BIULETYN INFORMACYJNY OSÓB NIEPEŁNOSPRAWNYCH
Rafał Charłampowicz w średnim wieku, siwe włosy, wąsy i broda, ciemne okulary, ubrany w czarną bluzę

Rafał Charłampowicz: Jak coś się zaczyna robić, to zmienia to perspektywę. Więcej się widzi, więcej rozumie i też zwiększa wrażliwość na pracę innych po prostu

Czy znacie Kogoś, kto – oprócz eksperckiej wiedzy, bogatego doświadczenia i poczucia humoru – ma plecak i kieszenie pełne nowinek technicznych? Jeśli tak, to jest duże prawdopodobieństwo, że mamy wspólnego Znajomego – Rafała Charłampowicza.

Nasza dwucyfrowa, jeśli chodzi o liczbę lat znajomość z Rafałem przekłada się na zaledwie kilka wspólnych konferencji, parę spotkań „twarzą w twarz”, kilkanaście onlajnowych wymian myśli i spostrzeżeń, lekturę tekstów i artykułów. Może mało, ale w sumie wystarczy, żeby stwierdzić, że ktoś jest pokrewną duszą.
O fajnych pracach, nowych technologiach, kabarecie i…karnawale opowiada Rafał Charłampowicz.

Technologie

Kiedy na studiach zacząłem chodzić z psem przewodnikiem, to potrzebne były mi rozwiązania, które by tego psa wspomagały. Z jednej strony już były dostępne na rynku detektory przeszkód, a z drugiej – to był ten czas, gdy pojawiła się pierwsza nawigacja GPS. W Polsce w ogóle powstało jedno z pierwszych rozwiązań GPS dla niewidomych. Niedawno napisałem o tym artykuł wspomnieniowy do czasopisma Tyfloświat – „20 lat Navigatora. Spóźniony artykuł” . W ubiegłym roku minęło 20 lat od wejścia Navigatora na rynek.

No i tak to się zaczęło – od mojej własnej potrzeby, ale też i zaciekawienia. Dziś dostępne są detektory przeszkód, GPS, jakieś inne rozwiązania. Ale jak szedłem na studia, to właściwie nie było nic – niewidomy był w sytuacji bardzo trudnej. W pociągach, szczególnie w osobowych, nie było często zapowiedzi przystanków, tak samo w tramwajach. Czyli wszystko trzeba robić na pamięć, na czuja, polegać na rozkładach jazdy.

Kiedy zaczęły się pojawiać nowoczesne rozwiązania bardzo mnie to wciągnęło. Technologie interesowały mnie, odkąd pamiętam. Starałem się zawsze maksymalnie, no oczywiście w miarę swoich umiejętności, je wykorzystać. Sytuację ułatwiał fakt, że mam do tego predyspozycje. To znaczy nie tracę cierpliwości i potrafię się w miarę skupić na kilku źródłach informacji jednocześnie.

W moim przypadku ważne było zaciekawienie. Ale trzeba pamiętać, że najlepsze urządzenie to jest takie, które nie wymaga zaciekawienia od użytkownika. Najlepsze urządzenie po prostu mu służy i się sprawdza. To jest najlepszy projekt.

Szukanie nowych rozwiązań, porównywanie, ocenianie – stało się moim konikiem. Pracując na Uniwersytecie Gdańskim, organizowałem różne szkolenia, ściągałem ludzi zza granicy, którzy je prowadzili. Co roku jeżdżę na SightCity – największe na świecie targi poświęcone rozwiązaniom i pomocom dla osób niewidomych i słabowidzących – do Frankfurtu nad Menem.

Ludzie już mnie pamiętają. Miałem ostatnio taką zabawną sytuację, że przyjechałem po roku sprawdzić jedną taką inteligentną laskę. No i byłem przekonany, że nikt nie będzie mnie kojarzył. A oni już na mnie czekali i strasznie się ucieszyli, jak ta ich laska zdała mój test. A właściwie dwa testy, które zawsze robię urządzeniom wspomagającym i detektorom przeszkód.

Dwa testy

Śmieję się, że niektórzy wystawcy już się mnie pewnie boją, gdy podchodzę do stoiska, żeby sprawdzić te ich detektory przeszkód.

Po pierwsze sprawdzam, jak laska czy detektor przeszkód wykrywa przeszkody na wysokości twarzy. Wygląda to tak, że ja idę z laską z detektorem przeszkód albo z takim ręcznym detektorem przeszkód przed siebie. A moja żona Ania, bierze ode mnie moją laskę sygnalizacyjną, którą zwykle mam w kieszeni i w pewnej odległości ode mnie tak rozkłada tę laskę, że staje się ona barierką na wysokości twarzy. Ja wtedy sprawdzam, czy detektor mnie poinformuje o tej lasce, zanim uderzę twarzą w tę laskę. I choć to brzmi prosto, to tak naprawdę wcale nie jest takie łatwe dla detektora, bo laska jest cienka.

A drugi test, który robię, polega na tym, że idę dość szybko z detektorem na ścianę i sprawdzam, czy on mnie uprzedzi o ścianie, zanim na tę ścianę wejdę. To też wcale nie jest taki prosty test, bo bardzo ważny jest czas reakcji detektora, więc tego typu rzeczy.

Rzeczywistość XXI wieku

Teraz nie mam psa przewodnika. Od kilku lat pracuję zdalnie, więc po prostu no nie byłoby sensu. Nie wychodzę aż tak często, więc ten pies marnowałby swoje umiejętności. Czekam za to na robota przewodnika. Jest taka amerykańska firma Glidance, która stworzyła robota przewodnika. Na razie na rynek europejski nie wchodzą, ale prędzej lub później wejdą. Są różne roboty: walizka, pies, robot na sześciu nogach. Natomiast ten, o którym mówiłem to przypomina kosiarkę do trawy.

Testuję cały czas nowinki technologiczne, ale mam kilka swoich ulubionych sprzętów. Stale używam takiego starego francuskiego detektora przeszkód o nazwie Minitact, on już jest nie do kupienia. Na ostatnich targach wypatrzyłem fajne urządzenie, to jest taki detektor przeszkód montowany na lasce, nazywa się iCane i to jest jedno z urządzeń, które zdało mój test. No i sobie to kupiłem, bo to był wreszcie detektor, który od lat jako pierwszy spełnił moje oczekiwania. Natomiast nie ma jakiegoś jednego urządzenia, bez którego sobie nie wyobrażam życia, ponieważ tych rozwiązań jest trochę.

Od kilku już lat używam inteligentnych okularów, które mają całkiem niezłe rozpoznawanie obrazu, szybkie czytanie tekstów. Dzięki nim na przykład w kinie mogę czytać napisy. Rozpoznaje tak 60-70% napisów, ale to już jest całkiem niezła pomoc. Mogę pokazać obraz z kamery w okularach mojej Żonie czy komuś z rodziny i ten ktoś może mnie poprowadzić czy wyjaśnić mi sytuację. Tego typu rzeczy też się przydają.

W tej chwili mamy też prawdziwą rewolucję, jeżeli chodzi o AI i niewidomych. Komuś, kto w tym nie siedzi, to sobie trudno wyobrazić, jak bardzo pomoce zmieniły się od 2022 roku. Opisywanie obrazów to w ogóle już nie jest strasznym problemem. Dzisiaj obraz bez podpisu, bez tekstu alternatywnego, to jest po prostu utrudnienie, ale to już nie jest problem tak paskudny jak kiedyś.

Dostępność

Dostępność? Co do instytucji, to ja aż takiego poczucia nie mam, że jest dużo lepiej. Może jest lepiej, ale nie obserwowałem badań. Pamiętam, że było robione badanie, jaki procent stron publicznych jest zgodnych z WCAG i procentowo wyszło, że zero albo prawie zero.

Natomiast jeżeli chodzi o strony takie niepubliczne, no to mamy Europejski Akt o Dostępności, który też wymusza na różnych firmach dbanie o dostępność, to tutaj się zmienia na lepsze i to bardzo widać. Pracuję dla jednego z banków, siedzę w tym od środka i mogę potwierdzić.

Zmiany widzę też w takich mniejszych sklepach. Ostatnio odwiedziłem dwa sklepy z książkami i w obu dostępność wyraźnie się poprawiła. W jednym na przykład przez kilka lat nie byłem w stanie się zalogować do profilu klienta, w tej chwili żadnych z tym nie ma problemów. No, ale to takie anegdotyczne, moje własne doświadczenie. Nie patrzyłem na jakieś badania.

Moje doświadczenie pokazuje, że tam, gdzie przymusu nie ma, to wciąż z dostępnością jest słabo. Zawsze możesz trafić na choćby jedno czy dwa miejsca w formularzu, przez które trudno przejść i się wtedy oczywiście blokuje taki formularz. A jeżeli chodzi o dokumenty, no to one też nie są zawsze przejrzyste. Nawet zwykłą fakturę czasem jest trudno przejrzeć, bo jest średnio zrobiona.

W przestrzeni Polska, moim zdaniem, nie wypada źle – mówię o takiej szeroko rozumianej dostępności. O na przykład, przechodzić przez jezdnię o wiele bardziej wolę w Polsce niż we Włoszech. Bo tam po prostu to jest jakiś koszmar.

Coraz rzadziej, ale czasem się wciąż zdarza, że jak napiszę do hotelu, że jestem niewidomy i że proszę o pokój w charakterystycznym miejscu, no to wciąż dostaję pokój dla wózkowicza. Ciągle jeszcze zdarzają się absurdy. Pokój dostępny jest, do pokoju można się dostać szeroką windą, ale w samej windzie trzeba przyłożyć kartę do czytnika, żeby winda ruszyła. A ten czytnik jest tak wysoko, że ktoś siedzący na wózku nie ma żadnych szans, żeby po prostu tą kartę przyłożyć. Mam znajomych wózkowiczów, więc jestem na takie rzeczy wyczulony. Także tak to bywa, tak to wygląda.

Fajne prace

W każdej mojej pracy było coś fajnego.

Z wykształcenia jestem anglistą. Gdy rozpoczynałem studia, chciałem być tłumaczem literatury. To był mój plan. Natomiast jak je kończyłem, to okazało się, że do literatury trudno się było dostać. Z perspektywy czasu to wiem, że nie byłbym dobrym tłumaczem, bo za bardzo zwracam uwagę na szczegóły.

Robiłem wtedy tłumaczenia techniczne. Na to był akurat popyt. Pojawiły się tak zwane CATsy – Computer Aided Translation czyli takie narzędzia, które wspomagały tłumaczy. One nie tłumaczyły same, tylko na przykład dodawały z bazy do tekstu terminy, jeżeli był jakiś dokument przetłumaczony w danym projekcie. Chodziło o spójność terminologii. Czyli tłumacz już nie tłumaczył, ale w sporej części korygował i poprawiał to, co narzędzie przetłumaczyło.

Te narzędzia bardzo źle pracowały z czytnikami ekranu i właściwie to poprawianie zajmowało mi więcej czasu, niż gdybym tłumaczył to tak z ręki od zera. Ale zleceniodawca wymagał, żeby te narzędzia były używane. Uzasadniano to koniecznością zachowania spójności terminologicznej, ale chodziło również o pieniądze. Tłumacz widzący za pomocą takiego narzędzia tłumaczył dużo szybciej, więc biuro tłumaczeń po prostu płaciło mniej.

Po paru miesiącach od skończenia studiów dostałem ofertę pracy na Uniwersytecie Gdańskim. Miałem prowadzić pracownię komputerową dla studentów z niepełnosprawnościami. Zdecydowałem się właśnie na tę pracę, porzucając karierę tłumacza.

A w tej chwili zajmuję się głównie dostępnością. Robiłem w życiu różne rzeczy, więc na uniwersytecie prowadziłem tą pracownię i szkoliłem studentów niewidomych z posługiwania się z screenreaderem i innymi technologiami. Dawało mi ogromną satysfakcję to, że widać było, że ktoś robi postępy.

Szkoliłem też dzieci. I to też było fajne. Widzisz, jak ludzie zaczynają korzystać z tego, czego ich uczysz, a potem idą na studia, kończą studia.

Pracowałem w IVONA Software czyli firmie, która robiła text to speech. Znany w środowisku osób niewidomych głos Ivona. Dziś to część Amazona. Tam z kolei byli świetni ludzie; fajna była praca z klientem: pomaganie w rozwiązywaniu trudności oraz możliwość rozbudowywania całej tej technologii.

Pracowałem jeszcze w firmie, która w ramach społecznego zaangażowania biznesu, robiła i ciągle robi aplikacje wspomagające niewidomych w nawigacji i życiu codziennym SeeingAssistant – to taka grupa aplikacji działających na urządzeniach mobilnych. Firma z branży IT robi tę aplikację w ramach społecznego zaangażowania biznesu i tam z kolei trzeba było dużo chodzić i testować te aplikacje. To też było fajne.

Od wielu lat pracuję dla firmy w Australii, która się zajmuje testami dostępności. W tej pracy fajne jest to, że są bardzo różne projekty, czasami bardzo wkurzające i bardzo męczące, ale robi się dużo różnych rzeczy. Dzięki temu człowiek na bieżąco wie, co się dzieje na rynku, tzn., jakie błędy się pojawiają w różnych interfejsach. Plus wielokulturowość takiej międzykontynentalnej pracy – też bardzo to lubię.

Z kolei moja aktualna „główna” praca to praca dla jednego z banków między innymi nad aplikacją bankową. Zawsze myślałem, że praca w banku to musi być straszliwie nudna. Okazało się, że absolutnie nie. Rozwijam serwis; pilnuję, żeby był dostępny, plus praca z ludźmi. To jest bardzo fajne.

Trudno mi odpowiedzieć w jednym punkcie, co jest najciekawsze w mojej pracy. Chyba właśnie to, że jest różnorodna i że człowiek widzi rezultaty.

„Kabaret Syntetyczny”…

To, że praca jest fajna, nie znaczy, że człowiek czasem nie jest nią znużony czy zmęczony. Wtedy szukam odskoczni – przestrzeni, w której mogę robić coś zupełnie innego. Na przykład „Kabaret Syntetyczny”. Założyłem go 4 miesiące temu, pod koniec października 2025 roku. Są to króciutkie scenki, zupełnie niezależna rzecz, taka czysto literacka. To jest tak naprawdę kabaret literacki z tej, powiedzmy, absurdalnej odmiany. Ludzie mówią mi, że im trochę przypomina Teatrzyk Zielona Gęś Gałczyńskiego. To była jedna z inspiracji. Inspiruje mnie niezmiennie również twórczość Marii Czubaszek, ale też, choć w Kabarecie nie widać tego bezpośrednio, mój ulubiony dadaizm. Wszystkich inspiracji nie będę zdradzał.

Skorzystałem z technologii tekst to speech. A że jestem w tym dobry, jak wspominałem, pracowałem kiedyś w firmie, która się tym zajmowała, połączyłem moje umiejętności pracy z tekst to speech z umiejętnością pisania bardzo krótkich absurdalnych tekstów. No i tak właśnie powstał kabaret syntetyczny.

Pomysły na scenki? Biorą się z obserwacji życia. Najczęściej to jest po prostu błysk! I mam całą scenkę. Czasem przychodzi do głowy pomysł, zapisuję go i obrabiam jakiś czas w głowie. Scenki są bardzo krótkie, ale bywają czasochłonne. Stworzenie 20-sekundowej scenki z różnych powodów może zająć parę godzin.

…i inne literackie odskocznie

Nie jestem typem, który pisze do szuflady. Nie tworzę dla siebie. Uważam, że tworzy się dla kogoś. Po to, żeby się z kimś podzielić czymś, co ma się w sobie. Samemu sobie to ja mogę sobie to coś wyobrazić. Mam bogatą wyobraźnię, wyobrażam sobie coś, to jest super i w ogóle nie ma potrzeby tego w żaden sposób zapisywać. Jak wiesz, że ktoś będzie cię czytał, no to wtedy tworzysz. Natomiast jeśli odbiorcy nie ma, no to przestaję pisać. Odbiorca to jest moim zdaniem taka podstawowa sprawa. Tekst, który nie ma odbiorcy, tak jakby nie istniał. Ludzie w jakiś sposób komentują, odnoszą się do tego, co powstało, a ta informacja zwrotna też twórcy jest po prostu potrzebna.

Moja druga działalność www.trochetekstow.pl to taki magazyn tekstów, które pisałem do różnych magazynów oraz na konkursy. Sporo tekstów ukazało się w „Szortalu”, który później przestał istnieć. Szkoda mi było tego wszystkiego, więc stopniowo wrzucam do sieci. To głównie bizarro z elementami grozy oraz trochę fantastyki. Polecam tekst o demonicznej zmywarce „Niezmywalna wina” lub „Łóżko”, które trafiło też do Kabaretu Syntetycznego.

Te moje działalności artystyczne – wydaje mi się, że to jest kwestia wrażliwości, kwestia poczucia absurdu i też takiego pewnego dystansu. Są ludzie, do których na przykład absurd czy pure nonsens w ogóle nie trafia. Nie mówię, że oni mają mniejszą wrażliwość. Absolutnie nie. Po prostu: jedni widzą w tym wartość, a dla innych jest to bez sensu. Moim zdaniem sama możliwość stworzenia absurdalnego tekstu pokazuje, że świat nie jest tak poukładany, jak byśmy tego oczekiwali.

Oprócz tego lubię chyba to, co każdy: książki, YouTube, muzyka, tego typu rzeczy. Nic specjalnie powalającego.

Przyjemne z pożytecznym

Często też razem z Żoną łączymy podróże z pracą. Na przykład, jak jeździmy na te targi SightCity we Frankfurcie, no to wyruszamy kilka dni wcześniej albo zostajemy dłużej i poznajemy okolicę: zwiedzamy, degustujemy, uczestniczymy.

Często sprawdzamy, co się dzieje w danej okolicy muzycznie, jakie koncerty odbywają się. Czasem coś ciekawego można wyłapać. Lubimy muzykę dawną, ale też i najnowszą – takie sprawy awangardowe, tzw. muzyka nowa, elektronika, jazz. Zawsze trochę się przygotowujemy do podróży, ale też uważnie patrzymy, co jest na miejscu. A też często coś ciekawego samo z siebie się przydarzy.

Interesuje nas też karnawał. To jest ciekawy temat, bo karnawał w Polsce jest nieznany. Wiedza o karnawale jest szczątkowa. Uczymy się o karnawale na historii – że coś takiego było, a w Polsce właściwie karnawału nie ma. I dopiero moja Żona, która przez wiele lat mieszkała w Kolonii i robiła tam doktorat, opowiedziała mi o tym. A ja tylko kiwałem głową i właściwie tak do mnie to nie docierało, aż w końcu raz pojechaliśmy i zobaczyłem, jak wygląda karnawał. Okazało się, że to bardzo poważna sprawa. Gdy całe miasto jest poprzebierane, a ktoś jedzie tramwajem nie w karnawałowym stroju, to starsza pani potrafi mu zwrócić uwagę. Dla nas to po prostu nie do wyobrażenia, że tak to może funkcjonować. Dwa lata temu jechałem do Zurychu zobaczyć robota przewodnika, jeden z prototypów. I zrobiliśmy sobie taki wyjazd włączony, bo to akurat był czas karnawału i pojechaliśmy do Fryburga Bryzgowijskiego w południowo-zachodniej części Niemiec, już niedaleko od Szwajcarii, zobaczyć sobie karnawał alemański. Karnawał w tej części Niemiec różni się od tego karnawału, który jest na przykład w Kolonii. Ludzie zakładają maski, które są od ponad 100 lat w rodzinie. Nie ma dowolności, nie ma tak, że każdy się przebiera za kogo chce, tylko po prostu mają te kilka wzorów masek.

Wieczorem, ok. 22:00 w ostatki, we wtorek chodziliśmy sobie po mieście, no i nic się nie działo. Nagle zaczęła się zbierać jakaś grupa ludzi w maskach klaunów i w płaszczach. Okazało się, że rusza orszak, który niesie kukłę karnawału, która ma być spalona. Wszyscy wznoszą posępną pieśń. Karnawał, o którym się czyta w książkach, tam jest ciągle żywy.

No a potem pojechaliśmy do Zurychu, już po ostatkach, a tam już na dworcu zapowiedzi karnawału. Przez trzy dni orkiestry grają w różnych rejonach miasta i fałszują. I na tym to polega, że grają niby na melodię, ale jednocześnie fałszując. Brzmi to dość niesamowicie. No i to jest z kolei karnawał protestancki, który się odbywa już po naszych ostatkach. Oni się trzymają tego starego kalendarza, według którego Wielki Post jest liczony 40 dni przed Wielkanocą z niedzielami, więc zaczyna się później i trwa w stosunku do naszego krócej.

Plany

Najbliższe plany? No, na trochetekstów zamierzam wrzucić kolejne teksty, które jeszcze czekają. Każdy tekst, który tam wrzucam, najpierw poprawiam, zmieniam, dopracowuję. Finalnie to nie są te same wersje tekstów, które gdzieś tam się ukazywały, na przykład w Szortalu.

Chcę dalej rozwijać Kabaret Syntetyczny tak długo, jak będzie cieszył się zainteresowaniem. Nie wykluczam, że zacznę robić takie kompilacje na przykład kilkuminutowe tych scenek i na Spotify będę je wrzucał. Bo w tej chwili tak się robi, że się tworzy na obie platformy. I to są takie moje najbliższe plany, zobaczymy co z nich wyjdzie.

Teraz problemem są algorytmy YouTube’a. Jakoś nigdy nie prosiłem o lajki czy o subskrypcje. Uważam, że każdy jest dorosły i jak chce mieć powiadomienia, to sobie po prostu włączy tą subskrypcję. Ale odkąd tworzę Kabaret, bardziej rozumiem ludzi, którzy to robią i sam teraz częściej polubiam czy komentuję filmy innych, bo po prostu wiem, wiem jak to działa i jak te algorytmy są ograniczające.

Tak to działa, że jak się po prostu trafi w złą godzinę i treść się wystarczająco szybko nie spotka z zainteresowaniem, no to też bardzo szybko znika, bo po prostu YouTube przestaje pokazywać to nowym ludziom.

Jak coś się zaczyna robić, to zmienia to perspektywę. Więcej się widzi, więcej rozumie i też zwiększa wrażliwość na pracę innych po prostu.

Galeria zdjęć

Rozmawiała: Anna Bieganowska-Skóra
Zdjęcia z archiwum prywatnego Rafała Charłampowicza

Materiał powstał w ramach projektu „Wzmacniamy aktywność” 
realizowanego w okresie 01.01.2025 r. – 29.02.2028 r.
przez Lubelskie Forum Organizacji Osób Niepełnosprawnych – Sejmik Wojewódzki

Zadanie publiczne jest dofinansowane ze środków PFRON 

UWAGA: Pobieranie, kopiowanie i jakiekolwiek inne wykorzystanie treści dostępnych w powyższym materiale wymaga pisemnej zgody LFOON – SW będącego właścicielem serwisu www.niepelnosprawnilublin.pl.

Facebook