BIULETYN INFORMACYJNY OSÓB NIEPEŁNOSPRAWNYCH
Selfie robione smartfonem: Barabar Geryń ubrana w białą garsonkę w różowe kwiaty

Barbara Geryń: „Chciałabym, żeby po tamtej stronie Pan Bóg nie musiał na mnie patrzeć krzywo.”

Tytułowa Barbara jest dla mnie Baśką. Przyjaciółką właściwie od pierwszego przypadkowego spotkania pod sekretariatem. Za nami co najmniej setka spotkań, godziny rozmów przy herbatce o sprawach błahych, zwykłych wyjątkowych, ważnych i bardzo trudnych.

Basia to dla mnie osoba, która realizuje na co dzień wszystko to, co się mieści w słowach: ułańska fantazja. Odważna i wytrwała, silna i delikatna, a przy okazji bardzo wrażliwa. Łączy w sobie klasę damy starej daty z energią nowoczesności. Nie dziwi się światu, tylko mu się dokładnie przygląda. Z niejednego pieca jadła chleb i przekroczyła niejeden życiowy Rubikon. Szyk, styl i klasa. Jedyna osoba, która zaprosiła mnie na moje własne imieniny. Bardzo się cieszę, że dziś zechciała się z Państwem podzielić najważniejszymi kawałkami swojego świata.

Rak i wartości osobiste

Gdy zachorowałam pierwszy raz na raka, to postanowiłam sobie, że nie będę płakać. Nie będę pytała „Dlaczego ja?”, bo ktoś może mi zadać pytanie: „A dlaczego nie ty?”. I postanowiłam nie dawać się. Prosta filozofia: jest tak jak jest; jest taka choroba, ludzie na nią chorują. Zachorowałam i muszę to przyjąć.

I nie płakałam, nie utyskiwałam. Lekarz powiedział, że mam 7% szans na przeżycie. Ja na to, że rozumiem; że będę się starała te 7% wykorzystać. I postanowiłam, że się nie poddam; że będę normalnie żyć, pomagać tak jak pomagałam i będę się cieszyć.

No i dalej pan doktor mi mówi „proszę pani, 5 lat będzie miała pani takiego męczenia się w związku ze skutkami choroby i z tym wszystkim, a na dodatek w pani przypadku istnieje prawdopodobieństwo, że znowu pani zachoruje”.

Ja mu na to, że trudno, a on mnie pyta, jak to możliwe, że ja z takim spokojem to przyjmuję. A ja wtedy po prostu pomyślałam, że widocznie nie ma innej możliwości – innych procedur, które mogłyby temu zapobiec. Przecież nikt mi tego nie zabierze, nikomu tego nie oddam. Nikt nie powie: „No daj, ja zachoruję za ciebie”. I o tak całe życie. No i później zachorowałam drugi raz, po 13 latach następne zachorowanie.

No i takie samo postępowanie: optymizm, przekonanie, że medycyna się rozwinęła, że zrobię, co w mojej mocy i lekarze też. Na szczęście rak jest w miarę możliwości w porę złapany, operacja, wycięte 80 cm jelita, plus tamte wszystkie okoliczne węzły. I jak przyszłam po operacji do profesora, żeby tam porozmawiać, to mówi: „Proszę pani, ale pani jeszcze raz zachoruje. Bo pani ma komórki nowotworowe w węzłach chłonnych. I znów odpowiedziałam: „Panie Profesorze, rozumiem, nie jestem w stanie nad tym zapanować, ale będę walczyć”.

Nie wiem skąd mi się to wzięło, nie potrafię tego wytłumaczyć. Ale to chyba ta moja życiowa wartość osobista i taka strategia na robienie czegoś mimo wszystko, szukanie innych rozwiązań i możliwości. W szkole moja siostra bliźniaczka była najlepszą uczennicą. Nawet ostatnio jakiś kwit znalazłam, gdzie jest napisane, że najlepsza uczennica, wzorowe zachowanie; i stopnie, i wszystko najlepsze: piątki od góry do dołu. A ja nigdy takiego kwitka nie dostałam. Nigdy nie miałam samych piątek. Ale starałam się jakoś tak nadrabiać taką dobrocią, uczynnością. Żeby mieć same piątki z życia.

I zauważyłam, że taki przyjazny sposób bycia i życia, taka radość wewnętrzna, że mi się udało, że to zjednuje ludzi, a mi samej daje możliwość przeżycia. Więc starałam się zawsze tak inaczej zachowywać. No i może dzięki temu udało mi się przeżyć?

I ta radość, chęć pomocy innym, chęć takiego niezamykania się w samej sobie, daje możliwość bycia w takim dobrostanie, w poczucie dobra, spełnienia. Aczkolwiek zauważyłam, że niektórzy uważają takie zachowanie za infantylność. Ale ja sobie tak czasami myślę, że może takie zachowanie pozwala mi się schować? Schować za cierpieniem, jakie musiałam przejść. Przez różne upokorzenia, które mnie spotykały i inne rzeczy, które też mi się zdarzały. Więc niech ludzie nazywają to sobie, jak chcą. Nie mam z tym problemu. Zawsze sobie mówię: że jeżeli ktoś mnie akceptuje z tą moją – jak zwał, tak zwał – „infantylnością”, moim zachowaniem i moim stylem bycia i życia, to się kolegujemy. A jak nie może, to nie. Trudno. Wszystko w wolności. Nie będę się zmieniać, nie będę się zachowywać tak jakby inni chcieli. Bo przecież nie wszyscy muszą być tacy sami. I to kolejna moja osobista wartość: być prawdziwą sobą.

Staram się robić dobrze, nie dokuczać i nie być człowiekiem niepomocnym, niewyrozumiałym. Nie oceniam. Tego nauczyła mnie praca z chorymi – trzeba zrozumieć człowieka, jego „biedę”. Jak się komuś nie podobam i czuję jakiś tak wewnętrzny opór przed tym człowiekiem, a nie muszę z nim mieć żadnych relacji, to nie zbliżam się do niego. A jeżeli muszę mieć relacje, to traktuję go normalnie takiego, jaki tam jest. Aczkolwiek mi się nie podoba. Staram się wybaczać. Obojętnie, czy on mi się podoba, czy się nie podoba, bo czasami wchodzi człowiek, no i mi się nie podoba na pierwsze spojrzenie. Ale od razu stawiam do pionu i mówię: „Nie interesuje mnie to. On ma potrzebę, on do ciebie przyszedł po pomoc”.

A wracając do choroby: jak komuś mówię „zaprzyjaźnij się z tym, nie walcz”, to jest to dla niektórych ciężkie do zrozumienia. Pytam: Dlaczego walczysz przeciwko sobie? Dlaczego jesteś w opozycji? Dlaczego stajesz w wyparciu? Wypierasz: „Nic mi nie jest”. „Wszystko dobrze”. Po co ty to robisz? Po co niszczysz siebie, tracisz czas, energię na coś, co nie ma racji? Po co ukrywasz prawdę?

Często ludzie zaraz po diagnozie zamykają się, nie chcą pomocy, nie chcą nic. Nie poczytają żadnej książki; zamykają się w swojej skorupie; siedzą i myślą tylko o raku i śmierci, i o chemii, że ich chemia zamorduje. Najgorzej, jak ktoś się robi złośliwy, zgryźliwy, zaborczy; uważa, że wszystko mu się należy i on jest najnieszczęśliwszy, jest mu najciężej. Jest najbardziej chory na świecie. A tu trzeba mieć wiedzę. Ja już nie mówię, że jakąś głęboką wiedzę, ale taką powierzchowną wiedzę, dającą wgląd w siebie i w tę chorobę; przekonanie, że z każdej choroby można wyjść. Ale ludzie nie chcą tej wiedzy, boją się tej wiedzy, boją się tego słowa. Znam ludzi, którzy przez dłuższy czas nie używają słowa rak. Mówią: „jakaś tam choroba”, „niedogodności”. I nie chcą tego słowa używać. Boją się, boją się tego. Słowo RAK brzmi jak wyrok. A przecież w każdej rodzinie dzisiaj jest rak. I trzeba się z tym zaprzyjaźnić. I ludzie wychodzą z tego, żyją.

Ja też żyję.

I jak mi doktor powiedział, że będę miała kolejny nowotwór, to się nie wahałam. Musiałam obustronną mastektomię zrobić. Jak Angelina Jolie. Zrobiłam to i tak sobie wtedy pomyślałam, że jestem odważną osobą. Ja się nie boję. Jestem odważna i pogodna. Popatrz na mnie, cały czas walczę!

Nie mam złego życia. Dobrze mi się żyje. Mimo że trzy razy chorowałam na raka. Tak sobie czasem myślę: „Panie Boże, a może i dobrze, że to ja zachorowałam, a nie ludzie, którzy mają małe dzieci; którzy nie mają może tyle siły, tyle energii i zasobów, żeby to pokonać”.

Ja mam te zasoby. Nie wiem, skąd to się bierze, takie coś, nie umiem tego wytłumaczyć. Może to są jakieś genetyczne uwarunkowania?

Pielęgniarka po kądzieli

Mama była pielęgniarką, babka – taką wiejską akuszerką, szeptuchą – całe życie ludziom połamane nogi składała. Nic więc dziwnego, że i ja taką drogę wybrałam, skoro u nas w każdym pokoleniu kobiety były silne i pomagały ludziom. I myślę, że ja to kontynuuję – wiedzę zebrałam od nich, zachowania, nawyki, zapatrywania. To były kobiety z wielkim takim poświęceniem. Z wielkim szacunkiem do drugiego człowieka. Mimo że czasami musiały ponieść konsekwencje swoich działań, ale zawsze umiały pogodzić się z tym, że czasami trzeba coś stracić, ale innym pomóc.

W wieku 68 lat poszłam na kolejne studia pielęgniarskie. Całe życie byłam pielęgniarką, więc po co mi to było? Bo ja cały czas coś udowadniam. Kiedyś rodzicom, teraz siostrze, że mogę, że potrafię. Sobie też. A teraz doszłam do wniosku, że mam za mało wiedzy i ta wiedza moja jest już stara, bo metody postępowania i działania w medycynie są teraz inne. Można sobie coś sprawdzić w Internecie, poszukać informacji, ale na co dzień w tak odpowiedzialnej pracy nie mogę na takich źródłach polegać.

Jak nie mam wiedzy, to chcę ją zdobyć. Zawsze, jak w jakimś obszarze niedomagałam, to szłam tę wiedzę zdobywać. I technikum ogrodnicze, i pielęgniarstwo, i UMCS, i Uniwersytet Opolski. No i sobie myślę: „To koniec! To już tak nie może być. Nie mogę się tak męczyć. Albo zrezygnuję z pracy i nie będę tego robić, albo muszę się douczyć” Jak pomyślałam, tak zrobiłam. Problem był taki, że wszędzie proponowano mi licencjat od 1. roku. A tam są dzieci po liceum. No jak ja wejdę z nimi w relację? No śmiech na sali, było mi ciężko z tym się pogodzić trochę. No i poszukałam w Internecie, gdzie jest szkoła, która nie zaczyna od ścielenia łóżek i odrobienia zastrzyków. No i znalazłam w Łodzi Akademię Humanistyczno-Ekonomiczną. Zatelefonowałam. Poszłam na indywidualny tok nauczania. Rok i dwa miesiące. Pierwszy stopień zrobiony.

No, ale dużo mnie to kosztowało, bo przyjeżdżałam, uczestniczyłam w całych blokach zajęć. Mąż już wtedy zaczął chorować, więc musiałam się sprężyć i zrobiłam to. Ukończyłam studia z oceną dobry plus. I teraz, jak jestem w pracy, to się czuję mocniejsza, dużo więcej wiem.

Nie muszę pracować, pracuję, bo chcę. Często ludzie mówią: „Idę do roboty…”. Mam wtedy ochotę powiedzieć: „Do jakiej roboty, proszę pani? Pani idzie do pracy. Pomagać w ramach swoich kompetencji drugiemu człowiekowi”. A ja się cieszę, że idę do pracy.

Rysiunio

Teraz opiekuję się Mężem. Mąż mój jest bardzo ciężko chory. No i w zasadzie nieuleczalny z racji na wiek i z racji na olbrzymie zmiany. Jestem pielęgniarką, wiem, jak go pielęgnować, znam zasady. Jest mi ciężko, gdy muszę go podnieść, posadzić. Ale wszystkie te czynności higieniczne i toalety, i karmienie – to nie jest to dla mnie trudne. Ludzie dziwią się, że go nie oddałam do domu opieki. Uważam, że powinnam być w stosunku do ludzi lojalna, a szczególnie w stosunku do mojego Rysiunia. Nie robię tego wszystkiego, bo muszę. Ja to robię, bo chcę i mam umiejętności. Bo to jest dla mnie bardzo bliski człowiek. On mi pomagał, razem różne pokonywaliśmy trudności, nie mogę go teraz zostawić. I mam taki spokój ducha. I to uważam, że jest kolejna osobista wartość moja.

Nie oddam go, bo mam umiejętności i tak sobie zorganizowałam dzień, że wystarcza mi czasu i sił na wszystko. Oczywiście, że clou to jest mój Mąż. Jak idę do pracy, to wstaję o godzinie 3:30. Jak nie idę do pracy, to śpię do 6:00. Wstaję i pierwsze, co robię, to zajmuję się Mężem – ściągam go z łóżka, nakarmię, napoję, obejrzę, itd. Potem zajmuję się moimi zwierzętami, na końcu sobą i idę do pracy.

Wszystkie stworzenia duże i małe

Kocham zwierzęta. Karmię gołębie. Codziennie 2 kg kaszy im sypię. Dzień w dzień, najtańszej, jęczmiennej, wiejskiej. Dzień w dzień, do wiosny. Dopóki nie wyprowadzą lęgu. Żeby nie latały i nie szukały. Uwielbiam zwierzęta, pomagam zwierzętom, zbieram chore zwierzęta z chodnika. Raz ktoś kopał chorego gołębia, wzięłam go. Był u mnie w domu, poszłam z nim do lekarza. Przejmuję się cierpieniem chorego zwierzęcia, chorego ptaszka, chorego wróbelka, chorego kota, chorego pieska. Widzę, jak ludzie męczą zwierzęta i nie daję rady.

Jak ktoś dorosły jest chory, to ja sobie z tym radzę. Potrafię zachować osąd sytuacji. Ale nie radzę sobie z cierpieniem dzieci i zwierząt. Po prostu sobie nie radzę. I dlatego nigdy nie chciałam pracować w oddziale dziecięcym. Nie mam dzieci. Znam dziecko tylko z książek do pediatrii albo pedagogiki. Tylko tak znam dziecko. Nie znam dziecka inaczej. A chcąc pracować z dzieckiem, to musisz z nim tak pracować, jakby to było dziecko twoje albo twojej najlepszej przyjaciółki. A ja nie jestem z tego w stanie zrobić. Więc nie pracuję z dziećmi i nie mogłabym pracować w gabinecie weterynaryjnym. Nie, tu się nie nadaję. Jestem za słaba do tego. Płaczę, jest mi żal.

Robótki ręczne

Na co dzień daję z siebie wszystko, wymagam od siebie bardzo dużo. Bardzo. Czasami, jak mi coś nie wychodzi, to siadam, coś piszę, wyszywam, haftuję, szyję, żeby wyrwać się od tego natłoku myśli i tak trochę samą siebie okłamać, swój mózg. Nie pozwalam sobie na to, żeby on mną kierował. Bo zauważyłam, że mózg to nie zawsze jest przyjaciel. I jak on zaczyna mną już tak poniewierać, to ja wtedy muszę pokazać samej sobie, że ja dużo mogę, że ja dużo potrafię.

Doszłam do takiego wniosku, że trzeba mieć hobby, w którym człowiek się sprawdza. Hobby, jakieś takie zaangażowanie w coś. Jeżeli jest mi ciężko, tak jak w tej chwili, to biorę igłę, nitkę i wyszywam. To mi daje ukojenie, nie zmusza mnie do mówienia, do myślenia. Od dziecka miałam takie potrzeby artystyczne i rękodzielnicze. Kwiatki zbierałam na łące i robiłam jakieś tam kompozycje, szyłam ubranka lalkom i kotom. Dzisiaj w domu mam dużo własnoręcznie zrobionych ozdób. Lubię to swoje, jak to mówi moja siostra, muzeum.

Co mi daje najwięcej frajdy? Usiąść, jak już jestem przemęczona tak bardzo i mam duży natłok myśli, że już nie mogę ich poukładać. A potem wziąć robótkę i porobić. Teraz robię pisanki, bo zbliża się czas na nie. Całą jesień robiłam bombki i aniołki. Setki ich zrobiłam. Teraz pisanki, a potem będę wyszywać jakieś krzesełka, obrazy, kwiaty.

To mi daje ciszę. Nie muszę nad tym myśleć, bo mam wzór narysowany na papierku, mam nici, Musze tylko pilnować, żeby się zgrały i „ciuch ciuch ciuch ciuch ciuch ciuch ciuch ciuch” powstaje bombka, serwetka, obraz, aniołek, pisanka. Robię, dopóki nie jestem zmęczona. Potem krótka przerwa, bo zauważyłam, że krótkie przerwy są wskazane. Nie mogę tak siąść i pracować, aż mi nos w robótkę wleci, bo później muszę wiele pruć i poprawiać.

Nie muszę przy tym myśleć, nie muszę się zastanawiać. Nie muszę też robić takiego, „knuju, knuju”, co by było, gdyby… co kto powiedział… itd. Przestało mnie to interesować. Jestem ja tu i teraz, i moja robótka.

Marzenia

Moim marzeniem jest pojechać do Francji do Chartres i do Niemiec, do Kolonii: obejrzeć witraże i całe te piękne katedry. Tego bym chciała. Pójść i przez ten labirynt przejść i tam porozmawiać z Bogiem. Często z Bogiem rozmawiam. Jak potrzebuję, to do kościoła polecę. Zapytam się o coś, porozmawiam. Czasami się pokłócę, mówię „No Panie Boże, no wiesz co?!”. No, ale jak mam jakiś taki duży problem i proszę o pomoc, to ja ją otrzymuję. Otrzymuje poprzez rozwiązanie jakieś, poprzez okazanie mi dobroci człowieka, który przyjdzie z dobrym słowem albo rozwiązaniem. Tak, zawsze się jakiś znajdzie Samarytanin, który mi rękę poda, naprawdę. Największym atutem jest niesienie dobra.

Obserwuję ludzi; to, jak się zachowują w różnych sytuacjach, w porażkach. I zauważyłam, że jeżeli człowiek jest taki nieużyty, taki ksobny, to on drugiemu nie pomoże. Bo wszystko tylko jemu się należy. Czy zdrowy, czy chory.

Credo

Jestem wolnym człowiekiem. Tak, niczego nie muszę. Jestem na emeryturze. Starcza mi od pierwszego do pierwszego, więcej nie potrzebuję. Nie odkładam na żadne czarne godziny, bo czarna godzina może być za chwilę, więc nie składam na to. Żyję tak, żeby mi starczyło, żeby być zadowolonym, żeby nie krzywdzić, a reszta mnie nie obchodzi.

Ufam ludziom. Ufam, że jak poproszę kogoś o pomoc, to pomoże. Nie pomoże, to znaczy, że nie może, ale nie podejrzewam go, że jest taki, siaki czy owaki.

Niektórzy mówią, że to naiwne – takie podejście. A przecież powinno tak być, że my sobie ufamy; że jak coś mogę, to dla kogoś robię; jak potrzebuję, to też mam taką śmiałość. To tak przyjemnie, jak możesz drugiemu pomagać. Wolę dawać niż brać. Więcej mi to daje radości i satysfakcji. Dawanie. Nawet jeżeli czasami kosztem siebie. To znowu ta moja osobista wartość osoby. Człowiek, pomaga innym. Daje coś drugiemu, a poprzez to też czerpie dla siebie. Często myślę: „Jak się zachowam w trudnej chwili? Czy pozostanę człowiekiem?”.

Uważam się za osobę dobrą. I nie oszukuję siebie. Mimo że dzisiaj się mówi, że to się nie opłaca, że to jest naiwne, głupie, że trzeba zadbać tylko o siebie. Nie, nie, nie, ja tak nigdy nie mówię. Czasem trzeba nawet kosztem siebie pewne rzeczy dla innych zrobić. Dla niektórych to jest śmieszne, jak coś takiego powiem czasami, ale ja się tym już nie przejmuję.

Moje życie nie jest proste, ale jest mi bardzo dobrze żyć. Ja nie narzekam. Chciałabym, żeby po tamtej stronie Pan Bóg nie musiał na mnie patrzeć krzywo. To dobro, które tu niosę, to chcę i tam zanieść.

Galeria zdjęć

Rozmawiała: Anna Bieganowska-Skóra
Zdjęcia z archiwum prywatnego Barbary Geryń

Materiał powstał w ramach projektu „Wzmacniamy aktywność” 
realizowanego w okresie 01.01.2025 r. – 29.02.2028 r.
przez Lubelskie Forum Organizacji Osób Niepełnosprawnych – Sejmik Wojewódzki

Zadanie publiczne jest dofinansowane ze środków PFRON 

UWAGA: Pobieranie, kopiowanie i jakiekolwiek inne wykorzystanie treści dostępnych w powyższym materiale wymaga pisemnej zgody LFOON – SW będącego właścicielem serwisu www.niepelnosprawnilublin.pl.

Facebook