O małych i dużych podróżach, potrzebie zauważenia drugiego człowieka, niesłodkim życiu z cukrzycą oraz o codziennej pracy na rzecz innych z Elżbietą Sagan rozmawia Ewelina Orzechowska.
E.O. – Pani Elu, niech pani opowie, jak to się stało, że postanowiła pani zaangażować się w działalność społeczną?
E.S. – Już w szkole średniej zaczęłam dostrzegać obszary, w których można by było coś zrobić, podziałać czy wesprzeć. Dorastałam w Lublinie, na ul. Lubartowskiej. Panował tam bardzo specyficzny klimat. Sąsiedzka społeczność była ze sobą bardzo zżyta. Myśmy się wszyscy znali do tego stopnia, że nie zamykało się przed sobą mieszkań. Kiedy któraś z rodzin kisiła kapustę, to było wielkie wydarzenie dla całego podwórka i całe podwórko było w to zaangażowane. Przyjeżdżała furmanka, jeden miał beczki, inny pożyczył szatkownicę a my jako dzieciaki mieliśmy ogromną frajdę. Wzrastałam więc w poczuciu zauważania potrzeb drugiego człowieka oraz tego, że jeden drugiemu musi pomagać. Pośród nas mieszkały również osoby starsze, schorowane, które wymagały pomocy ze strony sąsiadów. Jako dzieciaki byliśmy uczeni szacunku do osób starszych i tego, żeby bezinteresownie pomagać tym, którzy tego potrzebują. To było takie naturalne. Takie okoliczności dorastania wykształciły we mnie wrażliwość, empatię oraz otwartość na potrzeby drugiego człowieka, co miało niewątpliwie wpływ na moje społeczne zapędy.
Ponadto na mojej ulicy miałam do czynienia z różnorodnością kulturową i nie było to dla mnie wówczas nic nadzwyczajnego. Miałam z
