BIULETYN INFORMACYJNY OSÓB NIEPEŁNOSPRAWNYCH
Agnieszka Kwolek na tle ścianki wspinaczkowej. Jedną ręką trzyma chwyty, drugą prezentuje zdobyty brązowy medal Pucharu Świata w Parawspinaczce w Laval (25–26.10.2025).

Agnieszka Kwolek: „Empatia nie musi być wielkim hasłem. To codzienne, małe rzeczy.”

O górach, wspinaczce i byciu sobą z Agnieszką Kwolek, miłośniczką górskich wypraw, społeczniczką i zdobywczynią brązowego medalu podczas Mistrzostw Świata w parawspinaczce rozmawia Ewelina Orzechowska.

E. O.: Opowiedz kilka słów o sobie.

A. K.: Jestem kobietą… powiedzmy „osiemnaście plus”, bo wieku i tak nigdy nie pamiętam a może nawet nie chcę pamiętać. (śmiech)

Mam cudowną rodzinę: męża, dorosłego syna, który niedawno rozpoczął studia oraz domowe zoo – trzy koty i psa asystującego. Na co dzień działam bardzo aktywnie, zarówno zawodowo, jak i społecznie.

Pracuję w stowarzyszeniu Dogs For Life, gdzie szkolimy psy asystujące dla osób z różnymi niepełnosprawnościami. To praca, która daje ogrom satysfakcji. Spełniam się tam również jako edukatorka. Prowadzę zajęcia, spotkania i warsztaty edukacyjne.

E. O.: A działalność społeczna?

A. K.: Jedną z moich „społecznych działek” jest to, że jestem mamą osoby transpłciowej. Mój syn jest osobą transpłciową i naturalnie, zgłębiając ten temat, zaczęłam rozmawiać z innymi rodzicami. Byłam też zapraszana na różne wydarzenia, na przykład uczestniczyłam w tzw. „żywej bibliotece”, żeby opowiadać o naszych doświadczeniach. Z czasem dołączyłam do grupy samopomocowej dla rodziców. Wewnątrz tej grupy mamy taką podgrupę osób, które rozmawiają z nowymi rodzicami. I powiem szczerze, że to mnie bardzo dużo nauczyło – szczególnie słuchania. Ja zawsze byłam gadułą a tu nagle jestem w roli tej, która słucha. To jest bardzo wartościowe doświadczenie.

Zanim ktoś dołączy do grupy, rozmawiamy z tą osobą. To nie jest żadna „weryfikacja” w sensie egzaminu – bardziej rozmowa, żeby zobaczyć, czy ta grupa jest jej naprawdę potrzebna, czy jest na nią gotowa. Czasem ktoś nie jest jeszcze na tym etapie. A czasem… ktoś zwyczajnie nie ma dobrych intencji. A to ma być miejsce dla rodziców, którzy chcą wspierać swoje dziecko, nawet jeśli jeszcze nie wiedzą jak. Ważne, żeby byli otwarci i szukali drogi.

To nie jest terapia, choć czasem tak jest odbierana. To raczej uważne towarzyszenie i wsparcie, wysłuchanie i bycie obok w trudnych momentach.

E. O.: To jedna część Twojej działalności. A druga?

A. K.: Druga to edukacja – nie tylko zawodowa, kiedy opowiadam o psach asystujących, ale też taka bardziej osobista. Ostatnio, w związku z moją wspinaczką, zostałam zaproszona do szkoły, żeby opowiedzieć dzieciakom o sobie. To było 3 grudnia, w Dniu Osób z Niepełnosprawnościami. Chodziło o to, żeby pokazać, że mimo różnych barier można być aktywnym, robić fajne rzeczy, osiągać swoje cele.

E. O.: Jak dzieci zareagowały?

A. K.: Byłam totalnie zaskoczona. Po pierwsze – przyszła cała szkoła. Po drugie – odbiór był niesamowity. Nawet panie z dyrekcji były szczerze zdziwione – i zachwycone – że cała szkoła siedziała w absolutnej ciszy. Zero gadania, zero hałasu. Dzieciaki słuchały jak zaczarowane. To było dla mnie bardzo poruszające.

Dzieciaki Zadawały świetne pytania, były zaangażowane. A na koniec podeszły do mnie trzy dziewczynki i zapytały, czy mogą dostać autograf.

Pomyślałam: „Boże, świat się kończy, ktoś chce mój autograf”. Jeszcze im mówię: „Wiecie, jakbyście zamknęły oczy, to byście tak samo pisały”. A one na to: „Ale pani bardzo ładnie pisze.”. Wyglądały na naprawdę przejęte i szczere.  No i co miałam zrobić? Dałam im te ślepe autografy, jak to nazywam.

E. O.: Sport również zajmuje ważne miejsce w Twoim życiu.

A. K.: Zdecydowanie. Najwięcej czasu poświęcam wspinaczce sportowej. Chodzę też na judo, choć już mniej regularnie. Od czasu do czasu wracam do jazdy konnej. Latem z synem wyruszamy w góry.

Trzy lata temu odkryłam Główny Szlak Sudecki, tzw. GSS i… przepadłam. Pomyślałam: „Dlaczego ja miałabym tego nie spróbować?”. W Polsce mamy kilka takich długodystansowych szlaków – ten prowadzi przez Sudety, a na przykład Główny Szlak Beskidzki przez Beskidy. GSS ma 444 km, a GSB – 500 km. Są osoby, które przechodzą cały szlak za jednym razem – od początku do końca albo odwrotnie. Co ciekawe, na szlaku od razu poznajesz takich ludzi. Po prostu widać, że ktoś „idzie całość”. Mówimy sobie „dzień dobry”, czasem zamieniamy kilka słów.

Oczywiście rozsądek podpowiadał mi, że nie przejdę całego szlaku za jednym razem, ponieważ idę wolniej, potrzebuję więcej czasu. Ale samo planowanie było niesamowitą frajdą. Trasa, kilometry, lista rzeczy do zabrania, świadomość, że idziemy niezależnie od pogody… To była przygoda życia.

Pamiętam, że przed pierwszym etapem byłam tak podekscytowana, że nie mogłam spać. A szłam tylko z synem – ale to „tylko” jest tu umowne, bo on był moimi oczami.

E. O.: Twoimi oczami?

A. K.: Tak. Ja przygotowałam logistykę, czytałam blogi, opisy szlaków, planowałam etapy. A on miał jedno zadanie: przeprowadzić mnie z punktu A do punktu B. Korzystał z map w aplikacjach, wyznaczał trasę, był moim przewodnikiem. To było niesamowite doświadczenie.

Naszą przygodę z Głównym Szlakiem Sudeckim zaczęliśmy trzy lata temu. Zrobiliśmy trzy duże odcinki – rok po roku. Została nam ostatnia część. Niestety w tym roku, z bólem serca, musiałam ją odwołać z powodu mojego udziału w zawodach wspinaczkowych. Zawsze wracałam ze szlaku z jakąś mniejszą lub większą kontuzją – kolano, przeciążenie, coś typowego przy codziennym chodzeniu. A w tym roku miałam zawody w czerwcu i mistrzostwa świata we wrześniu. Bałam się, że nie zdążę się zregenerować. Było mi bardzo smutno, bo mieliśmy już wybrany termin, ale rozsądek wygrał.

Mimo tego, że nie odwiedziliśmy ukochanych gór, to na naszej drodze pojawiła się inna, bardzo ekscytująca atrakcja.

E. O.: Brzmi bardzo tajemniczo…

A. K.: Podczas pobytu w Szczecinie trafiliśmy na coś absolutnie niesamowitego: 252‑metrowy komin, z którego można skakać w systemie „dream jump”. To nie bungee – tu lecisz swobodnie, nic cię nie trzyma za nogi. Tutaj jesteś w pełnej uprzęży, takiej jak do wspinaczki. I kiedy wyskakujesz, masz poczucie absolutnie swobodnego lotu. Nic cię nie trzyma, nic nie ciągnie. Po prostu… lecisz.

Uczucie jest jak z filmowej sceny skoku z mostu: pełna wolność. To jest ekstremalne, ale jednocześnie bardzo komfortowe. Wyhamowanie jest płynne, bez żadnego szarpnięcia. Mówią, że przeciążenia są niewielkie, więc poleca się to osobom, które z różnych powodów nie mogą skakać na bungee. Było tak genialnie, że skoczyliśmy drugi raz. Co zabawne – drugi raz wcale nie jest łatwiejszy. Wręcz przeciwnie. Już wiesz, co cię czeka, więc adrenalina jest jeszcze większa. Ekscytacja i przerażenie w jednym.

A najlepsze? Po zewnętrznej stronie komina też można się wspinać. Już umówiłam się z instruktorem. To dopiero będzie wyzwanie – takie pozytywnie straszne.

Przy okazji odwiedziłam też ściankę wspinaczkową w Szczecinie, bo jakżeby inaczej. Uwielbiam „turystykę ściankową” i odwiedzam różne obiekty w Polsce – każda ścianka jest inna, każda ma swój klimat.

E. O.: 252 metry pionu… robi wrażenie.

A. K.: Ogromne. Nie zakładam, że zdobędę cały komin – to potężna ściana – ale wierzę, że część pokonam. I to już będzie przeżycie.

E. O.: Masz więcej takich wspinaczkowych marzeń?

A. K.: Jasne. Kolejne to przejście via ferraty – coś między wspinaczką a parkiem linowym. Uprząż, karabińczyki, lina i idziesz po skałach, stopniach, mostkach. Adrenalina, ale w bezpiecznej wersji. Niektóre ferraty są tak sprytne, że lina sama się przesuwa. A część można przejść z instruktorem albo – jak kiedyś w parkach linowych – z moim synem, który zawsze szedł pierwszy. Mówił mi: „teraz będzie to i to”. A potem wołał: „jestem, możesz iść”. To było świetne.

E. O.: Jak przygotowujesz się do górskich wypraw?

A. K.: Internet to kopalnia wiedzy. Na grupach górskich ludzie nie tylko się inspirują, ale także podpowiadają, gdzie spać, gdzie jeść, czego unikać. Czasem dzięki nim spotykasz kogoś na trasie i idziecie kawałek razem.

Niektórzy są bardzo skrupulatni, jeśli chodzi o zaliczanie szlaków. Jeśli nocleg jest poza szlakiem, to następnego dnia wracają dokładnie do punktu, w którym skończyli i idą dalej co do metra. Ich ambicją jest przejść całość absolutnie precyzyjnie. W naszym przypadku jest nieco inaczej, bo mój syn nauczył mnie „slow life”. My chcemy czerpać czystą przyjemność z bycia w górach. Na przykład szliśmy przez Srebrną Górę i zrobiliśmy sobie dzień przerwy na zwiedzanie twierdzy. Bo po drodze jest mnóstwo fantastycznych miejsc, które warto zobaczyć.

Pogoda bywa różna – może lać, może wiać – ale to część przygody. A jeśli mamy czas, żeby coś pozwiedzać, zatrzymać się, zobaczyć coś ciekawego, to robimy to. I to jest dla nas najfajniejsze.

Ja nie jestem typem wędrowca z namiotem i karimatą. Są ludzie, którzy idą totalnie na żywioł – śpią, gdzie popadnie, niczego nie planują. A my, kiedy mogliśmy, zatrzymywaliśmy się w schroniskach – każde ma swój klimat, swoją atmosferę. Uwielbiam to.

Poza tym ja to się śmieję, że jestem już „stara” i lubię się wyspać oraz wziąć prysznic. Dlatego lubię mieć wszystko zaplanowane: noclegi, etapy, dystanse. To ma plusy i minusy. Plusem było to, że wiedziałam, dokąd muszę dojść – to mnie motywowało. Minusem, że musiałam planować raczej mniej niż więcej, żeby nie zrobić sobie hardcore’u. I to mnie nauczyło pokory.

E. O.: W jakim sensie?

A. K.: Bo czasem wydawało mi się, że dany odcinek to będzie lajcik. Na przykład 12–15 kilometrów – „pójdziemy szybko, a potem jeszcze pozwiedzamy miasto”. A potem okazywało się, że przez kilka dni wcześniej lało i szlak zamienił się w rwącą rzekę. I zamiast iść, trzeba było szukać brzegów, przejść, przeskoków… To trwało nie trzy czy cztery godziny, tylko siedem. I nagle cały plan dnia brał w łeb.

E. O.: Dlaczego właśnie góry?

A. K.: Bo wszystko, co płaskie, jest dla mnie nudne. W górach jest życie. Sudety uwielbiam za „zmienność szlaku”: raz kamienie, raz błoto, raz labirynt Błędnych Skał, gdzie z plecakiem trzeba się przeciskać, czasem na kolanach. Ja potrzebuję ruchu, bodźców, nieprzewidywalności. W górach nigdy nie wiesz, co cię spotka. Zaplanujesz sobie sześć czy siedem dni marszu, 150 kilometrów, noclegi zarezerwowane… a potem przychodzi pogoda i mówi: „A teraz zobaczymy, jak sobie poradzisz”. To jest super. Raz leje, raz upał, raz mgła. Trzeba przetrwać. To mnie kręci.

E. O.: A pytania typu: „Po co Ci to, skoro nie widzisz?”

A. K.: Bywały. Ale świat odbiera się także innymi zmysłami. Tak samo góry. Zachwycam się zapachem lasu, chłodem poranka, śpiewem ptaków… i czasem glebą, gdy się potknę.

Najbardziej kocham pustkę między szczytami – nagle obok przebiega sarna i czujesz się jak na własnej wyspie.

Wyprawy z synem bardzo nas do siebie zbliżyły. Były humory, były kryzysy, ale dojrzeliśmy razem. Na początku chodziłam z białą laską, używając jej jak trekkingowego kijka. Podpierałam się nią. To pomagało, choć czasem się wyginała, bo momentami teren bywał trudny. Reakcje ludzi były cudowne. Słyszałam „Powodzenia.”, „Super, że idziecie”. Choć bywało też trudniej.

Zanim zaczęliśmy Główny Szlak Sudecki. Jeździliśmy wtedy w różne miejsca i robiliśmy z nich jednodniowe wycieczki. No i trafiliśmy właśnie na Błędne Skały. To była taka trasa, gdzie trzeba było wejść do góry, przechodzić między skalnymi formacjami, omijać je, wspinać się na kamienie, które były prawie na wysokości pasa. A do tego tłumy ludzi.

Tam nie ma wyboru ścieżki – idziesz tak, jak prowadzi wąski korytarz. I jeśli idziesz wolniej, to czujesz na plecach oddech całej kolejki. Taką presję: „Kiedy mogę ją wyprzedzić? Kiedy ruszy?”. To było bardzo niekomfortowe.

Wtedy byłam na etapie chodzenia z laską i czułam tę presję bardzo mocno. A mój syn, który był wtedy jeszcze mały, też to widział. I on tego nie wytrzymał. W pewnym momencie po prostu… poszedł do przodu. Nie dlatego, że chciał mnie zostawić. Bardziej dlatego, że był dzieckiem, które nie radziło sobie z napięciem i spojrzeniami ludzi. Ja to rozumiałam. Powiedziałam mu: „Idź, poczekaj na mnie wyżej. Ja sobie poradzę”.

E. O.: I poradziłaś sobie.

A. K.: Tak, choć wolniej. A dla mojego syna to było ogromne przeżycie. Miał wtedy mniej niż dziesięć lat i nagle poczuł, że „musi mnie prowadzić”. Później sam przyznał, że już nigdy by mnie tak nie zostawił. Dla nas obojga to była ważna lekcja.

Kiedy wróciliśmy tam w ramach GSS, wszystko wyglądało inaczej. Miałam kijki trekkingowe, więcej pewności i doświadczenia. I nagle okazało się, że te „koszmarne trudności” sprzed lat… wcale nie są takie straszne. To naprawdę piękne uczucie – zobaczyć własny progres.

E. O.: Masz jakieś wyjątkowe wspomnienie z wypraw?

A. K.: Schodzenie ze Śnieżnika. 30 kilometrów, noc, totalne zmęczenie. A my szliśmy jak w transie, żeby zdążyć przed 22:00. Do schroniska, na ciepły posiłek. Absurdalne, ale dziś wspominamy to z uśmiechem.

Albo mostek, który „na mapie był”, a w rzeczywistości dawno go porwała woda. Ja panika, syn pełen spokój. Przerzucił plecaki, sam przeskoczył i powiedział: „Skacz, złapię cię. I tak przeszliśmy. W górach nigdy nie wiesz, co cię spotka – i to jest najpiękniejsze.

E. O.: A porównywanie się do innych?

A. K.: Na początku bolało. Patrzyłam na ludzi robiących po 30–40 kilometrów dziennie i myślałam: „gdzie my tam…”. W końcu napisałam o tym na grupie. I dostałam lawinę wsparcia: że liczy się radość, droga, własne tempo. To było bardzo uwalniające.

E. O.: Góry pomagają Ci przełamywać słabości?

A. K.: Tak. Latami miałam w głowie: „nie dam rady”. Czasem robiłam rzeczy tylko po to, żeby udowodnić coś sobie. W terapii nauczyłam się, że nie muszę niczego nikomu pokazywać. I dziś robię to, bo sprawia mi to czystą przyjemność. Przy okazji… mam taką cichą nadzieję, że może ktoś się tym zainspiruje. Że zobaczy, że można. Że się da.

E. O.: Jak trafiłaś na wspinaczkę?

A. K.: Jestem niespokojnym duchem. Lubię bodźce, lubię ruch, lubię próbować nowych rzeczy. Z synem robiłam wszystko: sale zabaw, parki linowe, kolejki grawitacyjne. Z dzieckiem można bezkarnie robić „głupoty”, na które dorosły sam by nie poszedł.

A potem przypadkiem trafiłam na informację o wyjazdach skałkowych dla osób z niepełnosprawnościami. Napisałam pod jednym z ich postów: „Też chcę”. Odpowiedzieli mi: „Masz pod nosem stowarzyszenie Skocznia”.

Wyszukałam, napisałam i poszłam na pierwsze zajęcia. W ten sposób znalazłam się na ściance wspinaczkowej i… przepadłam. To była miłość od pierwszego wejrzenia. Weszłam tam i od razu wiedziałam: „To jest to”. Zaczęłam chodzić regularnie na treningi. Na początku nie było mowy o żadnych wyzwaniach sportowych – po prostu wspinaliśmy się, bo sprawiało nam to frajdę.

E. O.: A potem przyszły zawody.

A. K.: W 2024 roku wygrałam swoją kategorię na pierwszych otwartych Mistrzostwach Polski. To uruchomiło pomysł stworzenia para‑kadry. Zostałam do niej zaproszona. W czerwcu wystartowaliśmy w pierwszych międzynarodowych zawodach w Innsbrucku.

Ten rok był poświęcony głównie temu, żeby „oswoić się” ze startami, zobaczyć, jak wygląda światowy poziom, z czym się mierzymy, ile pracy jeszcze przed nami.

Było nas siedmioro zawodników – siedem wspaniałych osób. A moje życie od tamtej pory… no cóż, jest podporządkowane kalendarzowi. Trening, trening w domu, zgrupowanie, zawody. I tak w kółko.

To pociągnęło za sobą kolejne zmiany. Trafiłam pod opiekę dietetyka, mam swoją dietę, zaczęłam dbać o sen, regenerację, o rzeczy, o których wcześniej nawet nie myślałam. Paradoksalnie – dużo dobrego z tego wynikło.

Ogromnie pomaga mi też praca. Mamy zasadę: robimy swoje, ale nie odbębniamy godzin dla zasady. Dzięki temu mogę trenować i wyjeżdżać. W tym roku większość urlopu poszła właśnie na sport – i jestem z tego dumna.

E. O.: Wspomniałaś o Innsbrucku. Jak wyglądał cały sezon?

A. K.: Intensywnie jak nigdy. W czerwcu Puchar Świata w Innsbrucku, we wrześniu Mistrzostwa Świata w Seulu, a w październiku kolejny Puchar Świata w Laval. Dopiero po wszystkim dotarło do mnie, w jakim tempie żyliśmy.

E. O.: Co udało Ci się osiągnąć?

A. K.: Na początku nikt nie oczekiwał wyników. Chodziło o pokazanie, że Polska ma para‑kadrę i że potrafimy rywalizować na świecie. Byłam jedyną osobą niewidomą, reszta reprezentowała różne kategorie niepełnosprawności – bardzo różnorodny zespół.

W Innsbrucku zajęłam szóste miejsce na osiem zawodniczek. Jak na debiut – byłam z siebie dumna. Do tego wspinanie na zewnętrznej ścianie, to zupełnie inny świat niż hala. My na co dzień wspinamy się w pomieszczeniach, a tam ścianka była na zewnątrz. To zmienia absolutnie wszystko – słońce, wiatr, deszcz, temperatura. No i echolokacja działa inaczej. To było bardzo ciekawe doświadczenie.

E. O.: A Seul?

A. K.: Sam wyjazd był ogromnym przeżyciem. Ale jeśli chodzi o start – to była moja największa porażka. Naprawdę się nie popisałam. Odpadłam prawie od razu. Nie dlatego, że byłam słaba fizycznie – po prostu głowa mi siadła. Zmiana strefy czasowej, stres, zmęczenie. W strefie startowej miałam w sobie tylko: „Chcę spać, nie dam rady”. I tak właśnie wyszło.

To była bolesna lekcja, ale przełomowa. Nie byłam z siebie zadowolona. postanowiłam, że moja głowa już nigdy nie będzie przeszkodą. Jeśli jestem przygotowana fizycznie, to muszę z tego korzystać. Zaczęłam pracować z psychologiem sportu. I to była jedna z najlepszych decyzji w moim życiu.

Nauczyłam się, jak radzić sobie ze stresem, jak się motywować, jak świadomie przeżywać start.

E. O.: I to zadziałało?

A. K.: Bardzo. Kolejne zawody były już zupełnie inne. W czasie ich trwania zdobyłam brąz. To był pierwszy medal w historii naszej kadry, więc odbił się dużym echem. Byłam niesamowicie szczęśliwa. Ogromna radość i dowód, że praca nad głową ma sens.

E. O.: Jak wygląda finał?

A. K.: To inny świat. Wchodzisz do strefy izolacji, zero kontaktu z kimkolwiek poza trenerem. Wszystko jest ściśle określone, bardzo formalne. To potrafi podnieść poziom stresu, ale jednocześnie daje ogromną satysfakcję.

A potem dekoracja, podium, świadomość, że stoisz wśród najlepszych… To jest coś, czego się nie zapomina.

E. O.: Mówisz o sobie „dziecko wspinaczkowe”.

A. K.: Bo wspinam się dopiero trochę ponad dwa lata. To w tym sporcie naprawdę niewiele. Weterani czekają latami na efekty, a ja dopiero stawiam pierwsze kroki.

E. O.: A jednak masz medal.

A. K.: Tak. I myślę, że złożyło się na to mnóstwo czynników. Czasem patrzymy na sukcesy sportowców i widzimy tylko wynik: zdobył albo nie zdobył. A ja dopiero teraz rozumiem, jak wiele elementów musi się zgrać. Sukces to nie tylko forma. To to, czy się wyspałaś, czy dobrze zjadłaś, czy masz odpowiednią regenerację, czy głowa współpracuje. Tego jest naprawdę masa.

Kibice widzą tylko wynik, a za nim stoi cała układanka. Ten rok był po to, żeby zbierać doświadczenia. Żebyśmy byli bogatsi o te wszystkie lekcje i mogli je wykorzystać w przyszłości. Po Seulu, po kolejnych startach, po rozmowach z trenerami.

Zrozumiałam też coś ważnego: jestem „lwem z klatki”. Najlepiej działam w ciszy, odcięta od bodźców, wypuszczona na ścianę w ostatniej chwili. Inni potrzebują ludzi i rozmów, ja – skupienia. I to jest okej. Każdy ma swój sposób.

E. O.: Jakie masz marzenia? Nie tylko sportowe.

A. K.: Najprostsze? Spłacić kredyt (śmiech). A z tych większych – wrócić do Seulu już na spokojnie, poczuć Koreę i Japonię bez presji zawodów. Znajomi kuszą mnie skokiem ze spadochronem… kto wie.

No i jest jeszcze jedno marzenie, takie bardzo moje. W 2028 roku wspinaczka pojawi się na paraolimpiadzie. Ja wtedy kończę 50 lat. Często mówię, że to byłby idealny, spóźniony prezent urodzinowy. Nie wiem, czy się uda, ale cicho o tym marzę.

E. O.: A góry?

A. K.: Chcę dokończyć Główny Szlak Sudecki i ruszyć na Beskidzki. Uwielbiam długie trasy. A teraz, kiedy syn studiuje i wpada do domu jak gość, marzy mi się tydzień albo dwa tylko dla nas. Znowu iść razem. Marzenia naprawdę napędzają.

E. O.: Masz jakąś refleksję, którą chciałabyś się podzielić z naszymi czytelnikami?

A. K.: Całkiem niedawno przydarzyła mi się sytuacja, która totalnie mnie rozczuliła. Stałam sobie w metrze. Nagle podeszła do mnie jakaś nieznajoma dziewczyna, puknęła mnie w ramię i powiedziała, że… bardzo jej się podobam jako człowiek. Że czuje, że jestem dobra i życzliwa. I że chciałaby mi coś dać.

Włożyła mi w dłoń… kamyczek. Dosłownie mały kamyczek. Tak po prostu. To było tak słodkie, tak niespodziewane, że aż mnie zatkało.

Mam w sobie głębokie przekonanie, że ludzie są dobrzy. I że dobro wraca. Ja w swoim życiu otrzymałam od ludzi mnóstwo dobra. Dlatego staram się je oddawać, żeby się kręciło dalej.

Warto być uważnym na innych. Zawsze mówię o tym na różnych spotkaniach, warsztatach, prelekcjach… Uważam, że każdy z nas – absolutnie każdy – może w pewnym momencie potrzebować pomocy. Nie trzeba być osobą z niepełnosprawnością, żeby mieć trudniejszy dzień, gorszy moment, jakiś problem.

I mówię to też do dzieciaków: że to jest miłe, kiedy zauważysz, że koleżanka jest smutna i zapytasz, co się stało. Albo kiedy widzisz, że ktoś nie radzi sobie z matematyką – zamiast się śmiać, możesz zapytać, czy mu pomóc. Chodzi o taką zwykłą uważność.

Empatia nie musi być wielkim hasłem. To codzienne, małe rzeczy. I to jest dla mnie najważniejsze.

Galeria zdjęć

Rozmawiała: Ewelina Orzechowska
Zdjęcia z archiwum prywatnego Agnieszki Kwolek, wykorzystano fotografie autorstwa m.in.: Barbary Jarząb, Aleksa Kwolek, stowarzyszenia Skocznia, DreamJump

Materiał powstał w ramach projektu „Wzmacniamy aktywność” 
realizowanego w okresie 01.01.2025 r. – 29.02.2028 r.
przez Lubelskie Forum Organizacji Osób Niepełnosprawnych – Sejmik Wojewódzki

Zadanie publiczne jest dofinansowane ze środków PFRON 

UWAGA: Pobieranie, kopiowanie i jakiekolwiek inne wykorzystanie treści dostępnych w powyższym materiale wymaga pisemnej zgody LFOON – SW będącego właścicielem serwisu www.niepelnosprawnilublin.pl.

Facebook