O utracie wzroku, buncie i dwóch psich pyskach o poranku – z Grzegorzem Dudzińskim, prezesem bydgoskiej fundacji Światłownia, założycielem pierwszego w Polsce telefonu zaufania dla osób tracących wzrok, miłośnikiem koni i majsterkowania rozmawia Ewelina Orzechowska.
E. O.: Grzegorzu, opowiedz, czym się zajmujesz na co dzień?
G. D.: Z wykształcenia jestem dziennikarzem. W czasach, kiedy jeszcze widziałem, pracowałem dla ogólnopolskiej prasy. Czułem się w tym zawodzie jak ryba w wodzie. Zarabiałem wielokrotność ówczesnej średniej krajowej. Utrata wzroku była dla mnie niczym upadek z wysokiego konia, bo nagle z szanowanego i znanego w środowisku dziennikarza stałem się rencistą i, jak wtedy o sobie myślałem – śmiesznym człowiekiem z białą laską. Wiedziałem, że muszę sobie znaleźć jakieś inne miejsce, ale nie miałem pojęcia, jaką drogą pójść.
E. O.: Pamiętasz moment, w którym dowiedziałeś się, że utrata wzroku jest nieuchronna?
G. D.: To był proces. Dowiedziałem się o tym jeszcze na pierwszych studiach. Zaczynałem od weterynarii – trochę z przekory, bo chciałem mieć zawód, w którym nikt nie będzie mi stał nad głową i dyktował, co mam robić. Później przyszło dziennikarstwo. I to właśnie na weterynarii usłyszałem od okulistki, że kiedy skończę 30 lat, prawdopodobnie przestanę widzieć. Byłem wtedy strasznie wściekły. Na nią, na świat. Co ciekawe, pomyliła się o jakieś dziesięć lat, bo tak na dobre przestałem widzieć około czterdziestki.
E. O.: Jak ta świadomość wpłynęła na Twoje życie? Skoro to był proces, to łatwiej było się z tym pogodzić, czy raczej przez lata z tym walczyłeś?
G. D.: Nie ma takich mocarzy, żeby przyjąć coś takiego bezboleśnie. To niemożliwe. Był bunt, były pytania: „dlaczego ja?”, „dlaczego mnie to spotkało?”. Były też pytania do Boga – gdzie był w tym wszystkim?
Tak naprawdę pomogły mi dwie rozmowy z niewidomymi muzykami, którzy swojego czasu odwiedzili naszą Światłownię. Jurek Olszewski i świętej pamięci Jerzy Daya – to oni po prostu pozytywnie „kopnęli mnie w cztery litery”, powtarzając mi, żebym przestał się użalać nad sobą i zaczął iść do przodu.
E. O.: To brzmi jak moment przełomowy. Wspomniałeś o Światłowni. Czym właściwie jest to miejsce?
G. D.: Zaczęło się od mojego marzenia. Chciałem stworzyć miejsce spotkań. Takie, w którym obok siebie występują artyści „z górnej półki” i ci, którzy po raz pierwszy stają na scenie. Bez podziałów, bez etykiet. W ten sposób w 2012 roku powstała Światłownia. To miejsce jest jak moje dziecko. Dbałem o nie, bo miałem głębokie przekonanie, że nikt inny tego zamysłu by nie udźwignął. Kiedy traciłem wzrok, Światłownia już istniała. To ona pomogła mi przetrwać ten trudny czas. Wiedziałem, że nie mogę się poddać, że muszę wytrzymać i dać radę.
To naprawdę niesamowite miejsce nie tylko na mapie Bydgoszczy, ale przede wszystkim na mapie kulturalnej Polski. Występują u nas artyści, którzy mają coś do powiedzenia. Niekoniecznie muszą być niewidomi czy mieć jakąkolwiek niepełnosprawność. Liczy się przekaz. I takie koncerty organizujemy już od trzynastu lat.
Zapraszamy przede wszystkim muzyków – wokalistów oraz instrumentalistów. To jest nasz główny kierunek.
E. O.: Światłownia to nie tylko scena…
G. D.: To także miejsce spotkań. Można tu przyjść, posiedzieć, porozmawiać – przy kawie i dobrym ciachu. Często zaglądają do nas osoby niewidome, bo czują się tu po prostu swojsko.
E. O.: Klub muzyczny Światłownia działa w ramach prowadzonej przez Ciebie fundacji o tej samej nazwie. Z jakiego rodzaju wyzwaniami mierzycie się na co dzień?
G. D.: Szczerze mówiąc, w tym momencie funkcjonujemy „na oparach” pod kątem finansowym. Nie mamy stałego źródła finansowania. Istnieją cegiełki kupowane przy wejściu na koncerty, jest konto, na które można wpłacać środki. Piszemy projekty, dzięki którym możemy organizować konkretne wydarzenia czy koncerty, ale na takie codzienne utrzymanie Światłowni pieniędzy po prostu brakuje. Dlatego niedawno ruszyliśmy ze zrzutką na codzienne potrzeby.
E. O.: „Instrukcja obsługi niewidomego” – czy możesz opowiedzieć o tym coś więcej?
G. D.: Ja w ramach fundacji robię różne, jak to nazywam – „dziwne rzeczy”. Jedną z nich jest właśnie projekt o bardzo praktycznej nazwie: „Instrukcja obsługi niewidomego”. W ramach tego projektu jeżdżę do szkół, klubów, instytucji i opowiadam o tym, jak pomagać osobom niewidomym, a przede wszystkim – jak im nie przeszkadzać. Pracowałem w ten sposób m. in. ze strażnikami miejskimi, strażakami czy policjantami.
Najbardziej lubię wizyty w szkołach. Dzieciaki są autentyczne – szczere do bólu, czasem bezlitosne w pytaniach. Zadają ich setki i widać, że naprawdę interesuje je to, co mamy im do przekazania.
Tego rodzaju spotkania są także formą wsparcia dla Światłowni.
Oczekujemy jedynie, że instytucje, które nas zapraszają, w ramach podziękowania wpłacą jakąś kwotę na konto naszej fundacji. To realnie pomaga nam działać dalej.
E. O.: Kim jest dla ciebie Ramen?
G. D.: To mój ukochany pies przewodnik. (śmiech)
Przed Ramenem moim przewodnikiem był Lucek, który nadal żyje. Obaj mieszkają ze mną, w tym samym pokoju. Rano zawsze witają mnie dwa psie pyski. Lucek bardzo spokojnie przyjął swoją „emeryturę”. W ogóle nie zazdrości Ramenowi, że to on przejął rolę przewodnika. Gdy wychodzę z Ramenem, Lucek częstokroć nawet nie podnosi się ze swojego posłania.
Ramen robi prawdziwą furorę na spotkaniach edukacyjnych. Zawsze pojawiają się te same reakcje: „Ojej, jaki piękny pies!”. A ja wtedy grzecznie odpowiadam: „Tak, wiem – dziękuję bardzo”.
E. O.: Czy zdarza się, że ludzie reagują na obecność psa przewodnika w sposób, który Cię drażni? Na przykład zwracają się do psa zamiast do Ciebie?
G. D.: O tak, i obawiam się, że chyba tego nie da się całkowicie wyeliminować. Ludzie widzą psa, bardzo ładnego psa i w dodatku psa, który jest przewodnikiem osoby niewidomej. To budzi sensację. Ludzie automatycznie chcą go pogłaskać, zagadać, cmoknąć, myśląc sobie: „No przecież to piękny piesek”. Zapominają o tym, że to nie jest taki sobie zwykły pies. Co ciekawe, Ramen bardzo nie lubi, kiedy postronne osoby przeszkadzają mu w pracy przewodnika. Zupełnie inaczej reagował Lucek. To zdecydowanie typ pieszczocha – mógł leżeć, ktoś go głaskał i było mu z tym świetnie.
Ramen natomiast absolutnie nie. Jeśli ktoś próbuje go głaskać, potrafi zawarczeć, jakby mówił: „Weź, nie przeszkadzaj”. On zdecydowanie nie jest typem przytulanki. Potrafi sam zadbać o swoje granice. Kiedyś w Bydgoszczy spotkała mnie znajoma. Przywitała się ze mną, a jej ręka od razu poleciała do Ramena. Nagle usłyszałem, że pies warknął. Położyłem rękę na jego głowie, a tam… ręka mojej znajomej. No to dostała po łapie i tyle.
Podczas jednego ze szkoleń dla strażników miejskich jeden z uczestników powiedział o Ramenie, że to „pies służbista”. I coś w tym jest.
E. O.: Czym jest „Niewidzialna linia”?
G. D.: „Niewidzialna linia” to pierwszy w Polsce telefon zaufania dla osób tracących wzrok, działający pod numerem 509 767 689. To są godziny rozmów. Bardzo trudnych rozmów. Z ludźmi, którzy znaleźli się w kryzysie, często w najtrudniejszym momencie swojego życia. To nie jest działanie bezbolesne – ani dla nich, ani dla mnie. Te rozmowy zawsze we mnie zostają.
Nigdy tego nie reklamowaliśmy, a mimo to od lat co jakiś czas telefony po prostu się pojawiają, o różnych porach, ostatnio zadzwoniła pani tuż przed północą.
Nie ma dyżurów, nie ma godzin otwarcia. Jest telefon, człowiek po drugiej stronie i ogromny ładunek emocjonalny.
Zdarza się, że jesteśmy na urlopie, mamy wychodzić z hotelu, a tu nagle telefon. Macham ręką i wszyscy wiedzą: „to ten telefon”, nie wolno przeszkadzać.
„Niewidzialna linia” nie jest zadaniem projektowym. Robimy to nieodpłatnie, po prostu w ramach stałej działalności fundacji. Tego rodzaju pomoc jest niezwykle potrzebna.
E. O.: Dlaczego zdecydowałeś się na taką formę pomocy?
G. D.: Bo kiedy ja traciłem wzrok, absolutnie nie pomogły mi rozmowy z profesjonalnymi psychologami. Siedziałem naprzeciwko psychologa i miałem w głowie jedną myśl: – „No dobrze, ale ty widzisz. Ja nie”.
Pomogły mi dopiero dwie rozmowy z niewidomymi muzykami. I w pewnym sensie czuję, że teraz spłacam dług.
Piękne i niezwykle budujące jest to, kiedy moi rozmówcy powracają z wiadomościami. Dzwonią, żeby się pochwalić. Że wzięli do ręki białą laskę. Że skończyli kurs orientacji przestrzennej. Że wyszli sami na pierwszy spacer po mieście. To są małe rzeczy, ale ogromne kroki.
E. O.: Co czujesz, kiedy słyszysz o takich „małych sukcesach”?
G. D.: Autentyczną radość. Cieszę się razem z tym człowiekiem. Nie mam żadnych wątpliwości, że to, co robię ma sens. Bo nie ma podobnej usługi w publicznej przestrzeni. Gdy tracisz wzrok, zostajesz z tym sama albo sam.
Możesz trafić do psychologa – ale on widzi. A utrata wzroku to ogromna trauma. Nie znam nikogo, kto przeszedłby przez to bezboleśnie. Naprawdę – nie ma takich mocarzy.
E. O.: Często mówi się – i ja też to obserwuję – że im ktoś jest starszy, im później traci wzrok, tym trudniej odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Zgadzasz się z tym?
G. D.: Zdecydowanie. Ogromną rolę odgrywa dziś cyfryzacja. Trzeba opanować udźwiękowiony telefon, udźwiękowiony komputer… To jest duże wyzwanie dla osoby, która nagle traci wzrok. To wszystko jest nowe, obce, czasem przerażające. Niestety wielu urzędników wciąż myśli, że niewidomy to tylko brajl i jakieś specjalistyczne urządzenia. A tymczasem wystarczy zwykły komputer i klawiatura. Można pisać, można dyktować, można poprawiać tekst, można czytać. Naprawdę wiele da się zrobić.
E. O.: A stereotypy? Z czym spotykasz się najczęściej?
G. D.: Kiedyś w gimnazjum jedna uczennica zapytała szeptem: „Czy to prawda, że niewidomi mają bardziej czuły dotyk?”. Co miałem odpowiedzieć? Że nie jestem superbohaterem? Wybrnąłem, tłumacząc o zmysłach, ale takie pytania pokazują, jak wiele jeszcze trzeba zmienić.
Wciąż pokutuje przekonanie, że niewidomy to brajl, brajl i jeszcze raz brajl. I że trzeba kupować drogie urządzenia brajlowskie, bo tak „trzeba”. A przecież nie każdy posługuje się brajlem. W dzisiejszych czasach wystarczy telefon, laptop i aplikacje typu Be My Eyes. Można zeskanować dokument, otoczenie, przeczytać wszystko bez znajomości brajla. Jednak lobby producentów sprzętu brajlowskiego jest bardzo silne i wywiera ogromny wpływ na decyzje PFRON-u. Firmy dobrze wiedzą, że PFRON zapłaci. Kiedyś kupiłem naklejki na klawiaturę – dwie kartki wielkości pocztówki. Zapłaciłem 140 zł. a drukarz powiedział, że koszt produkcji to 2 zł. I to jest właśnie problem. Ktoś zarabia na naszej niepełnosprawności, bo może, a przecież nie każdy potrzebuje brajla. To ważne zwłaszcza dla osób, które tracą wzrok w dorosłym wieku. Często mówią: „Ja się nie nauczę brajla, więc nie dam rady funkcjonować”. A to nieprawda. Brajl jest świetny, ale nie jest konieczny. Kto stracił wzrok jako dziecko albo jest niewidomy od urodzenia, temu brajl daje dużo – książki, edukację, niezależność. Ale dorosła osoba może funkcjonować bez niego. Technologia daje ogromne możliwości.
E. O.: A Ty sam dużo czytasz?
G. D.: Trzy, cztery książki tygodniowo. Nowości biorę ze Storytela [przyp. red.: platforma streamingowa oferująca audiobooki i e-booki], klasykę z Działu Zbiorów dla Niewidomych. Telefon mi wystarcza. Włączam książkę i odpływam. Tak samo z filmami – Adapter.pl, aplikacja Kino Dostępne… Rewelacja. Wchodzę do dowolnego kina, włączam aplikację, a ona synchronizuje się z filmem i przez słuchawkę słyszę audiodeskrypcję. To jest genialne. kultura jest dziś naprawdę coraz bardziej dostępna dla osób niewidomych.
E. O.: Jak odbierana jest twoja działalność – fundacja, klub muzyczny, to wszystko, co robisz?
G. D.: To nie jest tylko klub muzyczny. To przełamywanie barier. Pokazywanie, że niewidomy może robić rzeczy, które wielu widzącym nawet nie przyszłyby do głowy. Latałem na motolotni, skakałem ze spadochronem, co roku żegluję w Giżycku. Niektórzy pytają: „Po co ci to? Przecież nie widzisz”? A ja odpowiadam wtedy: „Właśnie dlatego”. Kiedyś sam tak myślałem. Nie chciałem jeździć na wakacje i w dodatku jeszcze płacić za to, że i tak nic nie zobaczę. Aż pojechałem w Bieszczady z moim psem przewodnikiem. Wszedłem na Tarnicę i… poczułem wszystko. Wiatr, przestrzeń, zapachy, atmosferę. Nie widziałem oczami, ale widziałem w głowie. To było jak odzyskanie świata w inny sposób.
Moja żona patrzyła, jak pies prowadzi mnie tuż nad przepaścią, bo wybrał najwygodniejszą drogę. I powiedziała, że nigdy więcej z nami w góry nie pojedzie. Ale pewnie jeszcze pojedziemy.
E. O.: Lot motolotnią czy skok ze spadochronem to nie jedyne Twoje szalone pomysły. Wiem, że w ostatnich miesiącach wróciłeś też do dawnego hobby – jazdy konnej.
G. D.: Tak, bo przecież zanim straciłem wzrok, hodowałem konie huculskie. Miałem trzy. Niestety, kiedy wzrok zaczął zanikać, nie było komu na nich jeździć, więc musiałem się z nimi rozstać. A w tym roku wróciłem do jazdy konnej – takiej na serio.
Kilka lat temu próbowałem wrócić do jazdy konnej. W jednej stajni, tutaj w okolicy, pozwolili mi jedynie wsiąść na konia i zrobić kółko na lonży. To było wszystko. Nie czułem żadnej satysfakcji. W tym roku powróciłem do jazdy, takiej prawdziwej. Trafiłem na pozytywnego wariata w stadninie w Jantarze. Dał mi konia i powiedział: „Galop po plaży”.
I pogalopowałem.
E. O.: Co czułeś, kiedy po tylu latach znowu usiadłeś w siodle i mogłeś po prostu pędzić przed siebie?
G. D.: Wiatr we włosach. Poczucie absolutnej wolności, przestrzeń, zero ograniczeń. To było jak odzyskanie kawałka siebie.
E. O.: Nie widziałeś przeszkód?
G. D.: Absolutnie nie.
E. O.: Jaką rolę odegrali Twoi bliscy w procesie utraty wzroku?
G. D.: Bez ich wsparcia byłoby naprawdę ciężko. To absolutnie podstawowa sprawa. Ja miałem ogromne szczęście, bo znalazłem je w mojej żonie. Z synami było trudniej. Przez długi czas widziałem, że się wstydzili. Że noszę białą laskę, że jestem nieporadny. Wcześniej ich ojciec był znanym dziennikarzem, laureatem nagrody – takim polskim Pulitzerem – aktywnym, wysportowanym człowiekiem. A potem nagle pojawiła się biała laska i… inny obraz taty.
Oni byli wtedy nastolatkami a to najgorszy możliwy wiek na takie zmiany. Długo musieli się oswajać z tym, że już nie będę widział i że muszą to zaakceptować. Ale miałem ogromną satysfakcję, kiedy rok czy dwa po utracie wzroku jeden z synów powiedział mi: „Tata, ty pokonałeś swoją ślepotę tak samo, jak kiedyś komunę”. To było dla mnie bardzo ważne, zwłaszcza że mam status działacza opozycji antykomunistycznej. Wtedy poczułem się jakbym dostał medal. Dotarło też do mnie, że oni naprawdę zrozumieli, że to, przez co przeszedłem, było czymś wielkim. Po prostu potrzebowali trochę czasu.
E. O.: Co chciałbyś powiedzieć bliskim osób, które tracą wzrok?
G. D.: Z pewnością, że to wymaga ogromnego zrozumienia. Osoba tracąca wzrok bywa wredna, opryskliwa i nieprzyjemna. Zamyka się w sobie i żyje w przekonaniu, że nikt nie jest w stanie jej zrozumieć. Trauma zasłania wszystko. Trzeba to przeczekać. Nikt nas nie oswaja z taką sytuacją. Nikt nie przygotowuje do tego, że pewnego dnia możesz stracić wzrok. To się po prostu zdarza. I wtedy człowiek chodzi po życiu jak po polu minowym.
Bliscy muszą być wtedy obok – nawet jeśli to trudne.
E. O.: Czy masz jakieś zabawne anegdoty związane z niewidzeniem?
G. D.: Oczywiście. Kiedyś stałem z Ramenem na przystanku. Nagle podeszła do nas jakaś starsza pani i powiedziała: „Tam na początku przystanku stoi inny niewidomy. Mogę pana podprowadzić, to sobie po swojemu pogadacie” – jakbyśmy jako niewidomi mieli jakiś swój tajny język.
E. O.: Czy spotykasz wśród osób niewidomych chęć ciągłego udowadniania całemu światu, że jest się wystarczającym?
G. D.: Coś w tym jest, choć moim zdaniem, niektórzy z tym przesadzają. Słyszę czasem slogany: „ograniczenia są tylko w głowie”, „jak chcesz, to możesz wszystko”. No i ja się z tym nie zgadzam. Uważam, że wszystko – nie, ale dużo można.
Kilka lat po utracie wzroku odtworzyłem swój warsztat stolarski. Zawsze lubiłem majsterkować. Ale kiedy straciłem wzrok, pomyślałem: „nie ma mowy, przecież nie włączę wiertarki czy pilarki”. Potem wróciłem do tego. Odtworzyłem swój warsztat i działam normalnie, choć inaczej niż kiedy widziałem.
Ostatnio odnowiłem meble ogrodowe. Miały połamane listewki, więc kupiłem nowe, dociąłem, zamontowałem, pomalowałem. I gotowe. Naprawdę można zrobić bardzo dużo. Piły łańcuchowej nie użyję, bo nad łańcuchem nie zapanuję. Ale pilarka tarczowa? Jak najbardziej. Wiem, jak działa i potrafię się nią bezpiecznie posługiwać.
Jakiś czas temu w biurze rozwaliła się szafa z drzwiami przesuwnymi. Zamówiłem nowe drzwi na wymiar i zacząłem montować. Chciałem, żeby gałki były na równej wysokości. Nie mierzyłem miarką – przyłożyłem białą laskę do drzwi, obok listewkę dystansową i między nie wywierciłem otwór. Wszystkie trzy gałki wyszły idealnie równo. Nigdy by nikt nie powiedział, że robił to niewidomy. A jednak. Ślepym trafem się udało. (śmiech)
E. O.: Masz jeszcze jakieś marzenia? Coś nietypowego, co może innym wydawać się zaskakujące, a Tobie chodzi po głowie?
G. D.: Na razie nic konkretnego, ale nie wykluczam, że coś się wykluje. Wszystko jest możliwe.
Z takich bardziej przyziemnych spraw, chciałbym, żeby moja ukochana Światłownia działała stabilnie, żebyśmy nie martwili się rachunkami, tylko mogli robić swoje, żeby to miejsce żyło, oddychało i dawało ludziom radość. To moje największe marzenie.
E. O.: Co można zrobić, żeby Was wspomóc?
G. D.: Przede wszystkim zapraszam do naszej bydgoskiej Światłowni. Można wesprzeć naszą zrzutkę na portalu „Siepomaga”, wpłacić darowiznę na konto naszej fundacji, przyjść na koncert, kawę i ciacho i po prostu z nami być.
Galeria zdjęć
Rozmawiała: Ewelina Orzechowska
Zdjęcia z archiwum prywatnego Grzegorza Dudzińskiego; wykorzystano fotografie autorstwa m.in.: Skydive.pl
Materiał powstał w ramach projektu „Wzmacniamy aktywność”
realizowanego w okresie 01.01.2025 r. – 29.02.2028 r.
przez Lubelskie Forum Organizacji Osób Niepełnosprawnych – Sejmik Wojewódzki


Zadanie publiczne jest dofinansowane ze środków PFRON
UWAGA: Pobieranie, kopiowanie i jakiekolwiek inne wykorzystanie treści dostępnych w powyższym materiale wymaga pisemnej zgody LFOON – SW będącego właścicielem serwisu www.niepelnosprawnilublin.pl.










