O dostępności, pokonywaniu codziennych ograniczeń i sile ludzkiej solidarności z Pawłem Grzegorzem Iwaniukiem, koordynatorem dostępności Urzędu Miasta Biała Podlaska, specjalistą ds. obsługi osób z niepełnosprawnościami, działaczem na rzecz środowiska osób z niepełnosprawnościami - rozmawia Ewelina Orzechowska.
E. O.: Kim jesteś? Opowiedz, proszę kilka słów o sobie.
P. G. I.: Już od blisko czterdziestu lat mieszkam na wschodzie Polski. Obecnie pracuję w Urzędzie Miasta Biała Podlaska jako koordynator do spraw dostępności oraz spraw osób z niepełnosprawnościami.
E. O.: Brzmi jak odpowiedzialne stanowisko. Opowiedz, czym zajmujesz się na co dzień.
P. G. I.: To rzeczywiście dość szeroka funkcja. Łączy w sobie zarówno obowiązek realizacji ustawy o zapewnieniu dostępności osobom ze szczególnymi potrzebami z 2019 roku, jak i działania związane z koordynacją oraz poradnictwem na rzecz środowiska osób z niepełnosprawnościami.
Poza formalnym zakresem obowiązków myślę, że po prostu identyfikuję się jako działacz tego środowiska.
E. O.: Jak to się stało, że trafiłeś do urzędu i zostałeś koordynatorem? Co robiłeś wcześniej?
P. G. I.: Zanim rozpocząłem pracę w urzędzie, przez 13 lat pracowałem w mediach – zarówno lokalnych, jak i ogólnopolskich. W ostatnich latach zajmowałem się głównie tematyką lokalną: informacjami oraz relacjami z wydarzeń.
Wcześniej przez wiele lat pisałem o technologii. Byłem blogerem technologicznym, publikowałem m.in. w Antywebie, przez chwilę współpracowałem z „Chipem”, prowadziłem też własnego bloga.
Technologia to zresztą moja pasja do dziś – tylko teraz bardziej w prywatnym wymiarze. Jestem jej miłośnikiem, a jednocześnie uważam, że to doskonałe narzędzie, które nam, osobom z niepełnosprawnościami, pozwala pokonywać wiele ograniczeń.
E. O.: A jednak ostatecznie trafiłeś do samorządu. Co było impulsem?
P. G. I.: Myślę, że duże znaczenie miał rok 2018 i protest osób z niepełnosprawnościami w Sejmie – ten słynny, 40‑dniowy. Byłem jedną z aktywnych osób wokół tego protestu. To był też rok wyborów samorządowych, więc siłą rzeczy moja aktywność była bardziej widoczna.
W 2019 roku prezydent miasta Biała Podlaska powołał zespół, którego zadaniem było przygotowanie miejskiego programu działań na rzecz osób z niepełnosprawnościami. Zostałem zaproszony do tego zespołu – pewnie również dlatego, że jestem pedagogiem, więc moje wykształcenie mogło być tu przydatne. W zespole wybrano mnie na przewodniczącego, a na początku 2020 roku rozpocząłem pracę w urzędzie.
E. O.: Na czym dokładnie polega Twoja praca jako koordynatora dostępności?
P. G. I.: Koordynacja dostępności wynika bezpośrednio z ustawy z 2019 roku. Instytucje publiczne musiały przeprowadzić monitoring swojej dostępności i wprowadzić rozwiązania, które poprawią jakość obsługi osób ze szczególnymi potrzebami.
W pierwszych latach mojej pracy napisałem projekt do PFRON-u, którego celem było zwiększenie dostępności naszego urzędu. Dzięki temu wprowadziliśmy m.in pętle indukcyjne, tabliczki brajlowskie, plany tyflograficzne i różnego rodzaju oznaczenia. To realnie podniosło poziom dostępności.
Drugi obszar to bezpośrednia obsługa mieszkańców. Prowadzę biuro, w którym dyżuruję fizycznie raz w tygodniu, a w pozostałe dni jestem dostępny pod telefonem od 10:00 do 17:00. Ludzie przychodzą z pytaniami, dzwonią, proszą o pomoc w wypełnianiu wniosków – także tych związanych ze świadczeniem wspierającym.
Kolejnym obszarem jest współpraca z organizacjami pozarządowymi. W ostatnich latach wspólnie udało nam się m.in, wprowadzić bezpłatne przejazdy komunikacją miejską na terenie naszego miasta dla osób ze znacznym i umiarkowanym stopniem niepełnosprawności. Organizowaliśmy też obchody Dnia Osób z Niepełnosprawnościami w Parku Radziwiłłowskim – i planujemy je również w tym roku.
Generalnie staram się być obecny wszędzie tam, gdzie pojawia się temat niepełnosprawności.
E. O.: Oprócz pracy w urzędzie prowadzisz swoją stronę internetową i jesteś bardzo aktywny w mediach społecznościowych. Można powiedzieć, że jesteś aktywistą na rzecz osób z niepełnosprawnościami.
P. G. I.: Myślę, że tak. Staram się. Mój aktywizm wynika przede wszystkim z tego, że sam jestem osobą z niepełnosprawnością. Kiedy byłem dzieckiem, moja mama bardzo angażowała się w działania na rzecz osób niepełnosprawnych. Współpracowała z Towarzystwem Przyjaciół Dzieci z niepełnosprawnościami, które miały wtedy swoje koło w Białej Podlaskiej, w ramach TPD. To właśnie ona zaszczepiła we mnie potrzebę działania dla innych.
Dziesięć lat temu prowadziłem w naszym mieście Stowarzyszenie Miłośników Fantastyki. Choć nie było ono bezpośrednio związane z tematyką niepełnosprawności, starałem się wplatać ten wątek w nasze inicjatywy. Chciałem, aby to, co robimy, było dostępne dla jak najszerszej grupy odbiorców.
Myślę więc, że mogę nazwać się aktywistą. Działanie na rzecz innych mam we krwi od najmłodszych lat. To działalność, która daje mi ogromne korzyści – pozwala pokonywać własne ograniczenia, daje kontakt z ludźmi i poczucie, że mogę komuś realnie pomóc.
E. O.: Wspomniałeś, że wszystko zaczęło się już w dzieciństwie, bo Twoja mama była bardzo zaangażowana społecznie.
P. G. I.: Dobre przykłady są nam wszystkim potrzebne. Dla mnie takim przykładem była oczywiście mama, ale także osoby, które podziwiałem później. Ogromną inspiracją był dla mnie śp. Piotr Pawłowski ze Stowarzyszenia Integracja oraz Stephen Hawking. Obaj pokazali, że mimo ogromnych ograniczeń można działać, tworzyć, wpływać na rzeczywistość. To były dla mnie ważne wzorce i źródło siły.
E. O.: Na czym polega Twoja niepełnosprawność?
P. G. I.: Od urodzenia choruję na rdzeniowy zanik mięśni. To choroba nerwowo‑mięśniowa, która stopniowo ogranicza sprawność fizyczną, w moim przypadku w tej chwili już w dość dużym stopniu. Od 17 lat oddycham z pomocą respiratora, poruszam się na wózku.
To są ograniczenia, które wpływają na moją codzienność, ale – jak wspomniałem – staram się sobie z nimi radzić. Pomagają mi w tym zarówno inni ludzie, jak i różne rozwiązania, które pozwalają mi funkcjonować możliwie samodzielnie.
E. O.: Jakie to rozwiązania? Co pomaga Ci w codziennym życiu?
P. G. I.: Ogromnym szczęściem jest to, że urodziłem się w czasach, kiedy zaczęły popularyzować się komputery, pojawił się Internet i nowe formy komunikacji. To otworzyło przede mną świat, który dla wielu osób z podobną niepełnosprawnością – zwłaszcza starszych ode mnie – był przez lata niedostępny. Znam osoby, które z powodu braku technologii spędziły młodość praktycznie zamknięte w domu.
Dziś technologia daje mi ogromne możliwości. Korzystam z wielu rozwiązań sterowanych głosem. Mogę włączyć lub wyłączyć światło, telewizor, odebrać telefon – wszystko bez użycia rąk. To tylko część tego, co jest dostępne. O takich rozwiązaniach można by spokojnie zrobić osobny materiał.
Co ciekawe, wiele z tych technologii wcale nie jest projektowanych specjalnie dla osób z niepełnosprawnościami. To produkty masowe, ale ich funkcjonalność sprawia, że świetnie sprawdzają się w naszym codziennym życiu.
Technologia zmienia się bardzo dynamicznie, więc jako koordynator dostępności muszę być na bieżąco. Ciągle się uczę, śledzę rynek, testuję nowe rozwiązania.
Nagrywam też od kilku miesięcy podcast o osobach z niepełnosprawnościami – wspólnie z koleżanką Malwiną. To zresztą nie jest mój pierwszy podcast. Kiedyś nagrywanie wymagało mnóstwa sprzętu, rejestratorów, kabli. Dziś, po odpowiedniej konfiguracji, wiele rzeczy dzieje się automatycznie, a ja mogę skupić się po prostu na rozmowie.
E. O.: Czym dla Ciebie jest dostępność?
P. G. I.: To tworzenie takich warunków, które pozwalają jak najszerszej grupie osób uczestniczyć w danej przestrzeni – niezależnie od ich indywidualnych potrzeb. Najważniejsze jest to, że wprowadzane rozwiązania odpowiadają na potrzeby różnych ludzi: nie tylko osób z niepełnosprawnościami, ale też osób starszych, rodziców z małymi dziećmi czy osób czasowo niesprawnych.
W projektowaniu uniwersalnym bierze się pod uwagę wiele grup, choć oczywiście trudno jest stworzyć rozwiązania idealne dla wszystkich. Kilka lat temu uczestniczyłem w konferencji „Reha for the Blind Poland” w Warszawie. Wziąłem udział w panelu o dostępności i pojawił się tam ciekawy wątek dotyczący standardów – na przykład linii prowadzących dla osób niewidomych, które coraz częściej widzimy w przestrzeni miejskiej.
Przytoczono wtedy wyniki badań: część osób niewidomych uważała te linie za bardzo pomocne, ale inni twierdzili, że wprowadzają im chaos i utrudniają orientację. To dało mi do myślenia, bo podobne dyskusje toczą się w środowisku osób poruszających się na wózkach. Dla mnie niewielki krawężnik nie jest problemem, ale są osoby, które z powodu budowy kręgosłupa odczuwają ból przy pokonywaniu nawet minimalnej różnicy poziomów.
Dlatego trudno jest stworzyć rozwiązania, które będą idealne dla każdego.
Kiedyś powiedziałem na jednym ze spotkań, że marzy mi się, aby osoby z niepełnosprawnościami stały się naturalnym elementem krajobrazu. Dostępność powinna być narzędziem, które umożliwi nam wszystkim funkcjonowanie w tej samej przestrzeni – bez wykluczeń.
E. O.: To bardzo mocne podsumowanie. A skoro już o tym mówimy, chciałabym zapytać o inną kwestię. „Osoba niepełnosprawna” czy „osoba z niepełnosprawnością”? Jak Ty to odbierasz?
P. G. I.: Ponad rok temu nagrałem na YouTube materiał o języku, którym mówimy o niepełnosprawności, i o savoir‑vivre wobec osób z niepełnosprawnościami. Żyjemy w czasach, w których język bardzo szybko się zmienia. Słowa, które kiedyś miały neutralne znaczenie, dziś bywają odbierane jako pejoratywne.
Kiedyś powszechnie używano słowa „inwalida”. To był termin prawny i medyczny, funkcjonujący bez większych emocji. Z czasem jednak zaczęto używać go jako obelgi. I myślę, że to naturalne, że środowisko osób z niepełnosprawnościami chce od takich określeń odejść.
To zresztą nie jest jedyny przykład. Wiele słów opisujących różne funkcje społeczne przeszło podobną drogę – kiedyś były neutralne, dziś są inwektywami. Podobnie jest z feminatywami, które również budzą emocje, choć ich celem jest po prostu precyzyjny opis rzeczywistości.
Dlatego uważam, że zmiana języka jest potrzebna. Jeśli ktoś mówi o mnie „osoba niepełnosprawna”, nie chcę, żeby kojarzyło mu się to z obelgą. Rozumiem jednak, że dla wielu osób nowe formy mogą brzmieć sztucznie albo wywoływać dyskomfort. Jednak język żyje, zmienia się i moim zdaniem nie ma sensu się temu opierać.
E. O.: Powiedz, czy w swoim życiu miewałeś okresy buntu? Czy może traktujesz swoją niepełnosprawność po prostu jako element codzienności?
P. G. I.: Myślę, że ją akceptuję. Przez te wszystkie lata nauczyłem się z nią żyć. To oczywiście nie znaczy, że cieszę się z jej obecności czy skutków, bo niektóre z nich bywają dla mnie bardzo uciążliwe, a czasem wręcz przykre.
Mimo wszystko jestem osobą o raczej pozytywnym nastawieniu. Widzę ograniczenia, jakie nakłada na mnie niepełnosprawność – choćby w pełnieniu ról społecznych, takich jak bycie partnerem, małżonkiem czy rodzicem. Jestem tego świadomy, ale jednocześnie dostrzegam, że osoby pełnosprawne również zmagają się z wieloma trudnościami.
Co więcej, choć może zabrzmi to dziwnie, czasem widzę momenty, w których niepełnosprawność… ułatwia życie. Nie muszę się borykać z wieloma sprawami, które dotyczą codzienności osób pełnosprawnych. Staram się więc skupiać na pozytywnych aspektach mojego życia.
E. O.: Często pojawia się pytanie: „Jak wyglądałoby Twoje życie, gdybyś był osobą pełnosprawną?”. Jak na nie odpowiadasz?
P. G. I.: Zwykle mówię: gdybym był osobą pełnosprawną, być może byłbym alkoholikiem i mieszkałbym w noclegowni. Wiem, że to brzmi drastycznie, ale chcę podkreślić jedno – bycie osobą pełnosprawną nie gwarantuje szczęścia.
Wychodzę z założenia, że jeśli akceptuję swoją niepełnosprawność i znajduję rozwiązania, które pozwalają mi pokonywać ograniczenia, to zakres tej niepełnosprawności po prostu się zmniejsza. Tak to odczuwam.
W codzienności spotykam bardzo dużo ludzkiej życzliwości. Ale jednocześnie mam wrażenie, że w świadomości społecznej osoby z niepełnosprawnością wciąż nie zawsze są postrzegane jako pełnowartościowi partnerzy, pracownicy czy uczestnicy życia społecznego. Znam pary, w których jedno lub oboje rodziców mają niepełnosprawność. I wiem, że czasem spotykają się z krzywymi spojrzeniami. Ludzie pełnosprawni często nie wiedzą, jak my radzimy sobie z ograniczeniami – i to powoduje u nich skrępowanie.
Na szczęście to się zmienia, choć wolniej niż byśmy chcieli. Mimo to i tak osoba z niepełnosprawnością ma dziś w Polsce o wiele większe możliwości niż 20 lat temu, kiedy kraj był znacznie mniej dostępny.
E. O.: Masz jakieś konkretne wspomnienia z tamtych czasów?
P. G. I.: Oczywiście. Kiedy studiowałem, zdarzały się sytuacje, w których czułem, że nie mogę w czymś uczestniczyć. Na przykład koledzy organizowali imprezę w mieszkaniu na wysokim piętrze w bloku bez windy. Nie chciałem, żeby mnie wnoszono, więc sam się ograniczałem. Było mi szkoda, że nie mogę tam być, że moja niepełnosprawność mnie wyklucza.
Minęło wiele lat. Dziś większość znajomych mieszka w blokach z windami, podjazdami, dostępnością. Mógłbym uczestniczyć w takich imprezach bez problemu… tylko że teraz już zwyczajnie się postarzałem i nie zawsze mam na to ochotę (śmiech).
E. O.: A czy dziś spotykasz się jeszcze ze stereotypowym myśleniem? Jakie sytuacje zdarzały Ci się najczęściej?
P. G. I.: W ostatnich latach właściwie już nie. Wypracowałem sobie pewną pozycję publiczną, wizerunek, świadomość tego, kim jestem. Nie lubię słowa „popularność”, ale faktem jest, że w Białej Podlaskiej mało kto mnie nie kojarzy. A jeśli ktoś zna moją działalność, to rzadziej patrzy na mnie przez pryzmat stereotypów.
Gorzej było na studiach. Miałem już wtedy asystenta i często osoby spoza mojej grupy zwracały się wyłącznie do niego, a mnie traktowały jak powietrze. W swojej grupie byłem znany, więc tam tego nie doświadczałem.
Dziś zdarzają się sytuacje odwrotne – ktoś ignoruje mojego asystenta, jakby go nie było. A przecież on jest przy mnie, pracuje ze mną, wspiera mnie. To też nie jest ani dobre, ani miłe.
E. O.: Dlaczego właściwie założyłeś stronę internetową? Jaki cel Ci przyświecał?
P. G. I.: Co ciekawe, ta moja strona wcale nie jest typowym blogiem. Kiedyś faktycznie trochę tam publikowałem, ale dziś służy mi głównie do umieszczania materiałów wideo, które tworzę. Robię to po to, żeby poprawić ich pozycjonowanie w sieci.
Poza tym strona pełni funkcję mojej oferty – bo oprócz pracy w urzędzie prowadzę szkolenia z obsługi osób z niepełnosprawnościami dla różnych instytucji. W ubiegłym roku szkoliłem na przykład kadrę dydaktyczną jednej z uczelni wyższych z obsługi studentów ze szczególnymi potrzebami. W trakcie takich szkoleń staram się nie tylko przekazać konkretną wiedzę, ale też podnieść świadomość dotyczącą różnych aspektów niepełnosprawności.
Dlatego ta strona to przede wszystkim moje „centrum dowodzenia”.
A poza tym – doświadczenie z pracy w mediach nauczyło mnie, że to, iż dziś wszyscy korzystamy z mediów społecznościowych, nie znaczy, że tak będzie zawsze. Chcę mieć w sieci swój własny kawałek przestrzeni, niezależny od algorytmów i platform. To ważne, zwłaszcza gdy prowadzi się działalność społeczną czy zawodową.
E. O.: A co z treściami, które publikujesz na YouTubie?
P. G. I.: To też zostało mi z czasów pracy w mediach. Wtedy również produkowałem materiały wideo i po prostu bardzo to lubiłem. Tworzenie filmów naprawdę mnie kręci.
Ale jest też druga strona – widzę, że jest taka potrzeba. Do mojego biura w urzędzie przychodzą osoby z niepełnosprawnościami z Białej Podlaskiej i okolic, często z bardzo konkretnymi pytaniami. Dlatego nagrywam filmy odpowiadające na te potrzeby.
Przykład? Świadczenie wspierające. Od dwóch lat to absolutny „hit” wśród moich materiałów. Ludzie szukają informacji, a ja mogę im je przekazać w przystępnej formie. Dzięki temu docieram z poradnictwem do osób z całej Polski, nie tylko z mojego miasta. I to mnie naprawdę cieszy.
E. O.: A jakie masz pasje poza technologią? Co Cię jeszcze zajmuje?
P. G. I.: Jestem kinomanem. Uwielbiam chodzić do kina, choć po pandemii robię to rzadziej. I nie dlatego, że boję się chorób – po prostu widzę, że ruch w kinach znacząco spadł.
Przed pandemią, w 2019 roku, byłem w kinie ponad 30 razy. Prowadzę sobie takie statystyki na jednej z filmowych stron. Teraz? Może 5–6 razy w roku.
Moim zdaniem COVID bardzo negatywnie wpłynął na branżę kinową i ona do dziś w pełni się nie podniosła. Owszem, wciąż pojawiają się ciekawe filmy, ale wiele produkcji trafia od razu na platformy streamingowe. Mam też wrażenie, że ogólnie oferta kin jest mniejsza.
W Białej mamy dwa kina – choć jedno ma zostać zlikwidowane. I zauważyłem ciekawą rzecz: po pandemii w repertuarze zaczęły pojawiać się klasyki sprzed 20–30 lat. Wcześniej to się praktycznie nie zdarzało. Do 2019 roku byłem na klasyku w kinie może raz w życiu. Teraz to norma.
Z jednej strony to świetne – można zobaczyć na dużym ekranie film, który miał premierę, zanim się urodziłem. Z drugiej strony świadczy to o kryzysie. Mniej filmów trafia do kin, a te, które kiedyś miałyby premierę kinową, dziś lądują od razu w streamingu.
Z mojej perspektywy kino jest w kryzysie. I trochę mnie to smuci, bo kino to dla mnie ważna część życia.
E. O.: Skąd czerpiesz siłę i motywację do działania?
P. G. I.: To bardzo dobre pytanie. Szczerze mówiąc, chyba nigdy wcześniej się nad tym tak naprawdę nie zastanawiałem. Myślę jednak, że przede wszystkim daje mi ją poczucie sensu. Jestem człowiekiem wierzącym i to mnie podbudowuje, ukierunkowuje, daje wewnętrzny spokój.
Drugim, równie ważnym źródłem siły są dla mnie ludzie. Kiedy robi się coś dla drugiego człowieka, to zupełnie inaczej się to przeżywa. Gdybym działał tylko dla siebie, pewnie szybko by mi się to znudziło, ale świadomość, że moje działania mogą realnie komuś pomóc – to jest coś, co naprawdę napędza. Odkąd zostałem koordynatorem do spraw dostępności, miałem kilka sytuacji, w których widziałem, że dzięki mojej pracy komuś poprawiło się życie. To daje ogromną satysfakcję, ale też poczucie odpowiedzialności. Bo wtedy nagle uświadamiasz sobie, że musisz działać tak, by ta zmiana była prawdziwa, konkretna, odczuwalna.
I jeszcze jedno – jestem, jak to mówię, „zwierzęciem stadnym”. Źle funkcjonuję z dala od ludzi. Owszem, z wiekiem przestało mi się chcieć chodzić na wszystkie imprezy, ale to tylko część prawdy. Ja naprawdę potrzebuję obecności innych. To ona daje mi siłę do działania.
E. O.: Czy masz jakąś myśl, dewizę, którą chciałbyś podzielić się z czytelnikami?
P. G. I.: Tak. To zdanie sformułowałem kiedyś podczas jednej z rozmów i wraca do mnie regularnie. Uważam, że jako środowisko osób z niepełnosprawnościami musimy dbać o wzajemną solidarność.
Bo my wcale nie jesteśmy jednorodnym środowiskiem. Jesteśmy grupą bardzo zróżnicowaną – różne schorzenia, różne ograniczenia, różne potrzeby. Czasem trudno nawet powiedzieć, że tworzymy jedną grupę. Łączy nas właściwie tylko jedno: niepełnosprawność.
A jednak, jeśli chcemy mieć realny wpływ na rzeczywistość, musimy działać razem.
Kilka lat temu była głośna akcja zbierania podpisów pod petycją o zrównanie renty socjalnej z najniższą krajową. Wzbudziła ogromne emocje. Wiem, że nie wszystkim przyniosła oczekiwane efekty. Są jednak osoby, którym naprawdę poprawiła codzienność. I to jest wartość.
Gdybyśmy potrafili częściej działać wspólnie, moglibyśmy osiągnąć dużo więcej. Nie wszystkie cele dotyczą nas wszystkich, ale dzięki solidarności możemy je realizować. Warto spojrzeć na to, co już udało się zrobić – i zrozumieć, że razem możemy więcej niż w pojedynkę.
E. O.: To bardzo ważne słowa. Sama widzę wiele podziałów w środowisku osób z niepełnosprawnościami. Choćby w kwestii korzystania z asystentów – niektórzy twierdzą, że skoro chcemy być traktowani normalnie, to nie powinniśmy korzystać z asysty.
P. G. I.: Moim zdaniem to bardzo krzywdzące podejście. Szczerze mówiąc, dziwi mnie takie myślenie. Mam wśród swoich klientów osobę z zespołem stresu pourazowego, PTSD. To fizjoterapeuta, osoba fizycznie sprawna, chodząca o własnych siłach. Ma orzeczenie o niepełnosprawności i korzysta z usług asystenckich – bo ma do tego prawo i to pomaga tej osobie.
W tym przypadku asystent pełni trochę taką rolę, jak w Stanach Zjednoczonych tzw. emotional support animal – towarzysza, który daje poczucie bezpieczeństwa w trudnych sytuacjach: podróży, hałasie, tłumie, stresie. U nas to jeszcze raczkuje, ale potrzeba jest realna.
I teraz pytanie: kto ma prawo powiedzieć tej osobie, że „nie zasługuje” na asystenta? Jeśli to działa, jeśli pomaga jej funkcjonować, pracować, wychodzić do ludzi, uczestniczyć w życiu społecznym i kulturalnym – to co komu do tego?
Asystent nie odbiera nikomu samodzielności. On ją umożliwia.
I właśnie dlatego tak ważna jest solidarność. Bo jeśli sami siebie zaczniemy oceniać, podważać, wytykać, kto „ma prawo”, a kto „nie ma prawa” do wsparcia, to nigdy nie będziemy silną grupą. A przecież wszyscy chcemy jednego – żyć pełniej, godniej, bez barier.
E. O.: Tylko tyle i aż tyle.
P. G. I.: Dokładnie tak.
Galeria zdjęć
Rozmawiała: Ewelina Orzechowska
Zdjęcia z archiwum prywatnego Pawła Grzegorza Iwaniuka
Materiał powstał w ramach projektu „Wzmacniamy aktywność”
realizowanego w okresie 01.01.2025 r. – 29.02.2028 r.
przez Lubelskie Forum Organizacji Osób Niepełnosprawnych – Sejmik Wojewódzki


Zadanie publiczne jest dofinansowane ze środków PFRON
UWAGA: Pobieranie, kopiowanie i jakiekolwiek inne wykorzystanie treści dostępnych w powyższym materiale wymaga pisemnej zgody LFOON – SW będącego właścicielem serwisu www.niepelnosprawnilublin.pl.










