O utracie wzroku, buncie i dwóch psich pyskach o poranku – z Grzegorzem Dudzińskim, prezesem bydgoskiej fundacji Światłownia, założycielem pierwszego w Polsce telefonu zaufania dla osób tracących wzrok, miłośnikiem koni i majsterkowania rozmawia Ewelina Orzechowska.
E. O.: Grzegorzu, opowiedz, czym się zajmujesz na co dzień?
G. D.: Z wykształcenia jestem dziennikarzem. W czasach, kiedy jeszcze widziałem, pracowałem dla ogólnopolskiej prasy. Czułem się w tym zawodzie jak ryba w wodzie. Zarabiałem wielokrotność ówczesnej średniej krajowej. Utrata wzroku była dla mnie niczym upadek z wysokiego konia, bo nagle z szanowanego i znanego w środowisku dziennikarza stałem się rencistą i, jak wtedy o sobie myślałem – śmiesznym człowiekiem z białą laską. Wiedziałem, że muszę sobie znaleźć jakieś inne miejsce, ale nie miałem pojęcia, jaką drogą pójść.
E. O.: Pamiętasz moment, w którym dowiedziałeś się, że utrata wzroku jest nieuchronna?
G. D.: To był proces. Dowiedziałem się o tym jeszcze na pierwszych studiach. Zaczynałem od weterynarii – trochę z przekory, bo chciałem mieć zawód, w którym nikt nie będzie mi stał nad głową i dyktował, co mam robić. Później przyszło dziennikarstwo. I to właśnie na weterynarii usłyszałem od okulistki, że kiedy skończę 30 lat, prawdopodobnie przestanę widzieć. Byłem wtedy stra
