Nasza dzisiejsza bohaterka po raz drugi gości na łamach biuletynowych Pasji. 7 lat temu, gdy opowiadała o swoich planach i życiu codziennym, wypowiedziała takie słowa: „Często zastanawiam się nad moją przyszłością”. Ponieważ od tamtej pory wiele w życiu Eweliny się zmieniło, postanowiłam podpytać Ją, jak ta przyszłość, której się obawiała, dziś wygląda.
Choć w roku 2018 minęły 22 lata, odkąd straciłam wzrok, to wciąż obawiałam się, że bez wzroku nie da mi się do niczego w życiu dojść, nic osiągnąć. Minęło sporo czasu, wiele się zmieniło. Zwłaszcza ostatnie lata pokazały mi, że to wcale nie musi być prawda. Dziś mogę powiedzieć, że przede wszystkim jestem sobą. Jestem kobietą spełnioną, mamą dwójki wspaniałych dzieci. Udało mi się do wielu rzeczy dojść własną pracą dzięki determinacji i dzięki takiemu – można powiedzieć – hartowi ducha, który, mimo wszelkich przeciwności i niepowodzeń, każe mi ciągle iść dalej; podnosić się, wstawać i działać.
Niewidoma z przymrużeniem oka
Bardzo lubię się ze słowem pisanym. Od zawsze lubiłam opisywać swoje doświadczenia, swoje przeżycia w postaci takich zapisków do szuflady.
Kiedy w 2011 roku urodziłam córkę, to odkryłam, że w sieci jest bardzo dużo blogów, w których młode matki opisują swoje macierzyństwo. Nie było wśród nich żadnego, w którym niewidoma mama dzieliłaby się swoimi doświadczeniami. No i pomyślałam, że fajnie by było, gdybym te moje niektóre zapiski mogła publikować w Internecie, dzielić się nimi z innymi ludźmi, w tym też z innymi mamami, które są w podobnej sytuacji jak ja.
Jednak wówczas, w tym 2011 roku, szczerze mówiąc, nie miałam odwagi, żeby zaistnieć w Internecie. Zastanawiałam się, co ludzie powiedzą i jak to zostanie odebrane. Mimo to czasem zdarzało mi się pewne rzeczy zapisywać na komputerze.
A ta myśl, żeby dzielić się swoimi doświadczeniami z życia osoby niewidomej, kobiety i matki ciągle kiełkowała.
Pewnego dnia, w grudniu 2021 roku było bardzo zimno, wiał wiatr, padał śnieg, zasypało krawężniki. Jak wiadomo, to dla osób niewidomych jest bardzo dużą przeszkodą w samodzielnym poruszaniu się. No i byłam taka wtedy wściekła, że taka pogoda; że ja tu się spieszę; że mam tyle rzeczy do zrobienia, a przez to, że nie widzę, to wszystko nagle zrobiło się takie trudne. Więc siadłam sobie i napisałam o tym wszystkim tekst: że w takich warunkach bardzo łatwo o to, żeby się poślizgnąć, nawet jak się widzi, a jak się nie widzi, to tym łatwiej upaść, potłuc się, itp. Niekorzystne warunki atmosferyczne stały się bodźcem, żeby się odważyć i opublikować ten tekst na Facebooku. Poprosiłam moją widzącą koleżankę, która wówczas mi pomagała i poszło. I tak to się zaczęło. A to, co się zaczęło dziać później, to w ogóle nawet mi się nie śniło nigdy. Nie spodziewałam się, że moje teksty spotkają się z tak ciepłym, życzliwym odbiorem; że będzie tyle udostępnień, że ludzie będą współtworzyć to miejsce komentując, pisząc do mnie prywatne wiadomości, dziękując mi za to, że dzielę się właśnie tymi, jak ja to nazywam, wycinkami z życia osoby niewidomej.
Bardzo ważny jest dla mnie ten feedback od moich czytelników. Tematyka, którą poruszam, nie jest, powiedzmy sobie szczerze – jakaś bardzo medialna, typowo influencerska, instagramowa. To jest rzeczywistość czasem bardzo trudna. Staram się pokazać, że mam dystans do swojej osoby i potrafię często sobie z tej swojej niepełnosprawności zażartować. To naprawdę często mnie ratuje.
Bardzo ważna rzecz zadziała się w ubiegłym roku. Źle się czułam, ponieważ od lat zmagam się również z depresją i był taki czas, że rzadko publikowałam. Po prostu nie miałam siły na to, żeby usiąść, coś napisać, choć tak naprawdę było wiele tematów, które chciałam poruszyć, ale po prostu nie byłam w stanie. Choroba na tyle mnie rozłożyła, że po prostu bardziej musiałam skupić się na sobie, na odpoczynku, na dzieciach i wtedy ten mój blog troszeczkę został odsunięty. I wtedy osoby, które obserwują właśnie to miejsce, zaczęły do mnie pisać wiadomości prywatne z pytaniami, co się dzieje i tak dalej; czy może potrzebuje jakiejś pomocy? To było dla mnie coś takiego niesamowitego, że chociaż się nie znamy, wytworzyła się między nami wyjątkowa więź.
Są pewne sprawy, których nie chcę poruszać na blogu. Są tematy dla mnie bardzo trudne, tak jak właśnie mówienie o depresji czy o utracie wzroku. Nadal czasem jest to bardzo trudne pomimo tego, że straciłam wzrok 29 lat temu. Raz na jakiś czas muszę sobie odchorować to moje niewidzenie, jak za dużo mi się nazbiera frustracji ze zwykłego, codziennego życia. Unikam takiego myślenia, że co to ja mogłabym zrobić, gdybym widziała tak jak kiedyś. Owszem dobrze by było, ale to nie jest tak, że ja zasypiam i wstaję z tą myślą.
Odkryłam, że czasem pewne rzeczy trzeba sobie odpuścić, ale też trzeba sobie pozwolić na chwilę właśnie takiego żalu czy smutku, gdy coś boli, coś uwiera. To naprawdę pomaga, jeśli się spuści to ciśnienie z siebie. Wtedy można iść dalej.
Pisanie jest też dla mnie formą autoterapii. Często to podkreślam i mówię o tym otwarcie. Nie od dziś wiadomo, że opisywanie różnych swoich emocji swoich przeżyć, pomaga nam się z nimi uporać. Korzyść jest obopólna: mogę dać coś od siebie Czytelnikom, ale i sobie też.
Było na moim blogu kilka takich postów, które się spotkały z bardzo dużym odzewem i licznymi udostępnianymi. Niektóre z nich dotyczyły savoir-vivre’u wobec osób niewidomych. Zwykłe rzeczy, jak zachować się na co dzień, gdy się spotka osobę niewidomą w autobusie, na ulicy, czy na przystanku autobusowym.
Jeden z ważniejszych moich postów dotyczył emocji. Napisałam o tym, jak często w życiu słyszałam, że muszę być dzielna. Od małego w wielu sytuacjach towarzyszyły mi właśnie te słowa, w nich wzrastałam. I tak naprawdę ta dzielność zrobiła mi krzywdę. Dlatego, że ja wszystkie emocje, które się we mnie kotłowały, po prostu. trzymałam w sobie i w ogóle ich nie uzewnętrzniałam. Byłam grzeczną, uśmiechniętą, dzielną dziewczynką; grzeczną, uśmiechniętą, dzielną Eweliną, a w środku we mnie była burza. Później zaowocowało to tym, że w liceum pierwszy raz zachorowałam na depresję, ponieważ nie mogłam sobie poradzić z tak traumatycznym wydarzeniem, jakim była utrata wzroku. Wtedy nie mówiło się o tym, że utrata wzroku wymaga przeżycia żałoby. Że to proces, który trzeba odpowiednio przepracować. Byłam jedenastoletnią dziewczynką, która straciła wzrok i po prostu przyjęła tę sytuację taką, jaka ona była. Wówczas nie myślałam o tym, co ja będę robić dalej. Poszłam do szkoły z internatem, gdzie musiałam nauczyć się funkcjonowania bez wzroku. Musiałam się nauczyć alfabetu Braille’a, poruszania z białą laską i to było dla mnie bardzo wszystko trudne. I cały czas miałam w pamięci te słowa, że muszę być dzielna.
Ten tekst miał faktycznie duży oddźwięk i dostawałam wiadomości, że poruszył wiele osób.
Piszę o tym, co mi gra w sercu. Nie lubię i nie chce nikogo przekonywać do swoich racji. To, co pisze jest moim punktem widzenia. Zdarzały mi się sytuacje, że ktoś miał odmienne zdanie i tak dalej, ale ja też przecież nikogo nie zmuszam do czytania mojego bloga. Nie ma takiego obowiązku, jeżeli komuś się nie podoba, no to niech nie czyta po prostu.
Początkowo najbardziej obawiałam się reakcji środowiska osób niewidomych. Zdarza się, że na kogoś, kto robi coś innego niż wszyscy, zamiast wsparcia, spada fala hejtu. Najczęściej ze strony osób, które siedzą i nic nie robią i mają postawę roszczeniową. Nauczyłam się sobie z tym radzić. Jeśli ktoś mi napisze, że robię coś źle i tak dalej, odpisuję mu: „rób to lepiej”. W Internecie jest dużo miejsca, każdy się zmieści. Kiedyś usłyszałam od kogoś, że on nienawidzi takich celebrytów jak ja. A mi w prowadzeniu bloga absolutnie nie chodzi o to, żeby być celebrytką, żeby się lansować. Cel założenia bloga był zupełnie inny. Chcę edukować ludzi, chcę dzielić się swoją rzeczywistością, swoimi radościami, swoimi troskami. I w takim kształcie ten blok został założony, w takim kształcie funkcjonuje. Liczba obserwatorów stale wzrasta, więc pomysł chyba się sprawdza.
Czasem piszę w sposób przewrotny, stosuję niedopowiedzenia. Zadałam ostatnio w pierwszej linijce nowego postu pytanie „Czy niewidomi uprawiają s….?”. Zgodnie z założeniem wiele osób pomyślało, że podejmę temat intymności. Nawet zadzwonił kolega i zapytał, czy tak muszę od rana ludzi straszyć. Potem doczytał, że o sport chodziło.
Pisanie o swoim życiu wymaga tego, żeby się otworzyć. Staram się chronić przede wszystkim prywatność moich dzieci i raczej o nich nie piszę zbyt wiele. Czasem wrzucę teksty mojego syna, które są zwykle zabawne albo bardzo takie refleksyjne i chwytające za serce. On się na to zgadza i nawet jest dumny, ale z kolei moja córka już nie chce, żebym o niej pisała. Jest w takim wieku, że bycie bohaterką matczynych opowieści to czasem dla niej – jak sama mówi – po prostu obciach. Ja to szanuję. Moje dzieci są już teraz większe: córcia ma 14 lat, syn ma 9. Nie wymagają już aż takiej uwagi, jak wtedy, kiedy były niemowlętami czy małymi dziećmi. Staram się równoważyć różne aktywności tak, żeby znajdować czas właśnie przede wszystkim dla dzieci, bo one są dla mnie najważniejsze. Ale też mierzę się z tym, że oni już mają swoje sprawy. Są w takim wieku, że spędzają czas z koleżankami z kolegami, a ja mam wtedy troszkę więcej czasu na to, żeby zająć się innymi rzeczami, które są dla mnie ważne.
Zdarzają mi się też humorystyczne, ale i bardzo pożyteczne historie. Któregoś dnia jedna z moich Czytelniczek-Koleżanek wysłała mi wiadomość „Ewelina, uważaj, obok Stokrotki na chodniku leży psia kupa”. Na początku byłam zaskoczona, ale pomyślałam, że moja koleżanka czyta uważnie moje posty i wie, że taka psia kupa na chodniku jest nie lada kłopotem dla osoby niewidomej. Jakiś czas wcześniej opisywałam historię, że spieszyłam się na autobus, bo byłam umówiona na spotkanie, a po drodze wdepnęłam w psią kupę, musiałam wrócić do domu, żeby zmienić buty i cały plan dnia się zmienił.
Dobre rady – wartość dodana do mojego bloga 😊. Inną wartością dodaną są też nagrody. Pierwsza z nich była dla mnie ogromnym zaskoczeniem, bo zakładając bloga w ogóle nie liczyłam na takie, na żadne wyróżnienia. Po prostu chciałam sobie pisać. No i do tej pory tak jest, że ja sobie tak po prostu piszę. Ale dzięki mojemu pisaniu, tak po prostu i od serca zostałam zauważona i to nie ukrywam, jest to dla mnie takie bardzo satysfakcjonujące, bo ktoś docenia też moją pracę. Zostałam zgłoszona do konkursu IDOL organizowanego przez Fundację „Szansa jesteśmy razem” i dostałam statuetkę IDOLA w kategorii media w 2021 roku. To było dla mnie bardzo, bardzo miłe.
Jeden z moich tekstów o tak zwanych geniuszach architektonicznych, czyli takich przeszkodach typu: słup na środku chodnika został zauważony i też dzięki niemu zdobyłam nagrodę w konkursie organizowanym przez Forum Lubelskich Organizacji Pozarządowych dla dziennikarzy obywatelskich.
Książka kucharska
Pisanie to nie tylko blog. Pod koniec 2023 roku zgłosiła się do mnie Fundacja Świat według Ludwika Braille’a z propozycją napisania książki, która będzie dedykowana osobom niewidomym i słabowidzącym. Wpadłam na pomysł stworzenia poradnika kulinarnego dla osób niewidomych i słabowidzących. No i kiedy temat został wybrany, obleciał mnie strach. Pomyślałam: „No i co teraz? Jak ja to zrobię? Jak ja dam radę to napisać? Od czego w ogóle zacząć?”. I zaczęłam rozmawiać z przyjaciółmi, podpytywałam, o czym chcieliby w takiej książce przeczytać, jakie tematy warto poruszyć. A potem zakasałam rękawy i zabrałam się do pracy. Nie było to wcale takie proste, dosłownie czułam się jak podczas pisania pracy magisterskiej, tylko w troszeczkę innym wymiarze. Było to dla mnie bardzo ciekawe doświadczenie. Stresowałam się tym, jak ta książka zostanie przyjęta, czy będzie się podobać.
No i nie ukrywam, że miałam takie momenty, gdy sama czytałam efekty swojej pracy, to myślałam „nie no, beznadzieja, po prostu”.
Wymyśliłam sobie, że książka będzie podzielona na 2 części: teoretyczną z różnymi wskazówkami dla niewidomych i słabowidzących kucharzy nie tylko dla tych, którzy są początkujący, po wielu latach gotowania można się czegoś nauczyć. Pozbierałam również od osób niewidomych anegdotki o kuchennych przygodach, które się im przytrafiły. Dużo, dużo pracy mnie to kosztowało. Druga część jest praktyczna. Tam umieściłam różne przepisy na desery fit, na śniadania, kolację, na obiady, na sałatki. Każdy może znaleźć coś dla siebie.
Do tej pory była jedna taka książka pani Ewy Maksymowicz „Kuchnia 4 zmysłów”, ale zupełnie inna niż moja.
W swojej książce podzieliłam się też swoją historią; tym, jak zaczynałam, jak się zaczęła moja przygoda z gotowaniem. Ale też, żeby te osoby, które będą to czytać coś z tej książki wyniosły, jakieś konkretne wskazówki, dzięki którym lepiej sobie poradzą w kuchni. Odbiór tej książki z tego, co słyszę jest bardzo pozytywny. Jesienią wybieram się na spotkanie, można powiedzieć autorskie, do szkoły branżowej w Specjalnym Ośrodku Szkolno-Wychowawczym dla Dzieci Niewidomych w Owińskach – tam jest profil gastronomiczny. Odezwała się do mnie jedna z nauczycielek – chciała, żebym przyjechała i opowiedziała o swojej książce, że oni są zachwyceni, więc to naprawdę bardzo, bardzo miłe.
Taka kuchnia po niewidomemu bardzo interesuje osoby widzące. Pytają o różne triki. Jak skontrolować to, czego nie da się skontrolować wzrokiem, np. skąd wiadomo, że kotlet jest już usmażony. Osoba widząca orientuje się po kolorze mięsa. A ja robię to na słuch. Kotlet podczas smażenia skwierczy. Kiedy skwierczenie przybiera na sile i staje się bardziej intensywne, to znak, że trzeba kotleta przewrócić na drugą stronę. No i oczywiście zapach też jest bardziej intensywny.
Węch w gotowaniu też odgrywa ogromną rolę. Kiedy chcemy zeszklić cebulkę, kierujemy się zapachem, żeby wiedzieć, kiedy zdjąć patelnię z kuchenki.
Dużo miejsca poświęciłam też temu, jak odnaleźć się w takiej codziennej pracy w kuchni, no i zasadom bezpieczeństwa, o których osoba niewidoma bezwzględnie musi pamiętać. Gdy osoba niewidoma korzysta z kuchenki gazowej z płomieniem, no to wtedy jest ryzyko takie, że można się poparzyć. Sama miałam taką sytuację w 2008 roku podczas studiów: gotowałam właśnie coś na kuchence gazowej. W jednym garnku gotowałam fasolkę, chciałam w czajniku wstawić wodę na kawę i od ognia zapaliła się sukienka i zaczęła na mnie płonąć. Do tej pory mam takie blizny na prawej piersi i w okolicy obojczyka. Na szczęście skończyło się na poparzeniach, ale to pokazuje, że osoba niewidoma nie może sobie pozwolić na chwilę zapomnienia czy nieuwagi. Każdy błąd może nas bardzo dużo kosztować, prawda? Czasem istotne są szczegóły techniczne, np.: to, że garnek zawsze musi być obrócony, tak aby rączka nie wystawało poza kuchenkę. Jak wystaje, to bardzo jest prawdopodobne to, że można go nieopatrznie strącić i wylać gorącą zawartość. Do tych wszystkich rozwiązań dochodziłam samodzielnie, metodą prób i błędów. Doradzałyśmy sobie nawzajem z niewidomymi koleżankami, które też gotują. Więc tutaj też mogłam się czegoś dowiedzieć, złapać jakieś wskazówki.
Blog stał się bardzo ważną częścią mojego życia. Dał mi pewną rozpoznawalność. Zaczęłam być zauważana w różnych kręgach osób. Coraz częściej jestem zapraszana jako blogerka na różne spotkania, wydarzenia, targi. Biorę udział w debatach, opowiadam o swoich doświadczeniach, o dostępności, sztuce, itp. To taki mój wolontariat, praca po godzinach, która jest dla mnie bardzo satysfakcjonująca.
To są wszystko doświadczenia, które mnie budują, pozwalają mi nawiązywać nowe kontakty, ale też dają mi nowe spojrzenie na pewne sprawy. Jest to takie bardzo rozwijające.
Myślę, że to jest swojego rodzaju misja. Mają na nią wpływ różne doświadczenia życiowe – to, co mnie ukształtowało. Od zawsze byłam taką osobą, że lubiłam działać, lubiłam się udzielać w różnych występach w szkole czy konkursach.
Od zawsze było tak, że ta podstawa programowa była dla mnie niewystarczająca i zawsze szukałam czegoś więcej. Tak samo na studiach – oprócz tego, że realizowałam materiał tak jak inne osoby, to musiało być coś więcej. Któregoś razu zamarzyło mi się, aby wyjechać na stypendium do Niemiec i o nie zawalczyłam. Otrzymałam je i spędziłam miesiąc na uczelni w Bawarii. Kosztowało mnie to oczywiście dużo stresu – obce miejsce, daleka wyprawa w nieznane, ale przeważała radość. Cieszyłam się z tego, że się udało, że wpływ miała na to moja wiedza; że zdobyłam to własną pracą.
Czego bym teraz dla siebie chciała? Jak tak o sobie myślę, to wychodzi mi dużo ról: mama, przyjaciółka, blogerka, edukatorka, pracownik. O tym do tej pory nie mówiłam, ale na co dzień pracuję jako analityk zasobów internetowych i to jest moja główna praca. Dodatkowo robię te inne rzeczy, którymi się podzieliłam.
Marzę o tym, aby w przyszłości móc połączyć swoją codzienną misję, jaką jest edukowanie, uświadamianie, dzielenie się swoją codziennością niewidomej kobiety i matki oraz pomaganie innym z pracą zawodową, bo czuję, że to jest właśnie moja życiowa droga.
Cieszę się, że za pomocą bloga mogę połączyć te różne sfery. Dzięki temu miejscu mogę to spiąć. Ciągle przewijają mi się takie myśli, żeby prowadzić bloga na jakiejś stronie internetowej. Żeby to była bardziej stabilna przestrzeń niż media społecznościowe, gdzie bardzo dużo zależy od algorytmów. Ja to się śmieję właśnie, że jak Szanowny Pan Facebook nie jest w humorze, to mój post dociera tylko do niewielkiej liczby osób.
Wiele osób mnie namawia do tego, żeby napisać książkę, która będzie opisywać moje różne doświadczenia. Pochylam się oczywiście nad tym pomysłem. Nie będzie to dziś, nie jutro, ale może kiedyś? To wszystko jeszcze przede mną.
Galeria zdjęć
Rozmawiała: Anna Bieganowska-Skóra
Zdjęcia w galerii: z archiwum prywatnego Eweliny Orzechowskiej
Materiał powstał w ramach projektu „Wzmacniamy aktywność”
realizowanego w okresie 01.01.2025 r. – 29.02.2028 r.
przez Lubelskie Forum Organizacji Osób Niepełnosprawnych – Sejmik Wojewódzki


Zadanie publiczne jest dofinansowane ze środków PFRON
UWAGA: Pobieranie, kopiowanie i jakiekolwiek inne wykorzystanie treści dostępnych w powyższym materiale wymaga pisemnej zgody LFOON – SW będącego właścicielem serwisu www.niepelnosprawnilublin.pl.






