nie tylko na linii pacjent – profesjonalista służby zdrowia, ale w ogóle w relacjach między ludźmi ma zagadnienie empatii. Życzyłbym sobie jej występowania u wszystkich uczestników życia społecznego, a pracę nad urealnieniem tego życzenia zacząć powinienem z pewnością od siebie.
Dlatego poniższego świadectwa zawierającego przedstawienie postaw różnych podmiotów prosiłbym nie rozumieć w kategoriach skargi, oskarżenia, czy – tym bardziej – podstawy do jakichkolwiek uogólnień.
Pierwsze chyba moje doświadczenie związane z wezwaniem na ulicy karetki pogotowia do osoby potrzebującej pomocy jest dość odległej daty. Kilkanaście lat temu spostrzegłem w pobliżu dużego skrzyżowania w Lublinie osobę przeżywającą atak padaczki. Podjętej wówczas przez siebie interwencji nie uważam dziś za doskonałą – była raczej wypełnieniem pewnego minimum. Nie posiadając wiedzy na temat postępowania w wypadkach ataku padaczki wezwałem pogotowie. W ciągu kilkunastu minut oczekiwania na przyjazd karetki, chory zdążył dojść do świadomości, wstać na nogi i udać się do jednego z pobliskich baraków. W chwili przyjazdu ratowników medycznych zdołałem jednak wskazać miejsce, dokąd się udał. Dla ratownika (lekarza? pielęgniarza?) badającego pacjenta istotny okazał się jednak fakt, iż chory – doświadczający ewidentnie również problemu alkoholowego – nie był wówczas ubezpieczony.
Słowa przedstawiciela służby zdrowia, według którego powinienem się cieszyć, że tym razem nie zostanę obciążony kosztami wezwania karetki wywołały lęk i poczucie winy, przemieszane z irytacją…
Empatia to cecha otwierająca serca ludzi, prowadząca do porozumienia pomiędzy nimi w jakiejś kwestii. Pamiętam, iż w tamtym dniu opuściłem ruchliwą ulicę w poczuciu braku takiego porozumienia…
Doświadczenie drugie. Na przestrzeni ostatniego roku ciężko zachorowałem na sepsę. Byłem w stanie zagrażającym życiu, o czym oczywiście wezwani sanitariusze (lekarz? pielęgniarka?) nie mogli wiedzieć. Ich reakcję na fakt wezwania karetki mogę opisać jedynie w oparciu o relację rodziny, sam bowiem wówczas miałem blisko 42 stopnie gorączki i co chwila traciłem świadomość. Przedstawicielkę służby zdrowia zirytował fakt, iż nie potrafiłem wskazać ani miejsca przechowywania dowodu osobistego, ani listy aktualnie przyjmowanych leków, ani miejsca, gdzie je położyłem. Sugerowano, iż jestem pijany, w związku z czym rodzina powinna zapłacić za przyjazd karetki.
Spieszę dodać, iż do szpitala zostałem dowieziony, ale jeszcze tam – przed wykonaniem kompletu badań – usłyszałem od lekarza dyżurnego, że wysoką temperaturę powinienem był leczyć w domu we własnym zakresie…
Nie chciałbym, aby opis trzeciego – sprzed miesiąca – doświadczenia z potencjalną potrzebą wezwania pogotowia do chorego został przez kogokolwiek potraktowany jako pointa sytuacji wyżej przedstawionych. Nie zachowałem się bowiem w sposób odpowiadający kryterium odpowiedzialności. Idąc do domu spotkałem na chodniku osobę, która musiała spaść z ławki. Dowiedziałem się od Niej, że – owszem – jest chora na padaczkę, ale pomocy medycznej sobie nie życzy. Wraz z innym przechodniem pomogłem choremu jedynie usiąść na ławce (aktualne bowiem nie przeżywał On ataku) i po usłyszeniu deklaracji jednej z zatrzymujących się kobiet, że za chwilę przybędzie Jej mąż – ratownik medyczny – oddaliłem się. Nie piszę tych słów w poczuciu dumy ze spełnionego obowiązku – w tej bowiem konkretnej sytuacji po prostu zdezerterowałem.
Dlaczego dzielę się z Czytelnikami relacją z tych trzech różnych, ale podobnych wydarzeń? Niekiedy bezduszne potraktowanie osoby potrzebującej pomocy, być może nas samych, staje się dla nas pretekstem do zaniechania, dezercji. Obyśmy zawsze na brak empatii w stosunkach międzyludzkich reagowali tym większą empatią osobistą. … I jakkolwiek szkoda, że w dwu pierwszych opisanych sytuacjach nauczycielami tej empatii nie stali się przedstawiciele służby zdrowia, to przecież nic nie stoi na przeszkodzie, abyśmy zaczęli od samych siebie.
Tekst: Zygmunt Marek Miszczak
