BIULETYN INFORMACYJNY OSÓB NIEPEŁNOSPRAWNYCH
Zgrupowanie Kadry Narodowej Osób Niepełnosprawnych w łucznictwie, Zakopane 2020. Piotr Jacniacki siedzi na wózku. Ma na sobie biało-czerwoną koszulkę sportową z godłem Polski na piersi. W tle widoczna jest sztanga oraz jasna ściana z logotypem „Centralny Ośrodek Sportu Zakopane” i hasłem „#TuRodząSięZwycięzcy”

Piotr Jacniacki: „Najważniejsze jest, żeby pożegnać się z tym, co było, zrozumieć, że pewnych rzeczy już nie zrobię i potraktować to jako otwarcie nowego rozdziału.”

O chorobie, płynącej z trudności sile i sensie odnalezionym w odkrytej pasji z Piotrem Jacniackim, prezesem Integracyjnego Centrum Sportu i Rehabilitacji "Start" w Lublinie, członkiem kadry narodowej w łucznictwie i wielokrotnym medalistą w tej dyscyplinie – rozmawia Ewelina Orzechowska.

E. O.: Kim Pan jest i czym Pan się zajmuje?

P. J.: Jestem osobą niepełnosprawną. Od 22 lat choruję na stwardnienie rozsiane, w postaci pierwotnie postępującej a od ponad 15 lat poruszam się na wózku.

Od 2022 roku pełnię funkcję prezesa Integracyjnego Centrum Sportu i Rehabilitacji „Start” w Lublinie. Wspieranie osób z niepełnosprawnościami oraz rozwijanie sportu integracyjnego to dla mnie bardzo ważna część działalności.

E. O.: Jak zaczęła się Pańska przygoda ze sportem.

P. J.: W 2017 roku trafiłem do Integracyjnego Centrum Sportu i Rehabilitacji „Start”. Postanowiłem spróbować swoich sił w sekcji łuczniczej. Od sierpnia do listopada trenowałem już bardzo intensywnie. Trzy lata później, w 2020 roku, zostałem powołany do kadry narodowej Polski osób niepełnosprawnych w łucznictwie. Od tego czasu startuję w różnego rodzaju zawodach na szczeblu lokalnym, krajowym oraz międzynarodowym.

E. O.: Dlaczego właściwie łucznictwo?

P. J.: Ta droga była dość długa i kręta. Przez wiele lat pracowałem jako przedstawiciel handlowy w różnych firmach, także w dużej korporacji. Wtedy zaczęły się pierwsze problemy z poruszaniem się – najpierw na jedną nogę. Reumatolog podejrzewał reumatyzm, ortopeda problemy ze stawami, rehabilitant próbował coś poprawić… i tak krążyłem od specjalisty do specjalisty.

W 2003 roku trafiłem do neurologa, który jako pierwszy zauważył nieprawidłowe odruchy rdzeniowe. Skierował mnie na rezonans magnetyczny. Wyszła demielinizacja nieznanego pochodzenia. Dopiero po dwóch latach, kiedy wykluczono inne choroby, postawiono diagnozę – stwardnienie rozsiane. Mimo to pracowałem jeszcze do 2010 roku, czyli siedem lat od pierwszych objawów.

E. O.: Choroba postępowała szybko?

P. J.: Bardzo. Od 2003 do 2010 roku było coraz gorzej. Praca była wymagająca, a organizm coraz słabszy. Przez rok czekałem na decyzję o rencie, na którą przeszedłem w roku 2010. To był trudny czas, bo już nie pracowałem, a renty jeszcze nie miałem. Zawieszenie, niepewność.

Z miesiąca na miesiąc traciłem sprawność. W 2006 roku miałem chemioterapię lekiem stosowanym przy białaczce – mitoksantronem. To terapia, którą można zastosować tylko raz w życiu, bo jest kardiotoksyczna, uszkadza serce. Lek ten miał zatrzymać chorobę i mam wrażenie, że rzeczywiście ją spowolnił.

E. O.: Jak wyglądało Pana życie po przejściu na rentę?

P. J.: Nie chciałem leżeć i patrzeć w sufit. Dużo zawdzięczam żonie – to ona mnie zmotywowała. Pojechaliśmy na wakacje, choć ja nie chciałem, bo nie chodziłem. Powiedziała: „Kupimy ci wózek, będziemy cię wozić”. No i kupiliśmy. Tylko, że ja nie chciałem, żeby ktoś mnie woził. Uparłem się i zacząłem sam jeździć na wózku aktywnym.

Kupiłem rower z napędem ręcznym tzw. „handbike” i przez cztery, pięć lat jeździłem regularnie. Miałem rok, w którym zrobiłem ponad 3000 kilometrów. Chciałem być aktywny dla zdrowia fizycznego i psychicznego. Po chemioterapii chciałem też odbudować serce, bo lek je uszkodził. Dlatego tak dużo jeździłem – to był wysiłek aerobowy, który miał mi pomóc.

Choroba jednak ciągle postępowała i w pewnym momencie wydolność mojego organizmu zaczęła spadać. Wyniki były coraz gorsze.

Na handbike’u jest się w pozycji półleżącej i napędza się go rękami. W pewnym momencie nie wystarczało mi już na to sił. Teraz całą energię wkładam w łucznictwo.

E. O.: A jak trafił Pan do łucznictwa?

P. J.: Zupełnie przypadkiem. Byłem u fryzjera, a kolega Przemek Kucharczyk, który był łucznikiem – zapytał, czy ten wózek przed salonem jest mój. To on powiedział mi, że jest fajna sekcja łucznicza, żebym spróbował. Poszedłem w sierpniu 2017 roku. Trenowaliśmy wtedy jeszcze przy szkole na Wojciechowskiej. I tak zaczęła się moja przygoda z łucznictwem.

Niedługo odkryłem w tej dyscyplinie sportu swoją pasję. To był świadomy wybór. Stwardnienie rozsiane zabiera sprawność fizyczną, ale też wpływa na funkcje poznawcze – koncentrację, pamięć, uwagę. Łucznictwo wymaga jednego i drugiego: skupienia, precyzji, kontroli ciała. To sport, który rozwija mnie wszechstronnie. Daje mi wysiłek fizyczny, ale też ćwiczy umysł.

E. O.: Jak wyglądały Pana początki w łucznictwie?

P. J.: Przyszedłem wtedy do klubu i zacząłem strzelać z łuku, choć początki były naprawdę trudne. Choroba zaburza koordynację ruchową, więc każde napięcie mięśni, każdy ruch wymagał ode mnie ogromnego wysiłku. Łucznictwo właściwie zmusiło mnie do tego, żeby tę koordynację odbudowywać i stale nad nią pracować.

E. O.: Jak stwardnienie rozsiane wpływa dziś na Pana codzienne funkcjonowanie?

P. J.: Choroba cały czas postępuje, choć już nie tak gwałtownie jak kiedyś. Mimo to z roku na rok jest trudniej. Jeszcze dwa lata temu potrafiłem wejść po schodach na pierwsze piętro, podciągając się na poręczy. Dziś nie jestem już w stanie tego zrobić. Korzystam wyłącznie z wózka. Musiałem nawet zmienić mieszkanie, bo poprzednie było niedostosowane – bez windy. Choroba wymusza wiele zmian, czasem takich, o których wcześniej nawet bym nie pomyślał.

E. O.: Mimo to cały czas jest Pan aktywny – sportowo i zawodowo.

P. J.: Tak, i to jest właśnie sedno. Łucznictwo i praca w klubie, która wymaga ode mnie wysiłku intelektualnego, to dla mnie nieustanna walka o odzyskanie kontroli – z jednej strony nad własnym ciałem a z drugiej – nad własnym życiem. Choroba zabiera niezależność, sprawczość, możliwości. A ja próbuję je odzyskać.

Sport daje poczucie sprawczości. W łucznictwie cele są bardzo konkretne – strzelasz do tarczy i od razu widzisz efekt. To krótkie cykle, które pobudzają ośrodek nagrody w mózgu, dając endorfiny i satysfakcję. To naprawdę działa. A do tego dochodzi wysiłek fizyczny, który jest dla mnie kluczowy.

Osoba siedząca na wózku ma wiele problemów, o których zdrowi ludzie nawet nie myślą. Choćby z układem pokarmowym. Człowiek jest stworzony do chodzenia – każdy krok to mikrowstrząsy, które wspomagają pracę jelit. Na wózku tego nie ma. To powoduje różne komplikacje. Łucznictwo, choć nie jest sportem dynamicznym, angażuje mięśnie, daje napięcie, ruch, który wspiera funkcjonowanie całego organizmu. Kiedy trenuję regularnie, czuję się zdecydowanie lepiej. Po dłuższej przerwie, spowodowanej np. wyjazdem lub infekcją, organizm po prostu siada. Skutki braku ruchu odczuwam niemal natychmiast. Szczerze mówiąc, nie wiem, jak bym funkcjonował, gdybym nie miał ani tej aktywności fizycznej, ani wyzwań intelektualnych w pracy. Jestem przekonany, że zarówno fizycznie, jak i psychicznie byłbym dziś w dużo gorszym stanie.

E. O.: Wspominał Pan wcześniej o nieprzewidywalności stwardnienia rozsianego. Jak to wygląda z Pana perspektywy na co dzień?

P. J.: Przy chorobach neurologicznych, takich jak stwardnienie rozsiane, nigdy nie wiadomo, gdzie pojawi się kolejny stan zapalny i jaką sprawność odbierze. Wszystko zależy od tego, w którym miejscu w mózgu powstanie nowe ognisko demielinizacji. Objawy są różne, bo każde uszkodzenie daje inne zaburzenia neurologiczne.

W pewnym sensie to tak, jak gdyby żyć na tykającej bombie. Choroba jest cały czas aktywna, a w moim przypadku postępuje z roku na rok. Nigdy nie wiadomo, czy osłabnie bardziej ręka, noga, czy może pojawią się zaburzenia poznawcze. To może uderzyć w układ ruchowy, nerwowy, a nawet w układ trawienny. To nieprzewidywalne. I dlatego to jest ciągła walka – o to, żeby utrzymać się na powierzchni, odzyskać choć trochę kontroli nad ciałem i nad własnym życiem.

E. O.: Czy miał Pan moment buntu? Sprzeciwu wobec choroby, wobec tej sytuacji?

P. J.: Oczywiście. Najmocniej uderzyło to we mnie, kiedy przeszedłem na rentę. Nagle okazało się, że dostaję jedną trzecią, a może nawet jedną czwartą tego, co wcześniej zarabiałem. Z człowieka dobrze prosperującego stałem się kimś, kto musi liczyć każdą złotówkę. To był ogromny cios. Pojawiały się myśli, załamania… to naturalne.

Mimo wsparcia moich bliskich to był trudny czas. Zajęło mi rok, zanim poukładałem to sobie w głowie. Patrzę na ten okres jak na żałobę. Bo trzeba było się pożegnać z tym życiem, które się miało oraz z tą osobą, którą się było – sprawną, zaradną, robiącą trzy rzeczy naraz i myślącą o czwartej. Teraz choroba wymusza na mnie koncentrację na jednej czynności. Jeśli się rozproszę, popełniam błędy. Muszę cały czas pilnować uważności, żeby w ogóle funkcjonować.

E. O.: Takie symboliczne pożegnanie z dawnym sobą musiało być dla Pana trudne.

P. J.: Bardzo. Ale to jest konieczne. Kiedy przychodzi choroba, renta, brak perspektyw, najważniejsze jest, żeby pożegnać się z tym, co było, zrozumieć, że pewnych rzeczy już nie zrobię i potraktować to jako otwarcie nowego rozdziału. Trzeba zadać sobie pytanie: co ja jeszcze mogę z tego życia wyciągnąć? Takiego, jakie mam – bo innego już nie będzie. Pożegnałem się ze swoją dawną sprawnością, częściowo też z możliwościami intelektualnymi, bo choroba zabiera i to. I teraz szukam tego, co jeszcze mogę zrobić, co mogę zbudować, co mogę przeżyć.

E. O.: Czy korzystał Pan z pomocy psychologicznej?

P. J.: W dużej mierze sam się z tym wszystkim pogodziłem. Jeśli chodzi o wsparcie psychologiczne, to pojawiło się ono dopiero wtedy, gdy trafiłem do kadry narodowej. Tam mieliśmy grupowe zajęcia z psychologiem sportu – dla wszystkich zawodników. To pomagało lepiej zrozumieć siebie i odnaleźć się w rzeczywistości sportowej, szczególnie w kontekście startów i presji zawodów.

E. O.: Wspominał Pan o żonie. A dzieci? Jak one odnalazły się w tej sytuacji?

P. J.: Myślę, że dobrze. Kiedy zachorowałem, jedno dziecko miało trzy lata, drugie dopiero się rodziło. One od zawsze wiedziały, że nie jestem w pełni zdrowy. Nie znały mnie w wersji „zupełnie sprawnej”, więc nie miały porównania. Gdy przechodziłem na rentę, córka miała 10 lat, syn 7 – to już wiek, w którym dzieci mają swoje wyzwania, szkołę, obowiązki.

Otwarta rozmowa na różne tematy, także te dotyczące mojej niepełnosprawności, była w naszym domu kluczowa. Chciałem im pokazać, że mimo choroby trzeba walczyć. Uważam, że przykład jest ważniejszy niż słowa, ponieważ dzieci uczą się przede wszystkim przez naśladownictwo. Nie mogłem im mówić: „starajcie się, walczcie”, a sam leżeć i patrzeć w sufit. Dlatego ta aktywność fizyczna była też dla nich – żeby widziały, że mimo przeciwności można działać, szukać rozwiązań, nie poddawać się.

Myślę, że bardziej widziały moją walkę niż ograniczenia. Chciałem im przekazać pozytywne przesłanie, że w życiu trzeba się starać, bo nic samo nie przyjdzie. Wierzę, że to było dla nich budujące.

E. O.: A co z działalnością społeczną? Skąd decyzja, żeby zaangażować się w struktury klubu?

P. J.: To wyszło naturalnie. Już rok po dołączeniu do klubu, w 2018 roku, wszedłem do zarządu jako członek. W 2020 roku zacząłem pracować w klubie – zwolniło się miejsce po jednej z pracownic i zostałem zatrudniony jako inspektor do spraw organizacyjnych. Zajmowałem się ewidencją, projektami PFRON, zgłaszaniem zawodników na zawody, organizacją wyjazdów. Czułem się w tym dobrze, ta praca dawała mi poczucie sensu i aktywności.

E. O.: I tak został Pan prezesem?

P. J.: Tak. Poprzedni zarząd zrezygnował i ktoś musiał wziąć odpowiedzialność za klub. Uważam, że działalność Integracyjnego Centrum Sportu i Rehabilitacji jest niezwykle ważna. Dla wielu osób – tak jak kiedyś dla mnie – to jedyna szansa na aktywność, wyjazdy, kontakt ze światem. Dla niektórych sport jest całym życiem, przepustką do ludzi, do relacji. Spotykamy się dwa, trzy razy w tygodniu, po kilka godzin. W łucznictwie mamy trzy treningi tygodniowo, każdy po dwie godziny. Do tego zawody, wyjazdy. Spędzamy ze sobą mnóstwo czasu, więc naturalnie tworzą się więzi, przyjaźnie. To taka mała społeczność.

E. O.: A jak choroba wpłynęła na Pana wcześniejsze relacje?

P. J.: Część z nich się rozluźniła. Nie pojadę już w góry, nie pojadę na narty. Pewne aktywności znikają, więc i część znajomości naturalnie się kończy. Zmienia się krąg ludzi, z którymi się przebywa.

E. O.: Jakie osiągnięcia sportowe, ale także te na polu działalności społecznej są dla Pana najważniejsze?

P. J.: Sportowo naprawdę się realizuję. W 2022 r. na mistrzostwach Europy w Rzymie zająłem dziewiąte miejsce w kategorii W1.

W 2021 roku zdobyłem srebrny medal na halowych zawodach Berlin Open. Jestem też wielokrotnym mistrzem Polski. W łucznictwie uzbierałem już ponad dwadzieścia medali, zarówno indywidualnie, jak i drużynowo.

Z racji działalności społecznej w 2023 roku otrzymałem medal Prezydenta Miasta Lublin podczas gali „Aktywni z Lublina”. W roku 2025, uhonorowano mnie medalem „Zasłużony dla Miasta Lublin”. Gala była wyjątkowa – obchodziliśmy 60‑lecie klubu, a pan prezydent wręczył wyróżnienia wielu naszym członkom, w tym również mnie.

Otrzymałem także dyplom uznania z okazji 60‑lecia klubu – jako zawodnik i działacz na rzecz osób niepełnosprawnych. Dyplom wręczył marszałek Jarosław Stawiarski.

E. O.: A czym właściwie zajmujecie się jako klub?

P. J.: Głównym naszym celem jest rehabilitacja przez sport i integracja w środowisku.

Prowadzimy sekcje sportowe przygotowujące osoby z niepełnosprawnościami do rywalizacji w sportach paraolimpijskich. Mamy pływanie, tenis stołowy, łucznictwo, boccię, nordic walking, szachy i lekkoatletykę. W tym roku planujemy jeszcze rozszerzenie naszej oferty o piłkę siatkową na siedząco.

W klubie mamy około 80 osób trenujących. Z tego około 50 jest na poziomie umożliwiającym starty w zawodach. Organizujemy treningi, a dla zawodników rywalizujących w sportach paraolimpijskich – wyjazdy na zawody. W zeszłym roku ponad 50 osób z klubu wzięło udział w 36 imprezach: lokalnych, ogólnopolskich, wojewódzkich i międzynarodowych.

Nasi członkowie to osoby o zróżnicowanym zakresie niepełnosprawności. Każdy zawodnik jest klasyfikowany tak, aby rywalizacja była jak najbardziej sprawiedliwa.

E. O.: Czy oprócz wyjazdów sportowych oferujecie też inne formy aktywności?

P. J.: Staramy się, żeby oferta klubu nie ograniczała się tylko do sportu. Organizujemy różnego rodzaju spotkania integracyjne i towarzyskie. Kilka dni temu mieliśmy na przykład kolędowanie z udziałem naszej lokalnej kapeli Drewutnia.

Poza tym wyjeżdżamy na różne wycieczki krajoznawcze. Byliśmy m. in. w Malborku, w Białymstoku, na Pojezierzu Łęczyńsko‑Włodawskim. W zeszłym roku zwiedzaliśmy parki krajobrazowe, byliśmy na Roztoczu, w Kozłówce. Jeździliśmy też drezynami w okolicach Pól Lubelskich, odwiedziliśmy Pustelnię w Karczmiskach.

Staramy się, żeby te wyjazdy były różnorodne. Na przykład na kolejce wąskotorowej mieliśmy „święto pieczonego ziemniaka”, połączone z jazdą drezynami i pociągiem. Na Roztoczu, oprócz zwiedzania rezerwatu konika polskiego, zorganizowaliśmy przejażdżki bryczkami konnymi.

E. O.: Skąd czerpie Pan siłę i motywację, żeby mimo tylu trudności wstawać każdego dnia i działać?

P. J.: Dużo daje mi odbiór społeczny. Często mam wrażenie, że ludzie wierzą we mnie bardziej niż ja sam. I to jest ogromne zobowiązanie – nie chcę ich zawieść. Z drugiej strony mam w sobie potrzebę, żeby jeszcze coś w życiu osiągnąć, żeby czuć spełnienie. Choroba nie oznacza, że po pięćdziesiątce nic już nie można zrobić. Owszem, nie zrobię rzeczy, o których myślałem dwadzieścia lat temu, ale to nie znaczy, że nie mogę zrobić innych. Priorytety się zmieniają, cele też, ale wciąż jest wiele do zrobienia. Mam w sobie silną potrzebę, żeby nadać sens i cel swojemu istnieniu. To mnie popycha.

Ogromną wartością jest też możliwość pomagania innym. Kiedy widzę, że dzięki naszym działaniom ktoś po raz pierwszy jedzie na wycieczkę, idzie do teatru albo odkrywa pasję, której wcześniej nie miał szansy spróbować – to daje niesamowitą satysfakcję. Ta wdzięczność, te emocje… to naprawdę dodaje sił.

E. O.: A kiedy przychodzą trudniejsze momenty?

P. J.: Wtedy przypominam sobie, że gdzieś jest osoba, dla której organizujemy wyjazd, załatwiamy jakąś sprawę, otwieramy drzwi do czegoś nowego. I to będzie dla niej ogromna wartość. Ta myśl pomaga przetrwać gorsze dni.

E. O.: A jakieś pasje, zainteresowania poza sportem?

P. J.: Kiedyś grałem na gitarze, ale choroba uniemożliwiła mi utrzymanie chwytów lewą ręką. Łucznictwo stało się moją pasją – jedną z najważniejszych. Lubię też podróżować, choć choroba wprowadza sporo ograniczeń. Uwielbiam jednak ten moment, kiedy jestem już spakowany, siedzę w samochodzie i wiem, że przede mną jakaś przygoda. Dzięki łucznictwu mam tych wyjazdów sporo – zawody, zgrupowania.

E. O.: A coś dla relaksu?

P. J.: Dobry film, dobra muzyka. To taki mój sposób na odcięcie się od codzienności. Włączam sobie spokojną muzykę, fale mózgowe się do niej dostrajają i jest taki prawdziwy chillout.

E. O.: Czy chciałby Pan przekazać jakąś myśl Czytelnikom naszego Biuletynu? Jakąś myśl, przesłanie?

P. J.: Z pewnością chciałbym powiedzieć jedno: niezależnie od sytuacji, w jakiej się znajdujemy, warto podejmować nowe wyzwania. Robić rzeczy, których wcześniej nie robiliśmy. Może się okazać, że odkryjemy coś, co daje nam ogromną przyjemność, a o czym nie mieliśmy pojęcia. Człowiek bez pobudzania ośrodka nagrody w mózgu, bez dawania sobie radości – gnuśnieje. To prosta droga do depresji. Dlatego trzeba szukać małych i dużych rzeczy, które dają radość, przyjemność i sens. To naprawdę zmienia życie.

Galeria zdjęć

Rozmawiała: Ewelina Orzechowska
Zdjęcia z archiwum prywatnego Piotra Jacniackiego

Materiał powstał w ramach projektu „Wzmacniamy aktywność” 
realizowanego w okresie 01.01.2025 r. – 29.02.2028 r.
przez Lubelskie Forum Organizacji Osób Niepełnosprawnych – Sejmik Wojewódzki

Zadanie publiczne jest dofinansowane ze środków PFRON 

UWAGA: Pobieranie, kopiowanie i jakiekolwiek inne wykorzystanie treści dostępnych w powyższym materiale wymaga pisemnej zgody LFOON – SW będącego właścicielem serwisu www.niepelnosprawnilublin.pl.

Facebook