Przegląd pasji, zainteresowań i sposobów spędzania wolnego czasu zrobiła dziś dla nas pani Aleksandra Kowal.
Zainteresowania to zawsze miałam takie różne i nadal mam. Lubię, jak coś się dzieje. Pani widzi ten kalendarz? Cały wypełniony. Mówią o mnie, że jestem taką organizatorką, że wszystkiego pilnuję. Mam dwa kajety, w których zapisane są wszystkie plany. Ktoś musi tego pilnować. Żeby wiedzieć, kiedy wychodzimy, o której wyjeżdżamy, czy wszyscy gotowi, czy nic się nie zmieniło. Lepiej zaplanować zawczasu, żeby potem w ostatniej chwili rabanu nie robić.
No już przecież jak nawet w liceum byłam, no to na Motor się chodziło z Tatą i sąsiadami na mecze, bo nasi już byli w ekstraklasie. Na żużel się chodziło. Z dzieciństwa pamiętam też, że jak były treningi na Alejach Zygmuntowskich, to u nas w domu to wszystko było słychać, bo niedaleko mieszkaliśmy. No i to mi, że tak powiem, zostało. Na miarę możliwości, jak można zobaczyć, to się ogląda, bo wyjść to raczej nie – godziny nie pasują. Powiem od razu, jak o tym mówimy: żużel przedkładam nad komedie romantyczne. Jak coś mam oglądać, to oglądam, bo z jednej strony człowiek jest ciekawy, jak to wygląda, a z drugiej – to ja się przy tym właśnie odprężam.
Od dziecka nie lubię sportów halowych. W szkole mi to jakoś obrzydzili i na to nawet patrzeć nie mogę. W szkole jak to w szkole, nauczyciele WF-u chcą zrobić sportowców nawet z ludzi, co tylko myślą, jak te 45 minut przeżyć. Zniechęciłam się i nawet w telewizji tego nie oglądam. Lubię to, co na zewnątrz, na przykład lekkoatletykę.
Książki? Często się przy nich irytuję; czuję, jakbym traciła czas. Dawniej, no to wiadomo, jeden fakultet, drugi – to się czytało różne rzeczy, bo trzeba było. Niektóre rzeczy bardzo ciekawe. A potem to już czasu było mało na tę beletrystykę, a teraz to jak czytam to kryminały.
Poza tym, niestety, nie za bardzo nawet mam czas. Wstaję o 6:00 rano, potem zabiegi, potem to i tamto, a wieczorem to nie zawsze człowiekowi się chce. Zresztą jesień, zima, no to ciemno, pokój po stronie zachodniej, szybko się robi ciemno, a ja nie lubię i zresztą nawet nie mogę czytać przy sztucznym świetle. Mam blizny w oczach, więc oko szybko się męczy.
No a teraz te pasje. Nawet człowiek skończył studia. Studiowałam rusycystykę. Tak wtedy się myślało, że dobry kierunek i tak dalej. To były czasy, kiedy PRL się jeszcze nie skończył. W liceum, nie było u nas klasy humanistycznej, tylko była klasa z rozszerzonym językiem. Było więcej historii, polskiego, no to to wybrałam. Brałam udział w olimpiadzie, nawet ogólnopolskiej i miałam wstęp wolny na uczelnię na filologię rosyjską już w trzeciej klasie liceum. Cały czas chciałam studiować historię. Ale wtedy to tak nie było możliwe jak dziś, że studiuje się jeden kierunek stacjonarny, drugi taki, trzeci siak, tu, tam i siam na różnych uczelniach i tak dalej.
Jeżeli się chciało studiować drugi kierunek, to trzeba było być jeszcze studentem. No więc opóźniłam magisterium. Nie broniłam się w czerwcu, tylko w grudniu, żeby być jeszcze studentką. Mogłam być przyjęta od razu na drugi rok i musiałam w ciągu roku dwa lata zrobić jeszcze, żeby uzupełnić. No to poleciało wszystko i zdrowie. A ten drugi kierunek to była historia. Wybrałam specjalność pedagogiczną. Przedmioty ogólne zaliczyli mi z rusycystyki, to już było trochę mniej tego. W liceum miałam łacinę przez trzy lata, więc to także miałam zaliczone. Jak byłam na trzecim roku, pojechaliśmy na pół roku do Moskwy. To było rok 80., zaraz po olimpiadzie, takie były wtedy wymiany. Potem stan wojenny, rosyjski przestał być modny, więc też zaczęły się problemy z pracą.
No i wtedy przez jakiś czas robiłam tłumaczenia prozy czy poezji. Znajomy mamy, poeta i dziennikarz, Marek Andrzej Jaworski, nieraz mnie polecał. Zlecał tłumaczenia dla dwutygodnika społeczno-kulturalnego „Kamena”: „O, to przyniosę taśmę z takiego podziemnego zebrania, to proszę to przetłumaczyć”. No to tłumaczyłam. Pieniądze jakieś były, ale umowy o pracę nie miałam, tylko różne zlecenia, a te, wiadomo, do stażu pracy czy emerytury się nie liczyły. Cały czas szukałam czegoś na stałe i na etat.
No i w końcu tak się stało, że wylądowałam na 8 lat w urzędzie pracy. Od referenta doszło się po paru latach do inspektora. Potem powstała taka komórka szkoleniowa. Miałam przygotowanie pedagogiczne, to jeździłam, ale to nie były kursy dla panienek, tylko dla ślusarzy, spawaczy, itp. Czasami nawet 200 osób na sali.
Chciałam na początku jeszcze zrobić doktorat ze statystyki. Jak zaczęłam, to promotor umarł. Drugi szybko ostudził moje zamiary: „Proszę pani, a gdzie pani pracuje? Co?! To pani na 7.30 do pracy i pani myśli, że pani będzie doktorat pisała? Przecież to trzeba mieć czas i wolną głowę”. Jakoś innym nie przeszkadzało, ale co było robić, powiedziałam: „Dziękuję bardzo” i na tym skończyły się moje plany.
No a potem zaczęły się choroby w domu i już nie było, o czym myśleć. Moje zdrowie się posypało, Wszystko zostało na mojej głowie, bo matka zmarła na raka piersi. Miała 70 lat. Akurat miała przejść na emeryturę. Został ojciec. W 2020, rok po śmierci taty zamieszkałam tu, w Domu Pomocy Społecznej „Betania”, bo już nie dawałam rady. Dom cały na głowie. Trafiłam tu w lipcu, była pandemia, dwa tygodnie siedziałam w izolatce. Wtedy jeszcze testów nie było. Trudny czas. Zabronione były odwiedziny. Człowiek w ogóle kompletnie nie wiedział, jak to wszystko funkcjonuje. Potem dopiero można było poznawać nowe miejsce, ludzi, zwyczaje. No i teraz już będzie sześć lat, jak tutaj jestem. Szybko przeleciało.
W szkole to tak powiem szczerze, ani muzyka, ani plastyka nie były moja mocną stroną. Chociaż wolałam muzykę. W liceum to ani grania, ani śpiewania, ale zajmowałyśmy się historią baletu albo opery. I te libretta żeśmy tłukli. Pani puszczała trochę muzyki. Wszyscy byli zadowoleni.
A plastyka, no to już w ogóle… Zawsze trzeba próbować. Jak się nie próbuje, to nic z tego nie wyjdzie, nie? To po pierwsze. A po drugie to najlepiej, gdy człowiek nie ma w tym wypadku o sobie za wysokiego mniemania. Ale też nie można myśleć, że się tak nie umie zupełnie nic. Pani od plastyki kiedyś chwaliła mnie przed mamą, że pięknie jakąś pracę wykonałam, że mam takie wyczucie koloru. Nie wiedziała, że to mama mi narysowała kontury…
A tu w domu, ówczesny Dyrektor, pan Grzegorz Sołtys zorganizował nam zajęcia plastyczne pod okiem Janusza Padzińskiego. Brało w nich udział kilku współmieszkańców i ja jedna kobieta. Byłam rodzynkiem. „Dobrze – pomyślałam – niech panowie tam sobie rysują, paru umie rysować i ma talent. Ja do tego się nie nadaję, ale mogę się przyjrzeć raz i drugi, co oni tam robią”. No z niektórych jakoś po części zapał uszedł. A ja zostałam. Wiadomo, nie maluję pejzaży, nie mówiąc o jakichś tam realistycznych rzeczach, raczej tworzę malarstwo współczesne, abstrakcje. Kolor mnie ciągnie.
Zawsze myślałam, że to będzie tak: siadasz i masz malować w określony przez instruktora sposób: „masz to malować tak”. I albo się namaluje dobrze, albo źle. A to zniechęca człowieka, wiadomo. Tu jest inne podejście. Czasem sobie żartuję, że instruktor pewnie sobie myśli, co sobie myśli, ale tego nie powie. 😊 Mamy wybór, instruktor człowieka nakieruje, wyjaśni, że może być tak i siak. Zawsze znajdzie w pracy coś dobrego, nikt nigdy nie usłyszał, że jego praca się w ogóle do niczego nie nadaje. No i poza tym, to nie jest tak, że zasiadamy w świetlicy i sobie rysujemy. No bo to sobie każdy z nas może siąść i coś rysować, nie? My wyjeżdżamy. Spotykamy się z profesorami, tworzymy razem ze studentami, chodzimy na wystawy, wernisaże.
Kiedyś sobie marzyłam, że gdybym miała takie zdolności prawdziwe, to chciałam być konserwatorem zabytków, dlatego mieli zawsze ze mną problem. Rodzina i tak dalej. Bo jak gdzieś się jeździło, to mnie to nie interesowało co się w danym miejscu dzieje – sklepy, zakupy, itp. Ja musiałam zawsze dokładnie zwiedzić muzea, obejrzeć wszystkie zabytki. Słyszałam: „Ileż ty będziesz cały dzień chodzić po tych wszystkich muzeach? Tylko byś się oranżady napiła i zwiedzała dalej”. Tak miałam. Czasem ludziom, którzy zwiedzali, coś wyjaśniałam, podpowiadałam, gdzie mogą pójść i co zobaczyć. Nie miałam tyle zdolności, żeby konserwatorem zostać i dlatego człowiek tak okrężną drogą tylko łapał, żeby choć trochę poczuć tego, co było niespełnionym marzeniem. Jeszcze sobie kurs na przewodnika po Lublinie też robiłam, żeby trochę coś tam jeszcze zobaczyć z innej strony.
No więc jeździmy po tych wystawach, bierzemy udział w spotkaniach. Od tamtego roku od jesieni mamy współpracę z Biblioteką Łopacińskiego – bywamy w filii na Peowiaków i w Biotece.
Mamy w domu od niedawna galerię Okrąglak. Zobaczymy, jak to się rozwinie. Wystawy, promocje książek. Jest pomysł, żeby tutaj ludzi zapraszać. Mamy bogaty kalendarz imprez. W maju odbędzie się Festiwal Pieśni Maryjnych. Nie mówiłam, ale też śpiewam w chórze. Jeszcze parę osób nas zostało. W tym roku to występowaliśmy na Dzień Babci i Dziadka, szykujemy się na 8 marca w niedzielę, a potem, no to wiadomo: różne święta. 3 Maja obligatoryjnie, mamy taki repertuar okolicznościowy. Potem miał być Dzień Matki, ale festiwal przeniesiony, no to mamy spokój. A potem lato i wiadomo: urlopy i tak dalej. Czasem występujemy na 1. sierpnia. No i potem to znowu imprezy takie ogólne, pieczone ziemniaki, jesień to wiadomo, potem 11 listopada. Czasem się trafi jakiś Dzień Seniora czy coś takiego.
Korzystamy z możliwości wyjścia gdzieś do miasta, jak jest okazja. W ubiegłym roku byliśmy na jubileuszu Ogrodu Botanicznego, oglądaliśmy go z przewodnikiem. Nieraz to się chodziło samemu, zawsze przecież tabliczkę można przeczytać, wiadomo, ale z przewodnikiem to zawsze trochę inaczej. Przedtem byliśmy w Skansenie i tak się nam trafiło, że też był przewodnik. Zobaczymy, co w tym roku nas czeka, jaki program będzie.
Korzystam z życia, na ile mi zdrowie pozwala. Próbuję nowych rzeczy, czasem jestem zaskoczona wynikiem. Poznaję nowych ludzi. Nie mam jakiegoś ważnego życiowego motta, ale staram się dobrze żyć ze wszystkimi według zasady: nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe.
Galeria zdjęć
Rozmawiała: Anna Bieganowska-Skóra
Zdjęcie z archiwum prywatnego Aleksandry Kowal
Materiał powstał w ramach projektu „Wzmacniamy aktywność”
realizowanego w okresie 01.01.2025 r. – 29.02.2028 r.
przez Lubelskie Forum Organizacji Osób Niepełnosprawnych – Sejmik Wojewódzki


Zadanie publiczne jest dofinansowane ze środków PFRON
UWAGA: Pobieranie, kopiowanie i jakiekolwiek inne wykorzystanie treści dostępnych w powyższym materiale wymaga pisemnej zgody LFOON – SW będącego właścicielem serwisu www.niepelnosprawnilublin.pl.

