BIULETYN INFORMACYJNY OSÓB NIEPEŁNOSPRAWNYCH
Portret biznesowy. W jasnym wnętrzu przy biurku siedzi brunetka w okularach, ubrana w beżową bluzkę i żakiet.

Justyna Szafranek: „Bo nawet jeśli wszyscy wokół chcą człowieka wspierać, to dopóki on sam nie znajdzie w sobie siły, nic się nie zmieni.”

O sile, stracie i budowaniu życia od nowa – z Justyną Szafranek, dyrektorką Lubelskiego Okręgu Polskiego Związku Niewidomych, działaczką społeczną, miłośniczką podróży oraz blind tenisa rozmawia Ewelina Orzechowska.

E.O. – Justyno, na początek opowiedz proszę kilka słów o sobie. Czym się zajmujesz na co dzień?

J.Sz. – Z wykształcenia jestem prawniczką, ale z pasji – społeczniczką. Lubię działać na rzecz innych, angażować się w różne inicjatywy i projekty. Od 2024 roku pełnię funkcję dyrektorki Lubelskiego Okręgu Polskiego Związku Niewidomych.

Realizuję się też w sporcie. Jakiś czas temu odkryłam blind tenis i muszę przyznać, że bardzo mnie wciągnął. Regularnie biorę udział w treningach na lubelskich kortach i coraz częściej startuję w turniejach sportowych.

E.O. – Pełnisz także różne funkcje społeczne. Można powiedzieć, że jesteś ekspertką od dostępności?

J.Sz. – Zajmuję się nią zarówno zawodowo, jak i społecznie, choć nie określam się jako ekspertka. To obszar, który stopniowo poznaję i rozwijam poprzez codzienną praktykę oraz współpracę z różnymi środowiskami.

W ramach obowiązków zawodowych realizujemy m.in. tzw. zaprzyjaźnione spacery audytowe, polegające na wspólnym przyglądaniu się przestrzeniom z perspektywy dostępności i realnych doświadczeń użytkowników. Jednym z miejsc, w których takie działania były prowadzone, był Uniwersytet Przyrodniczy w Lublinie.

Równolegle działam społecznie w dwóch organach doradczych: w Zespole Polityki Społecznej Wojewódzkiej Rady Dialogu Społecznego Województwa Lubelskiego oraz Radzie Działalności Pożytku Publicznego przy Prezydencie Miasta Lublin na lata 2026–2028.

E.O. – Skąd w ogóle wzięła się u Ciebie ta potrzeba działania społecznego? Mówisz, że to Twoja pasja.

J.Sz. – To przyszło z czasem. Nie na samym początku mojej drogi zawodowej, ale po kilku latach pracy poczułam, że chcę robić coś więcej – wykorzystać swoje doświadczenie w taki sposób, żeby realnie pomagać innym. Żeby komuś ułatwić codzienne funkcjonowanie, coś poprawić, coś zmienić na lepsze.

Zaczęłam współpracować z różnymi organizacjami pozarządowymi działającymi w Lublinie i w ten sposób stopniowo weszłam w działania społeczne. Były to różne projekty, ale wszystkie koncentrowały się wokół kultury, edukacji i dostępności.

Przez pewien czas publikowałam także artykuły w czasopismach skierowanych do osób z dysfunkcją wzroku. Pisałam teksty o charakterze informacyjnym i prawnym, a także dotyczące dostępności. Opisywałam również wydarzenia kulturalne – m.in. przygotowałam relację z monodramu „Król Lir” prezentowanego w Teatrze Starym w Lublinie z audiodeskrypcją. Zależało mi na tym, aby pokazać, jak taki spektakl odbiera osoba niewidoma i jak można „doświadczać” teatru innymi zmysłami.

W 2023 roku zostałam członkinią zarządu Lubelskiego Okręgu Polskiego Związku Niewidomych, pełniąc funkcję wiceprezeski, a po kilku miesiącach objęłam stanowisko dyrektorki. Od tego momentu działam już zawodowo na rzecz osób z dysfunkcją wzroku. Z perspektywy mojego wykształcenia i dotychczasowych doświadczeń zawodowych mam poczucie, że jestem w miejscu, w którym mogę najlepiej wykorzystać swoje kompetencje i zaangażowanie.

E.O. – Na czym polega Twoja niepełnosprawność?

J.Sz. – Obecnie jestem osobą niewidomą, choć zachowałam poczucie światła. To właściwie jedyne, co mi zostało. Problemy ze wzrokiem mam jednak od zawsze. Już od około trzeciego roku życia byłam osobą słabowidzącą. Przeszłam chyba wszystkie możliwe choroby okulistyczne, jakie tylko można sobie wyobrazić. Moje oczy były tak bardzo zniszczone, że kilka lat temu po prostu odmówiły posłuszeństwa. Siatkówki w moich oczach zaczęły obumierać na skutek surowiczego odwarstwienia siatkówki, w wyniku czego wzrok zniknął niemal całkowicie. To efekt całego pakietu wcześniejszych chorób – zaćmy, jaskry, a do tego dochodzi jeszcze podłoże autoimmunologiczne. Mój organizm po prostu „atakował” własne naczynia krwionośne w siatkówce. One się kurczyły, obumierały, zanikały. I dlatego wzrok przestał funkcjonować.

E.O. – Jak poradziłaś sobie z tak nagłą zmianą? Czy wiedziałaś wcześniej, że utrata wzroku może nastąpić?

J.Sz. – Paradoks polega na tym, że choć byłam słabowidząca, to radziłam sobie naprawdę dobrze. Lekarze czasem wspominali, że przyszłość jest niepewna, ale traktowałam to jako czysto teoretyczne rozważania. Nie przygotowywałam się na ślepotę. Ani trochę. Kiedy to się stało, byłam kompletnie zaskoczona. To był szok, cios prosto w serce. Wyobraź sobie – masz energię, kochasz swoją pracę, wszystko w życiu układa się świetnie… i nagle przestajesz widzieć. Nie trochę gorzej, nie „bardziej słabo”, tylko w ogóle. W jednej chwili, w ciągu kilku sekund. Jakby ktoś zasłonił mi oczy kotarą. Koniec. Zero ratunku. Lekarze próbowali wszystkiego – operacje, zabiegi, zastrzyki, cała medyczna artyleria. Bardzo inwazyjne leczenie trwało prawie dwa lata. Mimo wysiłków lekarzy wzrok nie wrócił. To był ogromny cios, mimo że wcześniej widziałam słabo. Wcale nie było mi łatwiej się z tym pogodzić.

E.O. – Co pomogło Ci przetrwać ten czas?

J.Sz. – Rodzina była absolutnie kluczowa. Bez moich bliskich nie dałabym rady. Równie ważny był mój własny charakter. Bo nawet jeśli wszyscy wokół chcą człowieka wspierać, to dopóki on sam nie znajdzie w sobie siły, nic się nie zmieni. Musiałam nauczyć się racjonalnie patrzeć na sytuację, choć początki były dramatycznie trudne. Nie wiedziałam, co dalej. Czy wracać do pracy, czy szukać nowej drogi, czy może… nie robić nic.

E. O. – Przed utratą wzroku pracowałaś jako prawniczka…

J. Sz. – Tak, pracowałam w jednej z lubelskich kancelarii radcowskich. Kiedy wszystko się wydarzyło, był to wówczas siódmy rok mojej pracy. To był cios nie tylko dla mnie, ale też dla całego środowiska, z którym byłam zawodowo związana. Nikt nie wiedział, jak tę sytuację rozwiązać. Byłam osobą słabowidzącą, ale nie znałam alfabetu Braille’a, nie korzystałam z czytników ekranu. Zadawałam sobie pytanie: „Co dalej? Jak ja mam pracować?”. W moim dotychczasowym miejscu pracy także pytano mnie:

 „Pani Justyno, czego pani oczekuje? Jak ma wyglądać pani praca?”. Wiedziałam, że na to pytanie muszę odpowiedzieć sobie sama.

Nie znałam środowiska osób niewidomych, nie miałam znajomych z podobną dysfunkcją. Wszystko było dla mnie nowe. Więc zaczęłam działać intuicyjnie – krok po kroku, od jednej fundacji do drugiej. W tym miejscu chciałabym podkreślić, że ogromne wsparcie dostałam od lubelskich organizacji pozarządowych. To dzięki nim dowiedziałam się, jakie mam możliwości i mogłam wybrać te, które były dla mnie najlepsze.

E.O. – Jak wyglądały Twoje pierwsze kroki po utracie wzroku?

J.Sz. – Dość szybko trafiłam do lubelskiego Okręgu Polskiego Związku Niewidomych. To był taki mój pierwszy punkt zaczepienia. Zaczęłam powoli uczyć się wszystkiego od nowa – orientować się w możliwościach, jakie mam, poznawać narzędzia, które mogą mi pomóc. I ku mojemu zaskoczeniu ten proces nauki postępował całkiem sprawnie. W pewnym momencie poczułam, że po prawie dwóch latach jestem gotowa wrócić do pracy i wróciłam. Najpierw bardzo ostrożnie – praca zdalna, potem hybrydowa. A kiedy już stanęłam na nogi, w 2023 roku zaczęłam pracować również w innych kancelariach, normalnie dojeżdżając do biura. Ale to był proces. Długi, wymagający, pełen wzlotów i upadków.

E.O. – Jak radziłaś sobie w tym trudnym czasie od strony emocjonalnej?

J.Sz. – U mnie to wszystko działo się dość szybko, ale emocjonalnie… to była sinusoida. Raz ogarniała mnie euforia, pod której wpływem powtarzałam sobie: „Za chwilę sobie z tym poradzę, to przecież nie może trwać wiecznie, zaraz znowu zacznę widzieć”.

Potem rzeczywistość boleśnie uderzała mnie po głowie. W końcu nadszedł moment, w którym dotarło do mnie, że wzrok już nie wróci. I wtedy zaczęło się prawdziwe zmaganie. To było bardzo trudne. Najpierw działałam na adrenalinie, miałam siłę, determinację. A potem przyszło załamanie. Dopiero wtedy zdecydowałam się na skorzystanie ze wsparcia psychologicznego.

To wtedy po raz pierwszy usłyszałam, że muszę przejść żałobę po stracie swojego dawnego życia. I to jest absolutna prawda. Utrata wzroku w dorosłym wieku to zamknięcie ogromnego rozdziału. To tęsknota, płacz, poczucie pustki.

E. O. – A jednak udało ci się zbudować życie na nowo.

J. Sz. – Powoli, krok po kroku: spotkania z psychologiem, nauka czytników ekranu, alfabetu Braille’a, odkrywanie nowych metod działania. W pewnym momencie poczułam, że znowu mam grunt pod nogami. Że się da. Tylko trzeba znaleźć własną ścieżkę.

E.O. – Wspomniałaś o tym, że każdy radzi sobie inaczej. To bardzo ważne.

J. Sz. – Oczywiście. Każdy z nas ma inne życie, inne obowiązki, inne możliwości. Ja mam życie mocno sfokusowane na pracy, ogromne wsparcie rodziny. Mieszkam z bliskimi, nie mam dzieci, więc moje wyzwania są inne niż Twoje czy wielu innych osób niewidomych.

W komunikacji i poruszaniu się trochę idę na łatwiznę. Przyznaję, że świadomie. Nie opanowałam zupełnie orientacji w przestrzeni z pomocą białej laski. Owszem, mogę ją wziąć i przejść kawałek, ale nie pójdę sama na przystanek po drugiej stronie ulicy. Wciąż mam w sobie lęk. I długo zastanawiałam się, czy z nim walczyć, czy na siłę się przełamywać. Doszłam do wniosku, że to kosztowałoby mnie zbyt dużo energii, którą wolę przeznaczyć na inne rzeczy. Dlatego wybrałam asystenta. I nie uważam, że to gorsza droga, choć w środowisku osób niewidomych czasem pojawiają się opinie, że to „mniej samodzielne” rozwiązanie. Moim zdaniem to absurd. Każdy ma prawo wybrać sposób poruszania się, który jest dla niego bezpieczny i komfortowy. Jedni wybiorą białą laskę, inni psa przewodnika, inni asystenta. I wszystkie te wybory są dobre, jeśli pozwalają nam żyć pełniej. Nie da się być dobrym we wszystkim. Dlatego warto skupić się na swoich mocnych stronach i na nich bazować.

Ja podziwiam osoby, które świetnie radzą sobie z białą laską. Ale ja tak nie chcę i mam do tego prawo. Dla mnie asystent to wsparcie logistyczne – przejście z punktu A do punktu B. Całą resztę robię sama. To ja decyduję, gdzie idę, co załatwiam, jak wygląda mój dzień. Asystent nie podejmuje za mnie decyzji, Nie wchodzi ze mną do gabinetów, nie mówi za mnie. I nigdy nie pozwoliłabym, żeby ktoś traktował mnie jak osobę „przezroczystą”.

E. O. – Jakie, twoim zdaniem, jest nastawienie naszego społeczeństwa do osób z niepełnosprawnością wzroku?

J. Sz. – Na szczęście – i mówię to z pełnym przekonaniem – nie spotkało mnie nic negatywnego. Może to kwestia tego, że niewidoma jestem dopiero od kilku lat, więc moje doświadczenie nie jest jeszcze tak długie, ale z reguły naprawdę… ludzie są dla mnie życzliwi.

Kiedy stoję na ulicy i na kogoś czekam, bardzo często ktoś podchodzi i pyta, czy potrzebuję pomocy. Czy wszystko w porządku. Czy mnie gdzieś podprowadzić. To są drobne gesty, ale robią ogromną różnicę. Nigdy też nie spotkałam się z traktowaniem mnie jako osoby „mniej kompetentnej” tylko dlatego, że nie widzę. I to jest piękne.

E. O. – Co sprawiło, że postanowiłaś przyjąć propozycję objęcia stanowiska dyrektorki PZN Okręgu Lubelskiego?

J. Sz. – Kiedy dostałam tę propozycję, pracowałam jeszcze w kancelarii prawnej. I długo się zastanawiałam. To była poważna decyzja – zmiana branży, zmiana trybu pracy, ogromna odpowiedzialność. Ale jako osoba niewidoma znałam już problemy naszego środowiska od środka. Wiedziałam, jak wygląda rzeczywistość stowarzyszenia, znałam jego mocne i słabe strony. I poczułam, że to może być wyzwanie, które warto podjąć.

Chciałam rozwinąć to miejsce, wpuścić trochę świeżego powietrza, odświeżyć sposób działania, Dać mu nową energię. I dlatego zdecydowałam się odejść z kancelarii i wejść w zupełnie inny świat.

E.O. – Żałowałaś kiedyś tej decyzji?

J.Sz. – Pracuję tu dwa lata i… to nie jest łatwy kawałek chleba. To praca z ludźmi, zarządzanie, finanse, projekty, kontrole. Mnóstwo odpowiedzialności. Ale jestem ambitna i patrzę na to przez pryzmat rozwoju. Widzę efekty swojej ciężkiej pracy. Widzę, że ludzie chcą tu wracać, że pojawiają się nowe pomysły, że to miejsce żyje. I myślę, że było warto. Gdybym nie spróbowała, żałowałabym bardziej.

E.O. – Wspominałaś o sukcesach. Co uważasz za najważniejsze osiągnięcia tych dwóch lat?

J.Sz. – Na pewno pracownia czynności życia codziennego. Udało się ją stworzyć szybko, działa świetnie i przynosi realne korzyści. A w organizacjach pozarządowych to działa jak naczynia połączone – jeśli masz jedną dobrą bazę, możesz budować kolejne projekty, tak jak w naszym przypadku choćby projekt kulinarny, który powstał właśnie na bazie tej pracowni. Ludzie byli zachwyceni i już pytają o kolejną edycję.

Tworzymy nową pracownię czynności życia codziennego w Zamościu. To wiąże się z remontami, a to dla mnie jako osoby niewidomej jest dużym wyzwaniem – rozmowy z ekipą, wybór paneli, glazury, układu szafek… Ale robię to. To daje mi to ogromną satysfakcję, bo widzę efekty.

Do tego dochodzą duże projekty współfinansowane ze środków unijnych – wielomilionowe przedsięwzięcia, z których część już zakończyliśmy, a kolejne są kontynuowane w 2026 roku. Mam tu na myśli m.in. projekty asystenckie. W 2025 roku zapewnialiśmy wsparcie asystenta blisko dwustu osobom z dysfunkcją wzroku na terenie województwa lubelskiego. W 2026 roku realizujemy kolejne działania w tym obszarze, w tym projekty szczególnie istotne dla osób z mniejszych miejscowości, gdzie dostęp do tego typu wsparcia jest ograniczony.

Z dużym powodzeniem w latach 2024–2025 prowadziliśmy punkt interwencji kryzysowej w Hrubieszowie.

Równolegle rozwijamy nowe inicjatywy środowiskowe i zawodowe. W 2026 roku uruchamiamy w naszym okręgu Sekcję Niewidomych Masażystów i Fizjoterapeutów, tworząc przestrzeń do integracji, wymiany doświadczeń i wzmacniania kompetencji zawodowych. Wspieramy także oddolne pomysły pracowników i uczestników, takie jak zajęcia z gier, które mają szansę przerodzić się w stałą, cykliczną formę aktywności.

Istotnym elementem naszych działań jest również wartościowa i długofalowa współpraca z Centrum Kultury, w ramach której realizowane są warsztaty i działania kulturalne dostępne dla osób z dysfunkcją wzroku.

Nadal realizujemy projekt placówkowy „Zobaczyć przyszłość”, skierowany na rehabilitację podstawową, społeczną i zawodową osób z dysfunkcją wzroku. W jego ramach prowadzimy m.in. zajęcia z zakresu podstawowych czynności życia codziennego, orientacji i poruszania się z białą laską, a także zapewniamy wsparcie specjalistów z różnych dziedzin.

Niezależnie od realizowanych projektów, prowadzimy także około 50 zadań publicznych rocznie na terenie powiatów województwa lubelskiego, w których działają nasze koła terenowe.

E. O. – Dużo się dzieje.

J. Sz. – Bardzo dużo. I to jest właśnie ta świeżość, którą chciałam tu wprowadzić.

E.O. – Skąd czerpiesz siłę, inspirację, pomysły? Masz w sobie tyle energii, że aż trudno uwierzyć, że ona się kiedyś kończy.

J.Sz. – Wiedziałam, że to pytanie padnie. I… naprawdę trudno na nie odpowiedzieć. Najuczciwiej mówiąc: ja po prostu taka jestem. Lubię działać. Nie należę do osób, które siedzą i czekają, aż coś samo się wydarzy. Zawsze mnie nosi, zawsze mam w sobie ten wewnętrzny motor. Oprócz pracy zawodowej zawsze znajdowałam sobie dodatkowe zajęcia, wyjazdy, aktywności. To chyba mój naturalny tryb funkcjonowania.

Można powiedzieć, że jestem tytanem pracy, ale staram się zachować równowagę między pracą zawodową a odpoczynkiem. Blind tenis bardzo mi w tym pomaga. To dla mnie ogromna frajda i zupełnie inny świat. Kiedy wchodzę na kort, muszę skupić się tylko na piłce, na jej dźwięku, na rytmie odbić. To jest odskocznia absolutna – tam nie ma miejsca na myślenie o pracy czy problemach.

Poza tym uwielbiam podróże, które były od zawsze moją pasją. Po utracie wzroku nie wyobrażałam sobie rezygnacji z tego obszaru mojego życia. Zwiedziłam całą Europę, kiedy widziałam, ale to nie znaczy, że teraz mam siedzieć w domu. Zawsze znajdzie się coś, czego można dotknąć, posłuchać, posmakować. A czasem trafiają się zabawne sytuacje – jak wtedy, gdy w Hiszpanii wyłapano mnie z tłumu, bo miałam białą laskę, i jako pierwszą wpuszczono do samolotu, nawet przed matkami z dziećmi!

Podróże ładują mnie jak niewiele innych rzeczy. Z prawdziwą ciekawością odkrywam nowe miejsca, kultury i smaki. Jako osoba niewidoma doświadczam podróżowania inaczej – bardziej poprzez dźwięki, zapachy i dotyk. Chłonę świat innymi zmysłami i to jest dla mnie bardzo ważne.

W 2025 roku miałam okazję odwiedzić Maltę oraz Fuerteventurę. A kiedy mogę po prostu usiąść na plaży i posłuchać szumu oceanu – działa to na mnie jak najlepsza terapia.

Zdarza się, że czuję pewien dysonans, gdy wszyscy wokół zachwycają się widokami i robią zdjęcia, a ja stoję obok i nie mam do nich dostępu w taki sam sposób. Ale podróż to przecież nie tylko obraz. To atmosfera miejsca, dźwięki ulicy, zapachy, jedzenie i ludzie. Poza tym przez wiele lat widziałam, więc gdy ktoś coś mi opisuje, często potrafię to sobie wyobrazić – choć czasem wyobraźnia i ludzki organizm potrafi też zaskoczyć.

E. O. – W jaki sposób?

J. Sz. – Kiedy straciłam wzrok, a miałam już zaplanowany wyjazd na Karaiby z okazji 35. urodzin, byłam przekonana, że gdy tam dotrę, to… coś jednak zobaczę. To było całkowicie irracjonalne, ale pokazuje, jak w sytuacjach granicznych potrafi reagować ludzka psychika. Koleżanki zachwycały się roślinnością, a ja próbowałam „zobaczyć” soczystą zieleń, której już nie mogłam zobaczyć. Takie doświadczenia uświadamiają, że psychika nie zawsze nadąża za rzeczywistością i potrafi działać w sposób zupełnie nieprzewidywalny.

E. O. – Wspominałaś o blind tenisie. Masz już na koncie jakieś sukcesy?

J. Sz. – Miewam, miewam. (śmiech)

Mój trener twierdzi, że za dużo pracuję, a za mało trenuję. I coś w tym jest – ostatnio trochę się opuściłam. Pomimo tego w roku 2024 udało mi się zdobyć brązowy medal na Mistrzostwach Polski.

W sporcie naprawdę trzeba systematyczności. Jak się człowiek przyłoży, to od razu widać efekty.

E.O – O czym marzysz?

J. Sz. – Wiesz, ludzie często zakładają, że osoba niewidoma marzy tylko o jednym – żeby odzyskać wzrok. I jasne, gdyby ktoś dziś powiedział: „Możemy to zrobić”, to nie zastanawiałabym się ani chwili. Ale to nie jest coś, o czym myślę codziennie.

To trudne pytanie. Ja jestem tytanem pracy – żyję w rytmie: wstać, działać, jeść, działać, spać. I tak w kółko. Więc moje marzenia są proste: podróżować, wyjeżdżać, otaczać się dobrymi ludźmi. W dzisiejszych czasach to naprawdę dużo.

Mam kilka marzeń podróżniczych m. in. chciałabym odwiedzić Nowy Jork – koniecznie w okresie przedświątecznym. Oprócz tego Oman i cały Bliski Wschód. Tam jest tyle bodźców, które niewidomy może chłonąć pełnymi garściami – suki [przyp. red.: suk – arabskie targowisko], przyprawy, gwar ulic. To zupełnie inny świat. Obowiązkowo chciałabym także odwiedzić wszystkie Wyspy Kanaryjskie – byłam dopiero na jednej, więc mam co nadrabiać.

Z takich bardziej szalonych marzeń to, myślałam kiedyś o motoparalotni, ale nie wiem, czy to w ogóle wykonalne. Może kiedyś.

E. O. – W takim razie pozostaje mi życzyć ci spełnienia tych pięknych marzeń. Dziękuję za rozmowę.

J. Sz. – Ja również dziękuję.

Galeria zdjęć

Rozmawiała: Ewelina Orzechowska
Zdjęcia z archiwum prywatnego Justyny Szafranek

Materiał powstał w ramach projektu „Wzmacniamy aktywność” 
realizowanego w okresie 01.01.2025 r. – 29.02.2028 r.
przez Lubelskie Forum Organizacji Osób Niepełnosprawnych – Sejmik Wojewódzki

Zadanie publiczne jest dofinansowane ze środków PFRON 

UWAGA: Pobieranie, kopiowanie i jakiekolwiek inne wykorzystanie treści dostępnych w powyższym materiale wymaga pisemnej zgody LFOON – SW będącego właścicielem serwisu www.niepelnosprawnilublin.pl.

Facebook