BIULETYN INFORMACYJNY OSÓB NIEPEŁNOSPRAWNYCH
Uśmiechnięta Dominika Czuj pozuje na tle jasnej ściany, ubrana w czerwoną sportową bluzę; na szyi ma złoty medal na granatowej wstążce, w prawej ręce trzyma złoty puchar za I miejsce w Drużynowych Mistrzostwach Europy, Francja 2022

Dominika Czuj: „Nie rozpamiętuję tego, co było. Nie zastanawiam się, „co by było, gdyby”, bo po co marnować czas.”

O macierzyństwie, sporcie i końcu, który stał się nowym początkiem – z Dominiką Czuj, szczęśliwą mamą, reprezentantką Polski w zawodach międzynarodowych, pasjonatką Showdown – rozmawia Ewelina Orzechowska.

E.O.: Kim jesteś? Czym zajmujesz się na co dzień?

D.Cz.: Dziś przede wszystkim jestem szczęśliwą mamą siedmiomiesięcznego chłopca. To jest teraz mój cały świat i największa radość. Na co dzień pracuję w przychodni rehabilitacyjnej jako masażystka. Aktualnie korzystam z urlopu macierzyńskiego. Kiedy tylko mam chwilę dla siebie, poświęcam ją sportowi. Uprawiam Showdown — to taka moja odskocznia. Ta dyscyplina sportowa daje mi mnóstwo radości i satysfakcji.

E.O.: Czym jest Showdown?

D.Cz.: To dyscyplina sportowa dedykowana osobom niewidomym i słabowidzącym. Niektórzy nazywają ją tenisem stołowym dla niewidomych. Gra rozgrywana jest na specjalnym stole z bramkami na końcach. Zawodnicy z goglami zakrywającymi oczy odbijają drewnianą rakietką brzęczącą piłkę pod środkowym ekranem. Trzeba trafić do bramki przeciwnika i samemu umiejętnie obronić własną. Piłka wypełniona jest śrutami, dzięki czemu tocząc się po stole, wydaje dźwięk, a grający mogą zlokalizować jej położenie. Rozgrywki obserwuje sędzia, który nalicza punkty.

E.O.: Na czym polega Twoja niepełnosprawność?

D.Cz.: Urodziłam się jako wcześniak i właściwie już od samego początku zdiagnozowano u mnie problemy z widzeniem. Okazało się, że ich przyczyną jest retinopatia wcześniacza. Byłam naświetlana w inkubatorze, miałam też operację, dzięki której przez pierwsze lata widziałam lepiej. Chodziłam nawet do zwykłej szkoły podstawowej, radziłam sobie całkiem dobrze. W pewnym momencie mój wzrok zaczął się dość szybko pogarszać. Wtedy już nie dawałam rady w masowej szkole, potrzebowałam powiększalników i pomocy specjalistów. Dlatego po ukończeniu sześcioletniej wówczas szkoły podstawowej rozpoczęłam naukę w gimnazjum, w Specjalnym Ośrodku Szkolno-Wychowawczym dla Dzieci i Młodzieży Niepełnosprawnej im. prof. Zofii Sękowskiej w Lublinie.

E.O.: Jak się czujesz z tym, że Twój wzrok tak bardzo się pogorszył?

D.Cz.: Szczerze? Żyję pełnią życia. Nie rozpamiętuję tego, co było. Nie zastanawiam się, „co by było, gdyby”, bo po co marnować czas. Wiem, że mój wzrok się nie poprawi, więc nie ma sensu się dobijać. Robię to, co mogę i żyję normalnie. Nie traktuję swojej niepełnosprawności jako przeszkody. To po prostu część mnie.

Niepełnosprawność nie odbiera mi radości życia, nie zatrzymuje mnie. Mam swoje pasje, pracę, rodzinę i to jest dla mnie najważniejsze.

E.O.: Wspominałaś wcześniej o sporcie. To Twoja największa pasja?

D.Cz.: Zdecydowanie tak. Sport to coś, co naprawdę kocham. Co ciekawe, w podstawówce… w ogóle nie ćwiczyłam. Z powodu mojej wady wzroku zawsze dostawałam zwolnienia z lekcji wychowania fizycznego. Nie biegałam, nie grałam, nie uczestniczyłam w żadnych zajęciach. Sport był dla mnie czymś kompletnie obcym.

Potem trafiłam do szkoły specjalnej i wszystko się zmieniło. Już od pierwszych dni zaczęłam wchodzić w świat sportu. Pamiętam, jak oprowadzali mnie po szkole, pokazywali różne sale, sprzęty, a ktoś powiedział: „Chodź, pokażemy ci Goalball”.

E.O.: Jaka była Twoja reakcja, kiedy pierwszy raz zobaczyłaś Goalball?

D.Cz.: Szczerze? Pomyślałam: „Boże, co ci ludzie mają w głowach?” – naprawdę. Patrzyłam, jak tarzają się po podłodze, jak wycierają ją własnym ciałem, jak rzucają się za tą piłką… i nie mogłam tego ogarnąć. A potem sama zakochałam się w tym sporcie. Tak bardzo, że spędziłam w nim siedem lat. Swojego czasu byłam nawet w kadrze narodowej. Goalball to była moja pierwsza prawdziwa sportowa miłość.

E.O.: Czy możesz wyjaśnić, na czym polega Goalball?

D.Cz.: To sport drużynowy dla osób niewidomych i słabowidzących. Gra się w hali, na boisku 18 × 9 metrów. Po obu stronach są ogromne bramki — na całą szerokość boiska. Piłka jest ciężka, waży ponad kilogram, a w środku ma metalowe elementy, które grzechoczą, żeby można było ją usłyszeć. Każdy zawodnik ma zaklejone oczy i specjalne nieprzezroczyste gogle, żeby wszyscy mieli równe szanse. Na boisku gra trzech na trzech. Broni się dziewięciometrowej bramki, leżąc — bo w ten sposób najlepiej zasłonić jak największą powierzchnię. Piłkę trzeba toczyć, tak żeby odbiła się na połowie przeciwnika. No i oczywiście — strzelić jak najwięcej goli. To sport szybki, intensywny, wymagający pełnego skupienia.

E.O.: Polubiłaś to tarzanie się po podłodze?

D.Cz.: Bardzo! To było coś, co od razu poczułam. Goalball dał mi niesamowicie dużo. Pomógł mi w orientacji przestrzennej, dodał pewności siebie. To było dla mnie szczególnie ważne, bo równolegle traciłam wzrok. Na początku gimnazjum widziałam jeszcze trochę lepiej, ale z czasem było coraz gorzej.

Dopiero po latach uświadomiłam sobie, jak bardzo ten sport mnie ukształtował. W goglach musisz poruszać się szybko, pewnie, zdecydowanie. Masz tylko dziesięć sekund od momentu, gdy piłka znajdzie się na twojej połowie, żeby ją oddać. Nie ma czasu na wahanie. To mnie nauczyło odwagi w poruszaniu się — nie tylko na boisku, ale i w życiu. Wcześniej nie miałam do czynienia z taką formą aktywności a tu nagle — gogle, ciemność, szybkie ruchy, pełne skupienie na dźwięku. To było jak wejście w inny świat.

E.O.: Kiedy trafiłaś do szkoły specjalnej, od razu zaczęłaś uczyć się alfabetu Braille’a i poruszania się z białą laską?

D.Cz.: Nie. I to „nie” było bardzo stanowcze. Wzbraniałam się przed tym, choć dziś sama nie potrafię powiedzieć, dlaczego. Może nie chciałam przyznać przed sobą, że już nie radzę sobie tak jak kiedyś. Może bałam się, że zaakceptowanie pomocy będzie równoznaczne z zaakceptowaniem utraty wzroku. Nie wiem. Wiem tylko, że długo mówiłam sobie: „Jeszcze dam radę”.

Na początku korzystałam z książek z powiększonym drukiem a później z powiększalników. W pewnym momencie już nawet nie widziałam długopisu na kartce, więc pisałam pod powiększalnikiem. To było męczące, oczy mnie bolały, a ja czułam, że to nie jest rozwiązanie na dłużej.

W trzeciej klasie gimnazjum zaczęłam pisać brajlem. Pamiętam dyktanda na maszynie. To był dla mnie ogromny przeskok.

W tamtym czasie dotarło do mnie, że technikum to nie przelewki. Wiedziałam, że nie dam rady pisać pod powiększalnikiem, a szkoła, do której szłam, nie miała tylu pomocy. Musiałam nauczyć się bezwzrokowej obsługi komputera.

E.O.: I wtedy postanowiłaś nauczyć się pisania bezwzrokowego?

D.Cz.: Tak. Uparłam się. Miałam może trzy, cztery godziny zajęć z pisania bezwzrokowego, a reszty nauczyłam się sama. Wakacje spędziłam przy klawiaturze. Ściągnęłam z Internetu skróty klawiaturowe, włączałam mecze z komentarzem na żywo i próbowałam nadążyć za komentatorami. Pisałam wszystko, co mówili. Te moje ćwiczenia bardzo pomogły mi w opanowaniu sprawnego pisania.

Po wakacjach poszłam do technikum. Tam już od pierwszego dnia pisałam na komputerze. Laptop z czytnikiem ekranu i jazda. Słuchałam i notowałam. To była moja nowa codzienność.

E.O.: A jak to było z wyborem kierunku? Skąd zainteresowanie masażem?

D.Cz.: To była właściwie taka loteria. Wiedziałam tylko, do jakiej szkoły idę i jakie są tam kierunki. Eliminowałam je po kolei, bo nic mnie nie przekonywało. Masaż? Pomyślałam: „Spróbuję. To nic zobowiązującego”. I poszłam. Okazało się, że to był strzał w dziesiątkę, bo znakomicie się w tym odnalazłam.

E.O.: Co Cię w tym zawodzie tak przyciągnęło?

D.Cz.: Przede wszystkim sprawczość. To, że mogę komuś realnie pomóc, że moimi rękami mogę zmniejszyć ból, poprawić ruchomość, sprawić, że ktoś poczuje ulgę. To daje ogromną satysfakcję i poczucie, że moja praca ma sens. No i ludzie. Ja bardzo lubię ludzi, lubię z nimi rozmawiać, lubię ich słuchać. Masaż łączy to wszystko i pewnie dlatego z czasem stał się moją pasją.

E.O.: Wróćmy na chwilę do sportu. Siedem lat gry w Goalball to ogromny kawałek życia. Jak to się stało, że później zainteresowałaś się czymś innym?

D.Cz.: To nie było tak, że Goalball się skończył i nagle pojawiło się coś nowego, wręcz przeciwnie — był moment, kiedy trenowałam… trzy sporty jednocześnie. Miałam epizod z pływaniem, ale to było bardziej rekreacyjne. Basen był dla mnie miejscem, gdzie mogłam się wyluzować. Bardzo to lubiłam, ale nie czułam potrzeby startowania w zawodach, choć mnie namawiano. Po prostu pływałam dla siebie. Czas z trenowaniem jednocześnie trzech dyscyplin nie trwał zbyt długo, bo zwyczajnie nie dało się tego pogodzić.

Potem nadszedł czas przygotowań do egzaminu zawodowego oraz do matury. Do tego dochodziło członkostwo w kadrze narodowej w Goalballu, presja, odpowiedzialność. Nagle zaczęłam czuć, że potrzebuję czegoś nowego – czegoś, co nie będzie obowiązkiem, tylko czystą przyjemnością. Moi znajomi dużo trenowali, często wspominali o Showdownie. W szkole nawet był stół, ale nigdy nie było zajęć. Jakoś mnie to wtedy nie interesowało.

Kiedy poczułam, że potrzebuję czegoś „dla głowy”, pomyślałam: „A może spróbuję? Co mi szkodzi?”.

E.O.: Tak trafiłaś na treningi Showdown w Integracyjnym Klubie Aktywnej Rehabilitacji I Sportu Niewidomych „IKAR” w Lublinie.

D.Cz.: Dokładnie. To było jeszcze przed pandemią, w 2019 roku. Przyszłam na pierwsze zajęcia z myślą, że będę wpadać raz na jakiś czas, tak na luzie. Chciałam poznać ludzi, zobaczyć, o co chodzi, trochę się „odmóżdżyć”. Od razu poczułam, że to jest coś zupełnie innego niż Goalball.

W Showdownie bardzo spodobało mi się to, że tu gra się dla siebie. W Goalballu kochałam drużynę, atmosferę, rywalizację, ale to jest ogromna odpowiedzialność. Jeśli coś ci nie wyjdzie — cierpi cała drużyna, a błędy się zdarzają, bo przecież jesteśmy tylko ludźmi. To potrafi siedzieć w głowie.

W Showdownie tego nie ma. Jeśli coś mi nie wyjdzie, to tylko moja sprawa. Nikt nie ucierpi, nikt nie będzie miał do mnie pretensji.

E.O.: Na początku przychodziłaś do „Ikara” od czasu do czasu, ale później wciągnęło Cię to na dobre?

D.Cz.: Bardzo. Najpierw przyszłam „na próbę”, a potem bardzo polubiłam panujący tam klimat. Było luźno i swobodnie. Ludzie byli otwarci, życzliwi, pełni energii. Było nas wtedy naprawdę dużo i aż chciało się przychodzić, choćby dla samego towarzystwa.

Przy okazji można było się poruszać przy stole, odstresować, zapomnieć o wszystkim. To było coś niesamowitego.

E.O.: W pewnym momencie zdecydowałaś się wystartować w zawodach. Pamiętasz, jak do tego doszło?

D.Cz.: Szczerze? Nie do końca pamiętam, jak to wyszło. To przyszło naturalnie. Najpierw były takie klubowe zawody, organizowane przez naszego trenera – wewnętrzne, bez presji. To były moje absolutnie pierwsze zawody. Później przyszły te poważniejsze.

Pierwsze ogólnopolskie zawody, w których wzięłam udział, odbyły się w Dźwirzynie. To była liga. Pamiętam, że byłam przerażona, ale jednocześnie podekscytowana. Co najważniejsze – nie byłam ostatnia. To było dla mnie ogromne „wow”.

E.O.: Jak wspominasz ten pierwszy wyjazd?

D.Cz.: Fantastycznie. Poznałam mnóstwo ludzi, zobaczyłam, jak wygląda prawdziwa rywalizacja. I spodobało mi się to. Bardzo. Wszyscy byli mili, uśmiechnięci, niezależnie od tego, czy wygrali, czy przegrali. Pomyślałam wtedy: „To jest fajne. Chcę więcej”.

E.O.: Poczułaś, że chcesz się w to zaangażować na poważnie?

D.Cz.: Tak. Ja już tak mam, że jak coś polubię, to chcę dać z siebie sto procent. Na początku Showdown miał być tylko odskocznią, takim „odmóżdżeniem” od szkoły, od Goalballa, od presji. Kiedy jednak zobaczyłam, że naprawdę mnie to kręci, stwierdziłam, że chcę czegoś więcej niż tylko „być”. Chciałam pokazać, że potrafię. Że mogę coś osiągnąć.

Te pierwsze zawody dały mi takiego kopa, że zaczęłam częściej przychodzić na treningi, bardziej się przykładać, więcej pytać, więcej analizować.

E.O.: A pamiętasz swoje pierwsze poważne zawody? Takie naprawdę „na serio”?

D.Cz.: To były Półfinały Mistrzostw Polski 2019 w Świdniku. Podeszłam do nich totalnie na luzie. Powiedziałam sobie: „Dopiero zaczynam, nie mam czym się stresować””. Byłam tam z ludźmi, którzy mieli o wiele większe doświadczenie. Chciałam po prostu sprawdzić, w jakim miejscu jestem. Czy mam o co walczyć. Ile mi brakuje. Ku mojemu zaskoczeniu – awansowałam do Finałów, zajmując trzecie miejsce.

E.O.: To musiało być niesamowite uczucie.

D.Cz.: Było. Do dziś pamiętam te statuetki. To nie były zwykłe metalowe puchary, jakich pełno wszędzie, tylko drewniane, malutkie, symboliczne. Na drewnianym podeściku stała wycięta rakietka do gry w Showdown. Coś pięknego, wyjątkowego.

Myślę, że tak dobrze mi poszło – bo nie miałam presji. Trener też nigdy jej nie nakładał. Nie było „musisz”, „powinnaś”, „wygrasz albo koniec świata”. Zawsze mówił: „Pokaż to, co umiesz. Nic więcej”. To podejście robi ogromną różnicę. W sporcie głowa to połowa sukcesu.

E.O.: Byłaś już po pierwszych zawodach, załapałaś bakcyla i przyszła kolej na Finały?

D.Cz.: Pamiętam, że byłam wtedy jakaś „nasta” – nie ostatnia, ale też nie w czołówce. W półfinałach chodziło o to, że z całej grupy zawodników tylko ośmiu przechodziło do finałów. Do tego dochodziła jeszcze trójka z poprzednich Mistrzostw Polski i czasem jakaś dzika karta. Ja byłam gdzieś pośrodku. Nie poszło mi wybitnie, ale czułam, że jest potencjał. Że mogę próbować dalej.

E.O.: I próbowałaś. A co z Goalballem?

D.Cz.: Przez jakiś czas trenowałam równolegle Goalball i Showdown. To nie trwało długo. Z powodów zdrowotnych i osobistych musiałam zrezygnować z Goalballa. To była trudna decyzja, ale w tamtym momencie potrzebna. Wtedy już całkowicie poświęciłam się Showdownowi.

I nagle…zaczęłam wygrywać. Coraz lepiej mi szło. To mnie utwierdziło w przekonaniu, że może coś ze mnie być, że może kiedyś uda się dostać do kadry narodowej. W Goalballu byłam w kadrze, więc wiedziałam, jakie to uczucie — reprezentować kraj, jeździć na turnieje międzynarodowe. To ogromne wyróżnienie. I gdzieś po cichu marzyłam, że w Showdownie też kiedyś tam trafię.

E.O.: W końcu nadszedł ten moment. W jaki sposób dowiedziałaś się o tym, że zostałaś powołana do kadry?

D.Cz.: To było podczas Mistrzostw Polski. U nas zawsze wyglądało to tak, że po ogłoszeniu wyników trener kadry wychodził i mówił, kto został powołany na kolejny sezon. Ja wtedy zajęłam czwarte miejsce. Pamiętam, że czułam ogromny niedosyt. Wtedy chyba jeszcze było tak, że do kadry wchodziła pierwsza trójka.

Pomyślałam: „Ech, tak niewiele brakowało. Za rok na pewno to zrobię”. Już sobie układałam w głowie plan na przyszłość, a tu nagle… trener wyczytuje moje nazwisko. Kompletnie się tego nie spodziewałam a jednocześnie poczułam się doceniona. Tak po ludzku — było mi bardzo miło. Od razu przyszła myśl: „OK, teraz zaczynają się schody. Teraz musisz pokazać, że zasłużyłaś na to miejsce w kadrze”.

To był taki moment, który pamięta się całe życie.

E.O.: Który to był rok?

D.Cz.: Jak dobrze kojarzę, to był rok 2022. Ostatnio liczyliśmy, to ten sezon jest już moim piątym rokiem w kadrze narodowej. Nawet nie wiem, kiedy to tak szybko minęło.

E.O.: Rok 2022. Twój pierwszy rok w kadrze narodowej. Reprezentowałaś Polskę. Jak wyglądały Twoje pierwsze międzynarodowe zawody?

D.Cz.: To było dla mnie ogromne przeżycie, choć… paradoksalnie te pierwsze zawody nie były tymi „najważniejszymi” w sensie rankingowym. W Showdownie są turnieje cykliczne, które odbywają się co roku i za które zdobywa się punkty do światowego rankingu a mój pierwszy wyjazd był turniejem międzynarodowym, ale takim… nie rankingowym. Luźniejszym, idealnym dla nowicjusza.

To była Sardynia. Pamiętam to doskonale. Nie było tam zawodników z absolutnego topu, więc atmosfera była spokojniejsza. Mimo wszystko dla mnie to było ogromne wyzwanie. Czułam, że muszę pokazać, że trener się nie pomylił, wyczytując moje nazwisko. Że zasłużyłam.

Udało mi się wywalczyć trzecie miejsce – moje pierwsze podium na turnieju międzynarodowym. To było niesamowite uczucie.

E.O.: I co było dalej?

D.Cz.: Dalej? Bywało różnie: raz lepiej, raz gorzej. Kiedy zaczynasz mierzyć się z zawodnikami z absolutnej światowej czołówki, to już nie ma miejsca na przypadek. To są ludzie z top 10 rankingu, najlepsi z najlepszych. Każdy mecz to walka o każdy punkt.

Wówczas trenowałam już regularnie, jeździłam na zawody, pytałam bardziej doświadczonych zawodników o rady. Powoli, ale konsekwentnie czułam się coraz bardziej pewna swoich technik i taktyki podczas rozgrywek.

E.O.: Można powiedzieć, że zaangażowałaś się w Showdown całym sercem. To musiało się przełożyć na wyniki.

D.Cz.: Tak, ale nie tylko trening fizyczny zrobił różnicę. Ogromnie pomógł mi trening mentalny. W pewnym momencie czułam, że coś mnie blokuje, że potrafię więcej, niż pokazuję na zawodach, że umiejętności mam, ale w mojej głowie tkwi jakaś bliżej nieokreślona blokada.

Kiedy pojawiła się możliwość skorzystania z treningu mentalnego, pomyślałam: „Spróbuję”. To była jedna z najlepszych decyzji. Pracowałam z Karolem — świetnym trenerem mentalnym. Spotykaliśmy się regularnie, rozmawialiśmy, analizowaliśmy moje reakcje, emocje, stres.

E.O.: Co dał Ci ten trening?

D.Cz.: Przede wszystkim zdjął blokady. Pokazał mi, jak ogromne znaczenie ma nastawienie, podświadomość, sposób myślenia. Zrozumiałam, że technika i umiejętności to jedno, ale bez spokojnej głowy nie pokażesz nawet połowy tego, co potrafisz. Kiedy sobie to wszystko poukładałam, wyniki zaczęły iść w górę. Wreszcie czułam, że podczas gry daję z siebie wszystko.

E.O.: Co daje Ci sport?

D.Cz.: Mnóstwo satysfakcji. To dla mnie taka czysta, szczera przyjemność. Towarzysząca wszystkim treningom i zawodom pozytywna energia zostaje ze mną na długi czas. Sport mnie pozytywnie nakręca, uspokaja, wzmacnia. To jest coś, co naprawdę kocham.

Dzięki sportowi jestem też pomiędzy ludźmi, a ja bardzo lubię ludzi. Spotykam ludzi z różnych środowisk, o różnych charakterach, z różnymi historiami. To jest ogromna wartość dodana.

E.O.: A podróże? Międzynarodowe turnieje to przecież okazja, żeby zobaczyć kawałek świata.

D.Cz.: Dokładnie. Co prawda czasu zawsze mamy mało, bo turnieje są intensywne, ale staramy się wykorzystać każdą wolną chwilę. Choćby na krótki spacer, zobaczenie okolicy, poczucie klimatu miejsca. To też jest super.

Sport daje możliwość bardzo wyjątkowego podróżowania, bo nie jedziesz jak turysta, tylko jako reprezentant kraju. To zupełnie inne emocje.

Takie wyjazdy to także świetna okazja, żeby oszlifować angielski. Kiedy musisz dogadać się z kimś z drugiego końca świata, nagle okazuje się, że potrafisz więcej, niż myślałaś. Każdy turniej to także możliwość poznania innych kultur. Zawodnicy z różnych krajów mają swoje tradycje, swoje podejście do sportu, swoje zachowania. To uczy otwartości. Pokazuje, że świat jest ogromny i różnorodny. I że warto tę różnorodność poznawać.

E.O.: Przejdźmy teraz do Twoich osiągnięć. Trochę się tego nazbierało…

D.Cz.: Trochę tak. W sumie kilkadziesiąt nagród. Kiedyś, w poprzednim mieszkaniu, mieliśmy je wszystkie ustawione na półkach i ludzie liczyli — wychodziło około pięćdziesięciu, może pięćdziesięciu pięciu. czasem otrzymałam medal, czasem puchar, czasem tylko dyplom. Dlatego ciężko to policzyć dokładnie.

I od razu powiem — nie chcę, żeby to brzmiało jak przechwałki. Ja nie gram dla nagród. Gram, bo kocham Showdown. A to, że coś się nazbierało… to po prostu efekt tego, że jak człowiek złapie bakcyla, to idzie do przodu jak burza i nawet nie zauważa, kiedy półka zaczyna się uginać.

E.O.: Masz jakieś ulubione nagrody? Takie wyjątkowe?

D.Cz.: Zawsze najbardziej doceniałam te nietuzinkowe, robione ręcznie. Kiedyś, na zakończenie ligi w Bydgoszczy, wręczane były ręcznie robione przez organizatorów statuetki. Były wyjątkowe, wycinane z drewna, ozdabiane piłeczkami czy rakietkami, które już nie nadawały się do gry. Malowane, klejone, absolutnie niepowtarzalne. To było piękne.

Jedną z moich najpiękniejszych nagród dostałam za drugie miejsce na European Top 12 — ETT. To był mój pierwszy taki turniej, jeszcze przed ciążą. Spotyka się tam dwunastu najlepszych zawodników z rankingu i każdy gra z każdym. To prawdziwy test poziomu.

A statuetka? Cudo. Drewniany stół do Showdown, wycięty w miniaturze, a w miejscu ekranu — metalowa tabliczka z opisem. Do dziś uważam, że to jedna z najładniejszych nagród, jakie mam.

E.O.: A najbardziej nietypowa nagroda?

D.Cz.: O, to pamiętam doskonale. Łotwa. Każdy zawodnik dostał… wiaderko marmolady. Ktoś to sponsorował, klub dostał całą partię i rozdali nam jako nagrody. Śmialiśmy się, że jeszcze nigdy sport nie był tak słodki.

E.O.: Zawsze chciałaś założyć rodzinę i mieć dziecko. Jak odnajdujesz się w roli mamy?

D.Cz.: Narodziny dziecka to ogromne szczęście, ale też… ogromna zmiana. Początki były trudne, jak to zwykle bywa. Wszystko było nowe, nieznane, trzeba było uczyć się siebie nawzajem. Chodziliśmy do szkoły rodzenia, ale życie szybko zweryfikowało, że teoria to jedno, a codzienność z maleństwem to zupełnie inna historia.

Macierzyństwo jest czymś, co daje mi mnóstwo radości, poczucie spełnienia i takiej bardzo ciepłej, codziennej bliskości. Odkąd zostałam mamą, mam takie poczucie, że wszystko, co robię, ma jeszcze większy sens. To jest miłość, której wcześniej nie znałam.

E.O.: A jak wspominasz czas ciąży i porodu? Czy jako osoba słabowidząca, z praktycznie szczątkowym widzeniem czułaś się traktowana jak inne pacjentki?

D.Cz.: Chciałabym, żeby ten fragment był opisany bardzo ogólnie. Powiem więc tak: okres ciąży i pobyt w szpitalu były dla mnie trudnym doświadczeniem, ale nie chcę wchodzić w szczegóły. To był po prostu wymagający czas, zarówno fizycznie, jak i emocjonalnie. Najważniejsze jest to, że wszystko zakończyło się dobrze, a mój syn przyszedł na świat zdrowy.

Bywały momenty, które nie należały do najłatwiejszych, ale nie chcę oceniać ani opowiadać o konkretnych sytuacjach. Skupiam się na tym, co dobre — na tym, że jestem mamą i że mój syn jest całym moim światem.

E.O.: Jak wspominasz Wasze pierwsze, wspólne tygodnie?

D.Cz.: To była mieszanka emocji: ogromna miłość, ekscytacja, ale też naturalna obawa, czy dam radę. Myślę, że każda mama to zna. Z czasem wszystko zaczęło się układać, a ja odkryłam, że potrafię więcej, niż myślałam, że nawet jeśli coś jest trudniejsze przez moją wadę wzroku, to nie jest niemożliwe.

E.O.: Co było dla Ciebie najtrudniejsze na początku?

D.Cz.: Ogólnie bałam się, że nie będę w stanie samodzielnie poradzić sobie z opieką nad synkiem. Bardzo też bałam się zostawać sama z synkiem. Płakałam, bo bałam się, że sobie nie poradzę. To było silniejsze ode mnie. Na szczęście mogłam liczyć na pomoc bliskich mi osób i to było dla mnie ogromnie ważne. Dzięki temu przestałam się bać, nabrałam pewności siebie i z czasem wszystko zaczęło się układać. Dziś patrzę z czułością na te pierwsze tygodnie pełne łez, niepewności, ale też ogromnej miłości. Wiem, że dałam radę.

Poza tym jako osoba bardzo aktywna po krótkim czasie zaczęłam odczuwać, że uwiera mnie monotonia, która na początku potrafi przytłoczyć. Chyba większość mam wie, o czym mówię: od karmienia do karmienia, od pieluchy do pieluchy. Wcześniej przecież całe życie byłam w ruchu — ludzie, treningi, praca w przychodni, wyjazdy. Nawet w ciąży byłam aktywna, spotykałam się ze znajomymi. Potem nagle – dom. Cisza. Powtarzalność. I brak takiego codziennego kontaktu z ludźmi.

Pierwsze trzy, cztery tygodnie były najtrudniejsze. To był taki czas, kiedy wszystko się układało, a ja musiałam odnaleźć się w nowej roli. Z czasem powoli zaczęliśmy wychodzić do ludzi, pokazywać synka, wracać do świata i to bardzo mi pomogło. Już, kiedy nasz szkrab miał dwa miesiące, pojechaliśmy na obóz sportowy do Mielna. To był obóz połączony z turniejami Showdown oraz Strzelectwa laserowego.

E.O.: A karmienie piersią? To też bywa trudne dla wielu mam.

D.Cz.: Dla mnie było. Nie dlatego, że nie chciałam, tylko dlatego, że nikt nie potrafił mi tego dobrze pokazać. Było wiele prób, wiele osób, ale wciąż czegoś brakowało. Miałam nawet konsultację laktacyjną — przy doradczyni wszystko wychodziło, a potem już nie.

Pamiętam, że w końcu poprosiłam o pomoc naszego przyjaciela rodziny. Na początku było mi głupio, ale byłam tak zagubiona, że potrzebowałam wsparcia. Przyszedł, usiadł ze mną na dwie godziny i po prostu pomagał. Pokazał mi to inaczej, spokojniej. I to mnie bardzo podbudowało. Dzięki temu w końcu zaczęłam sobie radzić.

E.O.: Twój synek rośnie jak na drożdżach. Jak sobie radzisz z takim małym odkrywcą?

D.Cz.: Radzę sobie… różnie. (śmiech)

Synek już raczkuje, więc albo raczkuję za nim, albo wkładam go do kojca, kiedy muszę coś zrobić. Mam duże wsparcie rodziny, ale wiadomo — są momenty, kiedy jestem sama i wtedy ten kojec to moje wybawienie. Jest zabudowany, bezpieczny, jest w nim kilka zabawek. więc wiem, że nie złapie kabla, nie wsadzi paluszków tam, gdzie nie trzeba. A jak nie kojec, to sprzątamy razem — on raczkuje, ja wycieram podłogę. Taki duet.

E.O.: W jaki sposób odpoczywasz, kiedy uda Ci się złapać chwilę dla siebie?

D.Cz.: Bardzo lubię czytać książki w formie audiobooków – najbardziej kryminały, ale tak naprawdę mam szeroki gust. Teraz, wiadomo, z maluchem czasu jest mniej, ale jak tylko mogę, to sięgam po książkę. Lubię też spacery, zwłaszcza teraz, kiedy mamy psa. Zwierzęta zawsze były mi bliskie, bo wychowałam się na wsi.

E.O.: A praca? Tęsknisz? Chcesz wrócić?

D.Cz.: Powiem tak: tęskniłam. Jeszcze w ciąży, potem na początku, kiedy mały się urodził. Tęskniłam za ludźmi, za ruchem, za tym, że coś się dzieje. Ale teraz… mam głowę pełną wszystkiego: siedmiomiesięczne dziecko, pies, dom, remont. Nie mam przestrzeni, żeby myśleć o pracy. Na razie jest dobrze tak, jak jest.

E.O.: Masz jakieś marzenia? Plany na przyszłość?

D.Cz.: Moim największym marzeniem jest pokazanie mojemu dziecka jak najwięcej świata. Chcę, by poznał różne miejsca, kultury, ludzi. A jeśli chodzi o sport, chciałabym wrócić do Showdown na pełnych obrotach. Po porodzie już grałam, ale z maluchem jest trudniej. Wierzę jednak, że przyjdzie moment, kiedy znów będę mogła trenować tak, jak kiedyś.

Galeria zdjęć

Rozmawiała: Ewelina Orzechowska
Zdjęcia z archiwum prywatnego Dominiki Czuj

Materiał powstał w ramach projektu „Wzmacniamy aktywność” 
realizowanego w okresie 01.01.2025 r. – 29.02.2028 r.
przez Lubelskie Forum Organizacji Osób Niepełnosprawnych – Sejmik Wojewódzki

Zadanie publiczne jest dofinansowane ze środków PFRON 

UWAGA: Pobieranie, kopiowanie i jakiekolwiek inne wykorzystanie treści dostępnych w powyższym materiale wymaga pisemnej zgody LFOON – SW będącego właścicielem serwisu www.niepelnosprawnilublin.pl.

Facebook