BIULETYN INFORMACYJNY OSÓB NIEPEŁNOSPRAWNYCH
Portret Rafała Gawkowskiego

Rafał Gawkowski: Nic nie dzieje się przypadkiem

Z Rafałem poznaliśmy się 2,5 roku temu, kiedy to Podlaski Sejmik Osób z Niepełnosprawnościami wraz z Lubelskim Forum Organizacji Osób Niepełnosprawnych zaczęły realizować projekt „IMPAKT - program wzmocnienia organizacji pozarządowych w obszarze dialogu obywatelskiego” (nr umowy: FERS.04.06-IP.04-0052/23).

Początkowo był dla mnie kompetentnym specjalistą zabierającym głos na zebraniach z jednego z okienek wirtualnego komunikatora. Ale od słowa do słowa, z międzywierszy zaczęło okazywać się, że Rafał to nie tylko szkolenia, zapytania ofertowe, terminy i harmonogramy, ale też artystyczna dusza. I że w jego życiu wszystkie te życiowe prozy i poezje nie tylko harmonijnie współistnieją, ale też logicznie z siebie wynikają.

Proza życia…

Tak na dobrą sprawę to wszystko zaczęło się od przypadku, chociaż, jak już później się dowiedziałem od osób mądrzejszych, to w życiu nic nie dzieje się przez przypadek.

Któregoś dnia poszedłem do Polskiego Związku Niewidomych (PZN) zapłacić składkę członkowską. No i właśnie wtedy zaczepiła mnie, późniejsza moja pani Dyrektor i zapytała: „A pan czym się zajmuje?”. Odpowiedziałem, że nie pracuję zawodowo, że jeszcze się uczę, że za kilka miesięcy będę zdawał maturę.

Pani Dyrektor powiedziała, że stawia na młode osoby, a dużo tych młodych osób w PZN nie ma i dlatego zachęca i zaprasza mnie do włączenia się w działania Związku. Powiedziałem, że chętnie, ale mieszkam w Zambrowie. Okazało się, że to nie jest żadną przeszkodą, ponieważ w Zambrowie PZN ma swoje Koło. No więc zacząłem przychodzić do tej organizacji. Trochę w Zambrowie, a później jak się przeprowadziłem, to już w Białymstoku. No i nadszedł taki moment, że pani Dyrektor zaproponowała mi pracę na pół etatu, potem na etat.

Następnie wziąłem udział w świetnym ogólnopolskim projekcie „Stawiamy na młodych”. To był roczny projekt dla osób poniżej 35. roku życia. W czasie projektowych zjazdów zrodził się pomysł powstania tak zwanego Klubu Młodych Związku Niewidomych. No i myśmy tak spróbowali, wychodziło raz lepiej, raz gorzej. Klub funkcjonował, robiliśmy spotkania, warsztaty, jakieś wyjścia kulturalne. Pani Dyrektor stawiała na rozwój młodych ludzi i pracowników. Nigdy nie żałowała im dnia wolnego na jakieś szkolenie, konferencję, seminarium, Zachęcała, żeby uczestniczyć i się rozwijać. I to procentowało. Mówiła: „Pamiętaj, nigdy nie wiesz, kogo spotkasz na takim spotkaniu, kogo poznasz. I kto, kiedy w życiu może ci się przydać”.

Była to mądra, wymagająca od siebie i od innych osoba. Dzięki jej pomocy i wsparciu zdecydowałem się pójść na studia.

Kolejny ważny w rozwijaniu moich kompetencji projekt to był „Profesjonalny trzeci sektor”. Zaproszono z każdej organizacji jedną osobę, jedną osobę na takie półroczne, intensywne szkolenie. Zdobywałem wiedzę, jak być takim profesjonalnym pracownikiem trzeciego sektora. Nawiązałem dużo kontaktów i poznałem różne możliwości. Pani Dyrektor zdecydowała, że ze względów zdrowotnych i osobistych musi zrezygnować ze swojej pracy. No i dostałem propozycję objęcia stanowiska dyrektora. Ale nie czułem się jeszcze na siłach; powiedziałem, że dla mnie jest to za wcześnie, że ja nie chcę. Chciałem być członkiem koła i się uczyć.

Jakiś czas później, gdy już trochę bardziej poznałem strukturę organizacji i okrzepłem w tych sprawach formalnych, zostałem wiceprezesem okręgu PZN. Wtedy miałem już realny i większy wpływ na to, co się dzieje w organizacji. Czułem się też już osobą bardziej doświadczoną.

W międzyczasie też ukończyłem studia: licencjat ze zdrowia publicznego, później trzyletnie studia magisterskie z pedagogiki, specjalizacja: praca socjalna. Rozpocząłem psychologię.

Piąłem się po szczeblach tej mojej PZN-owej kariery, no i też nadszedł moment kryzysu, czułem, że stoję w miejscu, że się nie rozwijam i mimo różnych planów, obietnic nie udało się z tego miejsca ruszyć. I wtedy poznałem Magdę Bobrowską z Fundacji Aktywizacja.

Pojawiła się propozycja pracy przy bardzo dużym projekcie systemowym z Polski Cyfrowej. Po kilku miesiącach okoliczności ułożyły się tak, że zastępowałem koleżankę, która poszła na urlop macierzyński i zostałem dyrektorem białostockiego Oddziału Fundacji. Miałem pewne wątpliwości, ale dostałem tez duże wsparcie zespołu i postanowiłem spróbować.

Początki były trudne, bo ja przez tyle lat pracy w PZN byłem przyzwyczajony do innego systemu pracy. Inna struktura, inne podległości. A ja jeszcze takiej mocnej ręki zarządczej nie miałem. Właściwie musiałem się nauczyć pracy tak trochę na nowo, ale to bardzo dobrze mi zrobiło i się udało. Zostałem rzucony na głęboką wodę. Pracowałem tam dwa lata. Poznałem fajnych ludzi. Byłem jedynym facetem wśród 10 kobiet. Ode mnie dużo wymagano i ja też nauczyłem się wymagać od innych. Aktywizacja stawiała na rozwój pracowników, więc sporo się nauczyłem przy różnych projektach. Czasem miałem dwa dni, żeby się do czegoś przygotować. Ale to było naprawdę bardzo dobrą lekcją życia.

W międzyczasie powstał Podlaski Sejmik Osób z Niepełnosprawnościami. Ja też działałem w Białostockiej Federacji Organizacji Pozarządowych z ramienia związku PZN.

W tym czasie z urlopu wróciła koleżanka. U mnie pojawiło się wiele innych aktywności i zdecydowałam, że chyba trzeba trochę odpocząć, chyba trochę trzeba przestać pracować. I nadarzyła się okazja.

Tak jak mówiłem: nic w życiu się nie dzieje bez przyczyny. Inna koleżanka z Aktywizacji poprosiła mnie o pomoc w rozkręcaniu spółdzielni socjalnej. I zacząłem pracować przy… produkcji pierników. Spółdzielnia nazywała się „Pierniki z Podlasia”. No i zaproponowano mi tam pracę kierownika produkcji. Stosowne wykształcenie miałem. I znowu: bardzo fajni ludzie, fajni właściciele, dwie panie zarządzające, ale też: inny tryb życia, inny tryb i godziny pracy – trzeba się było przestawić. Pracowałem na tak zwaną zmianę popołudniową od 13:00 do 20:00. Trochę taki grafik kolidował z moimi zainteresowaniami, jak teatr, itp. czas mój taki związany z teatrem, z innymi rzeczami. Potem udało się trochę zmienić: pracowałem na zmianę ranną, a popołudniami chodziłem na próby teatru czy też gdzieś wyjeżdżałem.

W czasie, gdy kończyła się moja praca w „piernikach”, pojawił się wakat na stanowisku dyrektora PZN. Miałem różne wątpliwości, ale finalnie się zgodziłem na półtora roku do końca kadencji. I jak to zawsze u mnie, działo się jak w kalejdoskopie. Z dyrektora stałem się prezesem. Jako reprezentant PZN zacząłem więcej działać w Sejmiku. Razem z Magdą Bobrowską, Haliną Sobolewską-Wildner i, dziś już niestety świętej pamięci, Anią Drabarz, od samego początku byliśmy takim trzonem sejmiku. I tak to się toczy do dziś.

W tej pracy to czasem nawet już nie liczę tych przepracowanych godzin. Audyty, sprawozdania, rozliczenia, pisanie nowych projektów – chyba nikogo, kto choć przez chwilę pracował w organizacji pozarządowej, nie dziwi, że jak jest gorący okres, to nawet po nocach trzeba niekiedy siedzieć. Z jednej strony to bycie społecznikiem, a z drugiej człowiek się uczy w międzyczasie, że trzeba zadbać o siebie, stać się trochę egoistą.

Czasami niektórym się wydaje, a co to jest za praca? Mówią: „To jest taka łatwa praca, bo możesz wyjść wtedy, przyjść wcześniej, wyjść później, itd.”. Zdarzały się w otoczeniu komentarze dotyczące mojego „dyrektorskiego” czasu pracy. Niektórzy widzą na przykład tylko, o której ja przychodzę. A ponieważ, zgodnie ze swoim czasem pracy, o godzinie 15:00 już wychodzą, to nie widzą, że ja siedzę do np. 22.00.

Nie boję się pracy. Etos pracy i szacunek do niej mnie i mojej siostrze wpoili rodzice. Wychowywali nas w duchu pracy i pomocy drugiej osobie.

Gdy zaczynałem życie w Białymstoku, zacząłem pracować, żeby się utrzymać na powierzchni. Wtedy już pracowałem w PZN, studiowałem, a w wolnym czasie dorabiałem w małej osiedlowej pizzerii na kuchni. No niby tylko na chwilę była ta gastronomia, ale gastronomia jest takim działem, takim sektorem, że wejść do niej jest łatwo, ale wyjść z niej za cholerę ciężko. Ja też się bardzo szybko przywiązuję do ludzi, do miejsca. Próbowałem odejść z tej pizzerii chyba z 10 razy. I wracałem jak bumerang. Odchodziłem i wracałem, i tak summa summarum 8 lat mi to zajęło. Przeżyłem tam trzech właścicieli. Stali klienci to się śmiali, że jestem jak ta stara lodówka: „rzęzi, rzęzi, ale działa. Żal wyrzucić, bo jeszcze na chodzie”. Jak tak patrzę na moją drogę zawodową, to widzę, że się na niej zmienia jak w kalejdoskopie. Jedno jest pewne, zawsze pracuję na rzecz ludzi, czy im piekę pierniki, czy robię pizzę, czy organizuję szkolenie. Ciekawy jestem, co będzie dalej, jestem otwarty na różne scenariusze. Muszę też się pochwalić – styczeń był bardzo owocny: otrzymałem 4 różne propozycje pracy.

12 lat temu musiałem skoncentrować się na swoim zdrowiu – zaczęły się poważne problemy. W ciągu trzech miesięcy straciłem całkowicie widzenie. Zaćma tak szybko zaatakowała mi zdrowe oko. Ja od 15 roku życia nie widzę na prawe oko. Dlatego muszę uważać bardzo mocno na lewe oko. Musiałem naprawdę zwolnić tempo. Skorzystałem z własnych kompetencji – mam podyplomówkę z tyflopedagogiki, przeszedłem trochę szkoleń z terapii, z rehabilitacji osób niewidomych, słabowidzących. Musze powiedzieć, że ten półroczny okres niewidzenia niczego bardzo dużo nauczył mnie samodzielności. Nauczyłem się prosić o pomoc i wiedziałem, że śmiało mogę o tę pomoc prosić. Powiedziałem koleżankom: „Dziewczyny, ja nie chcę siedzieć w domu. Nie chcę popaść w depresję, nie chcę popaść w jakieś rozpacze”. Naprawdę dużo mi to dało. Moi przyjaciele, no i oczywiście rodzice.

Rodzice pomogli mi finansowo, no bo oczywiście operacja musiała być natychmiastowa. Operacja łączona jaskry z zaćmą – po to, żeby zaćmę usunąć, a jaskrę zatrzymać na jakiś czas i poprawić komfort codziennego funkcjonowania.

No i oczywiście słowa mojej mamy: „Dzieciaku, zapożyczę się, zastawię mieszkanie, jeśli będzie trzeba, a dam Ci te pieniądze. Twoje życie i zdrowie jest najważniejsze dla mnie jako dla matki”. No i słowo stało się ciałem. Po dwóch tygodniach miałem już operację. Wszystko się ułożyło.

…i poezja

Nasza pierwsza pani Dyrektor była dyrektorem Domu Kultury w Zambrowie i naprawdę była to ta osoba, która stawiała na kulturę. Powiedziała: „Słuchajcie, mamy Teatr Dramatyczny w Białymstoku, mamy Teatr Lalek. Może zaczniemy chodzić do teatru na jakieś przedstawienia”. No i złapaliśmy bakcyla, jeżeli chodzi o chodzenie do teatru. Na początku była to grupa 6-10 osób. Teraz, jak jest jakaś nowa sztuka w Teatrze Dramatycznym, to dzwonią do nas z biura promocji i pytają, ile potrzebujemy biletów. Odpowiadam: „No niewiele, tak 70-90”. Ludzie zaczęli chętnie chodzić do teatru, do opery, do filharmonii.

Teatr dał mi większą odwagę oraz większą swobodę kontaktów z ludźmi. To też zrodziło się w Związku Niewidomych. Teatr zrodził się tak naprawdę spontanicznie. Na początku ja i moja obecna pani Dyrektor, Krystyna od czasu do czasu się wygłupialiśmy na różnych takich spotkaniach.

A pani Dyrektor jak zobaczyła te nasze „wygłupy”, to zapytała, czy może sami byśmy chcieli coś spróbować. No i tak jakoś z Kryśką się zgadaliśmy i na początku nasza dwójka działała pod szyldem „Kabarecik Krecik”. Krecik, no bo Kryśka też słabo widzi. Pierwszy taki większy występ Kabareciku Krecik odbył się z okazji Dnia Seniora w Domu Pomocy Społecznej w Uchowie pod Łapami.

No i pani Dyrektor w pewnym momencie wpadła na pomysł, żeby napisać projekt, żebyśmy mogli ćwiczyć pod okiem instruktora. Postanowiliśmy spróbować. Powstał Teatr T3. To skrót od terapii teatrem i tańcem. Początkowo, to była nazwa projektu, a potem już tak zostało. No i z tych dwóch osób po pewnym czasie zrobiło się osiem. Znaleźliśmy instruktorkę, Ewę Kozłowską – aktorkę Teatru Lalek. Mieliśmy dużo ćwiczeń dykcyjnych. Uczyliśmy się, jak z tremą walczyć, jak czytać, jak mówić, jak śpiewać.

Pojawiły się możliwości finansowania zajęć z arteterapii. Ogłosiliśmy następny nabór na instruktora profesjonalnego, instruktora teatralnego. No i pojawiła nam się bardzo fajna, młoda dziewczyna po Akademii Teatralnej w Białymstoku Maria Żynel. Teatr dzięki niej rozkwitł. Robiliśmy fajne sztuki, takie krótsze sztuki, na miarę naszych możliwości. Kiedy Maria dostała propozycję pracy na uczelni, trafiła do nas Agnieszka Możejko-Szekowska. No i od tego czasu Agnieszka jest z nami do dziś. Przyprowadziła też swojego męża, Piotra.

13 lat temu wystawiliśmy „Spory na amory” na podstawie „Ożenku” Gogola. Nasz teatr już liczył 16 osób i każdy oczywiście chciał zagrać główną rolę. Agnieszka świetnie sobie z tym poradziła. W oryginale jest jedna swatka, u nas były trzy. W oryginale – jedna ciotka, my mieliśmy dwie. Naprawdę bardzo fajnie to nam wyszło.

Jeszcze za czasów Marii Żynel zaczęliśmy jeździć na różne festiwale i przeglądy. Maria zaproponowała, a nam to się spodobało. Coraz więcej ludzi o nas słyszało, nie tylko w Białymstoku, w województwie, ale też w Polsce. Z teatrem trzy razy byliśmy na Białorusi. Dwa razy w Grodnie, raz w Brześciu występowaliśmy. Otrzymywaliśmy różne nagrody. Naszą taką największą chlubą jest odznaka honorowa „Zasłużony dla Kultury Polskiej” przyznana przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego Rzeczpospolitej Polskiej. To było wielkie zaskoczenie, niespodzianka.

Oczywiście bardzo chętnie też jeździmy na występy gościnne. Można nas zapraszać. Mamy w repertuarze różne spektakle, programy okolicznościowe; mamy też taki miks kabaretowy „Jak starym kabarecie”, program „Kolektyw Dudka” – to są skecze i piosenki na różne okoliczności. Robimy kolaż. Program zależy od tego, kto może w danym momencie, w danym dniu i o danej porze wystąpić.

Robimy właśnie takie spotkanie i na podstawie tego spotkania ustalamy program. No mamy też takie okolicznościowe, też świąteczne.

Głównie naszym zainteresowaniem cieszą się utwory wesołe, komedie. Robimy adaptacje, przeważnie skracamy te sztuki; coś dodajemy, coś ujmujemy. Mankamentem naszego teatru jest to, że mamy mało facetów. Bardzo chętnie byśmy przyjęli kilku nowych aktorów męskich. Robimy czasem castingi. Najczęściej zgłaszają się kobiety.

W tym roku nasz Teatr T-3 będzie świętował 20-lecie działalności. Z okazji jubileuszu przygotowujemy teraz „Świętoszka” Moliera. Premiera planowana jest na maj albo czerwiec. Zobaczymy, jak nam to wyjdzie.

Ten rok to dla mnie osobiście jako dla społecznika jest kolejnym wyjątkowym rokiem: 20-lecie teatru; 75-lecie Polskiego Związku Niewidomych oraz 10-lecie Sejmiku. Same jubileusze.

Teraz jest intensywny czas – sprawozdania, audyty, podsumowania, projekty, ale jeszcze miesiąc i czeka mnie urlop w Egipcie. Moja kuzynka, z którą jadę, postawiła jeden warunek: „Laptopa zostawiasz w domu”. Ma to być tydzień luzu, wypoczynku tylko dla siebie. Zapytałem, czy telefon mogę wziąć. Odpowiedziała, że tak, bo bez tego nie ma życia, no i czymś jej przecież muszę robić zdjęcia, jak będziemy w basenach się pluskać.

Moim największym podróżniczym marzeniem są Chiny. To marzenie, które mam od wielu lat, ale nie mam z kim pojechać. Nikt z moich znajomych nie chce tam jechać. Ja bardzo lubię podróżować. Lubię zwiedzać. To też jest moja taka pasja. I znowu muszę wspomnieć PZN – to w Związku złapałem bakcyla podróżnika.

Chcę też skończyć rozpoczętą psychologię. Moja serdeczna koleżanka już mnie chyba skutecznie do tego zmotywowała.

Kolejnym, moim marzeniem jest to oczywiście, żeby jak najdłużej moje zdrowie, zwłaszcza mój wzrok, mogło mi służyć. Po tym półrocznym doświadczeniu niewidzenia, codziennie rano budzę się i otwieram oczy i sprawdzam, czy widzę, czy wszystko jest w porządku. To mnie naprawdę motywuje do lepszej pracy. Nie mam jakiegoś swojego życiowego motta. Ale przez długi czas powtarzałem sam sobie to, co było najważniejsze: żeby po obudzeniu zobaczyć świat. Żeby jeszcze go widzieć. Życzę też sobie tego, by moi rodzice byli jak najdłużej sprawni. Żeby mojej siostrze też się w życiu udało.

Najważniejsze, żeby podobać się sobie, ze sobą się zaprzyjaźnić. Zawsze będą ludzie, dla których człowiek będzie atrakcyjny, ale będą ludzie, którzy będą uważali cię za maszkarę i za paskudę. Dobra wiadomość, że samemu się decyduje, z którymi ludźmi będzie nam po drodze.

Oczywiście, miałem w swoim życiu osoby, które mnie wykorzystały, okradały, pożyczały ode mnie pieniądze, do dzisiaj nie oddały. Nawet nie podziękowały. Ja przez wiele lat byłem naprawdę aż za dobry. Mam wokół siebie na szczęście osoby, które pomagają mi prostować różne ścieżki. Ktoś przychodzi i mówi: „Dość tego, muszę zarządzić twoim życiem i twoimi finansami”. Ktoś inny: „Zastanów się, czy Twoje żarty dla każdego są śmieszne i czy przy każdym wszystko możesz powiedzieć”. Jeszcze ktoś powie, że dostrzega i docenia moje działania. Kolejny zmotywuje do dokończenia tego, co zacząłem. To bardzo ważne…, bo człowiekowi samemu czasem trudno jest pewne rzeczy we własnym życiu zobaczyć. Dopiero inni nam pokazują. Uczą nas, czasem to tak trochę przez łzy te nauki przyjmujemy. Właśnie o to chodzi.

Galeria zdjęć

Rozmawiała: Anna Bieganowska-Skóra
Zdjęcia z archiwum prywatnego Rafała Gawkowskiego

Materiał powstał w ramach projektu „Wzmacniamy aktywność” 
realizowanego w okresie 01.01.2025 r. – 29.02.2028 r.
przez Lubelskie Forum Organizacji Osób Niepełnosprawnych – Sejmik Wojewódzki

Zadanie publiczne jest dofinansowane ze środków PFRON 

UWAGA: Pobieranie, kopiowanie i jakiekolwiek inne wykorzystanie treści dostępnych w powyższym materiale wymaga pisemnej zgody LFOON – SW będącego właścicielem serwisu www.niepelnosprawnilublin.pl.

Facebook